Społeczeństwo

Jak zejść z podium

Czym się zajmują sportowcy po zakończeniu kariery

Monika Pyrek: – Życie wyprane z emocji to coś, czego boi się wielu sportowców po zakończeniu kariery. A ja miałam tę adrenalinę w radiu. Monika Pyrek: – Życie wyprane z emocji to coś, czego boi się wielu