Społeczeństwo

Maria Praskobramska

Dobra bibliotekarka w „złej dzielnicy”

Maria Dąbrowska‑Majewska z córką Weroniką i Magdą Majewską z zarządu fundacji oraz psem Kobim Maria Dąbrowska‑Majewska z córką Weroniką i Magdą Majewską z zarządu fundacji oraz psem Kobim Tadeusz Późniak / Polityka
Gdyby Maria poznała tytuł tego artykułu przed drukiem, powiedziałaby, że to straszna głupota, przesada i żart, bo to przecież takie normalne, co oni robią dla ludzi w tych bramach na Pradze; według Marii to wszystko dzieje się niechcący.
Maria ma 60 lat, dwie córki, dwóch byłych mężów, skończyła teatrologię, ma za sobą pracę konia pociągowego dla korporacji przy szkoleniach i dla banków przy planach aktywizacji ludzi zwalnianych z pracy.Tadeusz Późniak/Polityka Maria ma 60 lat, dwie córki, dwóch byłych mężów, skończyła teatrologię, ma za sobą pracę konia pociągowego dla korporacji przy szkoleniach i dla banków przy planach aktywizacji ludzi zwalnianych z pracy.
Mirosław Gryń/Polityka

Artykuł w wersji audio

Według Marii wszystko się samo rozpędziło i teraz leci samo, bez jej udziału. Cztery lata temu dostała tytuł sąsiadki aktywnej, czy też może był to tytuł inicjatorki działań społecznych, zresztą może jeszcze inaczej to brzmiało – nie przywiązuje się do nazw – i przyjechała telewizja robić z Marią wywiad. Uruchomienie kapitału oddolnego, przywrócenie sprawczości – wiało redaktorskim, słownym marmurem. A Maria tylko poszła do bramy przy Targowej 62, porozmawiała z ludźmi i zrobili sobie sąsiedzki klub-nieklub, czyli sąsiedzi się polubili, odnowili bramę, podwórko pomalowali w koty. Z kolei zaczęli sobie pomagać i nawet nawzajem o siebie dbać, a to wszystko jest do dzisiaj tak święte w tamtej bramie, że nikt tego nie niszczy, pomimo że to jest warszawska Praga – dzielnica o złej sławie.

Rozmawiając wtedy z telewizją o sile sąsiadów, Marii wymsknęło się, że jeśli zechcą, założą sobie w innej praskiej bramie bibliotekę sąsiedzką, każdy będzie mógł przyjść, posiedzieć, poczytać, wypożyczyć książkę, a nawet jej nie oddawać.

Właśnie od tej pory wszystko się rozpędza i leci.

• • •

Teraz dzwoni telefon w suterenie jeszcze innej bramy, adres Targowa 61 – wejście za kontenerem śmietnikowym, i Maria prosi, żeby ten, kto odbierze, powiedział, że Maria zmarła i że ją to wszystko przerosło. Ale także, że zmartwychwstanie za jakiś czas i oddzwoni. Idzie to powiedzieć Przemo, więzień zakładu otwartego po drugiej stronie Wisły, wolontariusz biblioteki sąsiedzkiej. Przemo był w życiu królem, obracał się w stylowych miejscach, otoczony ciekawymi ludźmi, rozwinął świetnie zarabiającą firmę i otrzymał wyrok z paragrafów gospodarczych. Ma obycie dżentelmena, kojący głos i nie powtarza, że Maria zmarła, ale że zajęta. Oczywiście dzwonią w sprawie książek – chcą je przywieźć do biblioteki sąsiedzkiej na Pradze lub też zabrać je do któregoś z więzień dla osadzonych.

Więźniowie są najwięcej czytającą grupą społeczną w Polsce – są na to odpowiednie badania udowadniające, można przejrzeć na stronach Fundacji Zmiana. Maria i inne dziewczyny ze Zmiany od lat jeżdżą do więzień, robią – mówiąc językiem organizacji pozarządowych – kampanię „Książka w pudle”. Biblioteki sąsiedzkie też można zwać inicjatywą albo projektem Zmiany, ale nikt tak nie mówi w prawdziwym życiu; działa to tak: masz książki do oddania, to wpadnij i zostaw; chcesz książki wziąć, to dzwoń, przyjeżdżaj i bierz. Ciągle ta wyrwa między frazesem dokumentów a praską bramą; między nieogrzewaną sutereną z książkami a konferencjami na tematy społeczne w hotelach.

Prowadząc fundację, na konferencjach należy się pokazywać – wiadomo; na konferencje Maria zabiera więźniów – wolontariuszy bibliotecznych. Więźniowie są z prac użytecznie społecznych, na noc wracają do cel, za dnia na Pradze szefuje im Artur, zwany koordynatorem prac – przez pół roku przewinęło się przez Pragę i przez ręce Artura 150 więźniów z otwartych ZK, a ich prace użyteczne to biblioteka i porządki w kamienicy, gdzie biblioteka się mieści. Myją podłogi, okna, robią remonty, a Artur urodzony w Mińsku Mazowieckim chodzi teraz ulicami Ząbkowską i Targową jak tutejszy, ma poważanie wśród ludzi z bram i ławek, bo wie, jak tu rozmawiać, bo sam nie miał w życiu lekko – tyle na temat Artura. Natomiast więźniowie zachwycają się na wolności za dnia nawet jazdą tramwajem, wielka to dla nich rzecz jechać na Pragę tramwajem bez towarzyszenia klawisza, wielka i niespotykana sprawa pójść z Marią na konferencję do wypasionego hotelu.

Po konferencjach o zagadnieniach społecznych Maria pakuje do foliowych torebek nadmiar ekskluzywnego jedzenia ze szwedzkiego stołu dla pozarządowców – wiezie do praskiej bramy, tu się porozdziela ludziom, którzy bywają głodni; między sąsiadów z dzielnicy, którzy nigdy nie odchudzaliby się z własnej woli.

Maria jest znana z pokonferencyjnego pakowania do torebek.

• • •

Maria ma 60 lat, dwie córki, dwóch byłych mężów, skończyła teatrologię, ma za sobą pracę konia pociągowego dla korporacji przy szkoleniach i dla banków przy planach aktywizacji ludzi zwalnianych z pracy. Zarabiała już w życiu duże pieniądze, a także bardzo małe; przez trzy lata prowadziła ośrodek dla bezdomnych mężczyzn, pracowała w przedszkolu i w Biurze Porad Obywatelskich. Mieszkała na Ursynowie, gdzie się źle czuła z powodu klaustrofobii międzyblokowej i ogólnej sztuczności tego miejsca, a kiedy była w ciąży z Weronką – odnalazła się na Pradze.

Przeprowadzili się na Pragę w 1991 r. Maria pamięta, jak patrzy przez okno na ulicę Targową, a po przeciwnej stronie ulicy, nad barem mlecznym Ząbkowski, wznosi się kamienica z wieżą na dachu; w brzuchu Weronka już szykuje się do narodzin, mama myśli, jak będzie jej opowiadać bajkę o tej księżniczce, która z wieży spuszcza swój długi warkocz, przyjeżdża książę i się tym zainteresuje, i tak dalej. I Maria będzie pokazywać córce tę wieżę nad barem Ząbkowskim jako ilustrację.

Praga była podobna do Tomaszowa Mazowieckiego, w którym urodziła się Maria – tu nikt nie pytał, kim człowiek jest i skąd się znalazł, a i tak ludzie wiedzieli o sobie dużo i mniej więcej po roku mieszkania było się już wżytym w okolicę tutejszym. Targową hałasowały tramwaje, Ząbkowską po kocich łbach dudniły samochody, bywało, że zawył nocą pijak i syrenka policyjna, a jednak cisza była taka jak zawsze, kiedy człowiek czuje się na swoim miejscu.

• • •

Na Pradze Maria poczuła, że zostało jej mało czasu, że musi pójść na jeszcze jedne studia – pedagogiczne, rzucić jałową robotę, robić coś dla ludzi i z ludźmi. No to teraz siedzi tu w bramie, w bibliotece sąsiedzkiej, w golfie, bo zimno, nad rozpuszczalną kawą, bo taniej, po podłodze gania jej stara suka ze schroniska ze szczeniakiem Artura i jego córeczki Ady, szczeniak podgryza kartony wypakowane książkami dla więźniów, w fotelu z demobilu siedzi Przemo i mówi, że go przewiało – ale jakim cudem, skoro śpi przy zamkniętym oknie w celi; przychodzi uwalany tynkiem Robert, też więzień z otwartego więzienia, z prac społecznie użytecznych dla biblioteki sąsiedzkiej, i pyta, co robić z podrapaną ścianą w biurze fundacji – jest możliwość zaciągnąć ścianę gipsem; dzwonią telefony proponujące książki i pytające o książki; Maria twierdzi, że umarła, że rzuci to w cholerę, a wszyscy kiwają głowami, w ogóle jej nie wierząc; Weronka ma nagle 24 lata, studiuje sztuki wizualne i mieszka ze swoją dziewczyną w mieszkaniu Marii na Targowej; Weronka pojechała z kartonami na Dworzec Wschodni, sprzedać makulaturę w punkcie. Ludzie przynoszą i perełki wiecznie ważne, i książki unieważnione przez czas, jakieś przebrzmiałe teorie psychiatryczne, ekonomię socjalizmu, egzemplarze rozpadające się.

I to jest właśnie ta makulatura, z której biblioteka sąsiedzka na Pradze żyje.

Bywają rozterki z decyzją: co na półkę, co dla więźniów, co do punktu na dworcu. Dziewczyny z biblioteki jeżdżą do więzień gadać o książkach i w ogóle o życiu, a mimo że się człowiek stara, to jednak czasem nie udaje się ominąć frazesu – więc Maria jeździ rozmawiać o życiu i książkach z ludźmi z dożywocia. Ale niczego nie owija w terapeutyczny bełkot; i kiedy oni tam pytają: co z tego będzie?, ona mówi, że jest pozbawiona misji i że niestety nic z tego nie będzie, bo przecież to dożywocie. Wtedy kiwają głowami, wiedzą, gdzie siedzą. Maria jedzie na Targówek zrobić zdjęcie rodzinnego bloku dla Pawełka, który na żywo nie będzie widział bloku przez 25 lat, bo wtedy przypada mu pierwsze staranie o zwolnienie. O, mój blok, cieszy się Paweł, widząc zdjęcie. U niego też się wszystko rozpędziło i leci samo.

W sobotę przyjechał do bramy na Pragę kaowiec z ZK Szczecinek, zabrał 4 tys. książek. Przemo mówi, że książka w celi to jest jakby skarb z innego świata. Rozwija, wciąga i uczy – dopiero z książek wielu dowiaduje się o innym życiu niż to, którym sami żyli przed skazaniem. Książek w więzieniach ciągle mało, a czytelników dużo; wszystko zależy od tego, jaki jest kaowiec w zakładzie – zły kaowiec będzie tylko chciał, żeby osadzony nie zawracał dupy i nie chorował. Ma być na stanie, ale tak się zachowywać, jakby go nie było.

Przemo wie, co mówi, bo był kaowcem i redaktorem więziennej gazety na Białołęce i dużo dobrych rzeczy działo się za jego czasów, i podobno wciąż się dzieje, w białołęckim czytelnictwie. Przemo mówi też, że gdyby słuchał narzekań Marii, jej zapewnień, że umarła i że rzuci wszystko, i że to się dzieje samo i przerasta człowieka, już dawno spałby na węglu, a nie pomagał w bibliotece sąsiedzkiej.

• • •

W grudniu 2011 r. Maria stoi z Weronką i Magdą – eleganckie jak na praski anturaż panie z fundacji – przed zamkniętymi drzwiami nieczynnej od kilkunastu lat fabryczki lodów w bramie przy ulicy Okrzei. Mają klucze – jak się komu wymsknęło o bibliotece w wywiadzie dla telewizji, to musiał iść z tym dalej – dzielnica przydzieliła lokal i sobie róbcie, dziewczyny, bibliotekę; wtedy jeszcze dzielnica Praga pomagała bibliotece, teraz już nie pomaga.

Wtedy w bramie piją akurat alkohol Radzio, Buka i Patryk, i pytają się ciekawie, co tu takiego będzie; te panie mówią, że biblioteka, a Radzio, Buka i Patryk zaczynają tak się śmiać, że prawie się duszą. Wystarczy się rozejrzeć – miejsce niebiblioteczne, brama padającej kamienicy na Pradze, drzewa się tu same wysiewają, wśród mieszkań nieogrzewane pustostany; jaka biblioteka? Ano tak, mówią te dziwne, odważne panie, biblioteka – miejsce przyjazne każdemu, będą książki, można będzie przyjść, posiedzieć, pogadać, poczytać. Radzio, Patryk i Buka są normalnie tak zaskoczeni, że aż milczą i słuchają. A potem dzieje się cud: mówią, że przyjdą jutro z drabinami i pomogą sprzątać w zapyziałej fabryczce lodów.

I niemal od razu drugi cud, ale z takich niemieszczących się w głowie, gdy okazuje się, że Buka, Patryk i Radzio, wszyscy tuż po dwudziestce i, jak mogłoby się wydać, społecznie nieużyteczni, jeśli chodzi o ich wartość nie tylko dla kraju, ale nawet dla bramy przy ulicy Okrzei, czytają książki masowo. Jedną za drugą, nie pracując, pijąc, grając w sflaczałą piłkę nożną – czytają i dyskutują o tym, co przeczytali.

A trzeci cud taki, że już istna kurwa mać! Patryk kibicuje Michaiłowi Bułhakowowi, obszerności z „Mistrza i Małgorzaty” mówi z pamięci, stojąc na drabinie, usuwając te zgniłe polodziarniowe żyrandole. Chłopaki robią na bramie napis: tu powstaje praska biblioteka sąsiedzka. Ma rację Maria, że wszystko zaczyna się dziać samo. Panie z fundacji przynoszą własne książki, ludzie przynoszą książki tysiącami sztuk, robi się za dużo książek wszędzie, bibliotekarki proszą, by pożyczonych książek nie zwracać. Patryk przekracza rubikon rzeki Wisły, recytując własne wiersze ludziom w centrum, na wieczorkach i spotkaniach organizacji pozarządowych. Żadnego w tym nie ma zadufania, żadnej wody sodowej – chłopcy z Pragi, piszący wiersze i mieszkający w pustostanach, to nie są jakieś psychofizyczne baletnice. Nie stają się także przykładni – czytając, zahandlują różnymi rzeczami w okolicy Różyckiego, gdzie przecina się tyle handlowych, legalnych i nie, emocji tej strony miasta.

Przyjeżdżają dziennikarze i stają w bramie bibliotecznej, ale niektórzy tak stają, żeby widzieć, czy nikt im nie kradnie kół z samochodu, bo to przecież jest Praga – dom zła. To już dawno nieprawda, ale wielu tak myśli – że kradną koła, że nożami straszą, że tu cegłę sprzedają w bramach po tysiąc złotych sztuka. Więc dziennikarze zadają pytania bibliotekarkom sąsiedzkim: czy wy się nie boicie? Wtedy raz staje Weronka na środku podwórka, rozkładając ramiona – podobno, bo Maria mówi, że tak było, a Weronka nie pamięta – i mówi: jestem lesbijką i Żydówką, i się tutaj nie boję. I nic się nie dzieje, tylko nagle jeden sąsiad w domu Marii odmawia od tego czasu wsiadania z Marią do windy, bo nie będzie z Żydami jeździł windą. Ale sąsiad głośno nic nie mówi, tylko za plecami – głośno nie mówi, bo krąży plotka, że u Marii bywają prascy złodzieje, a niektórzy mówią do niej per „mamka”. Mamka mówił Łukasz, który sobie w więzieniu wytatuował na czole, że jebie sąd; Łukasz innego świata niż więzienie nie znał, kiedy trafił do mamki na Pragę, wieszał gacie do wysuszenia na poręczy łóżka, a kiedy go mamka zabrała na wieś, Łukasz leżał pod drzewem na plechach, trzeźwy jak świnia, i krzyczał: mamka, mamka, ja jestem w niebie!

Bo nigdy wcześniej nie był na wsi.

• • •

Grudzień 2015 r., biblioteka sąsiedzka już w innej bramie, kawa rozpuszczalna, ganiają się psy, ktoś przyniósł do biblioteki stare książki, a ktoś ubrania dziecięce w worze – bo jak się przyniesie do biblioteki, to ona się nagle zamieni w punkt rozdzielczy dla potrzebujących ludzi z dzielnicy. Wszystko pójdzie pod konkretny adres, bo Maria wie, gdzie kto czego potrzebuje – że tu się dziecko urodziło, a tam pracę stracili. A tam chorzy, wykluczeni, starzy i tak dalej; znaczy ludzie.

O trzynastej przyjedzie kaowiec z ZK na Służewcu po książki dla osadzonych. Przychodzi pan mecenas świadczący porady prawne w bibliotece sąsiedzkiej darmo – w ramach prac społecznie użytecznych, bo pan mecenas odbywa wyrok; pyta, czy się jeszcze dziś przyda, czy może już wracać do siebie. Wiele poważnych spraw załatwia, pomógł już kilku osobom wymiernie. Przychodzi student odbywający kilkaset godzin prac społecznie użytecznych za składanie fałszywych zeznań – jutro będzie kładł gips na ściany w kamienicy. Ludzie przynoszą książki, rozglądają się po suterenie, pytają, czy to tutaj biblioteka sąsiedzka. Weronka jedzie z makulaturą na Dworzec Wschodni, wszyscy mają Weronkę za głos rozsądku w tym bibliotecznym towarzystwie na Pradze; kiedy Maria znowu twierdzi, że umiera i rzuca wszystko w diabły, Weronka mawia: to nie jest tylko twoje. I Maria, która Weronki słucha, od razu doprowadza się do porządku, cała biblioteka znów rozpędza się sama i sama leci do przodu, cudownie przerastając Marię Praskobramską i powodując, że czasami zdarza jej się odczuwać sens – mówiąc górnolotnie, czyli pieprząc – istnienia.

• • •

A teraz niespodziewana puenta poparta teoriami socjologicznymi i badaniami: takie miejsca jak praska biblioteka sąsiedzka klasyfikowane są jako „kultura wysoka”, bo choć nie szemrzą tu filharmoniczne strumienie, nie unoszą się nad ziemią tancerze klasyczni ani też ludzie we frakach nie zasiadają do fortepianów – świeci tu światło na takich ludzi, których instytucje państwowe dawno spisały na straty jako dziedziców biedy. W związku z obchodami 1050-lecia państwa polskiego Maria i fundacja złożyły projekt z nadzieją na grant: złodzieje z Ząbkowskiej – tak się mówi żartem, przecież żadni złodzieje – zbiliby długi stół z desek, ustawili na ulicy, ludzie by przy tym stole siadali, ucztowaliby, czytając polską poezję z przestrzeni wieków, poczynając od „O zachowaniu się przy stole”. Ale nie udało się: granty przydzielono wydarzeniom w rodzaju koncertu symfonicznego w katedrze gnieźnieńskiej, bo to także kultura wysoka.

Imiona drugoplanowych bohaterów reportażu zostały zmienione.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Wojna polsko-bolszewicka w oczach de Gaulle’a

Wojna polsko-bolszewicka 1920 r. w oczach Charlesa de Gaulle’a.

Marek Mikołajczyk
12.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną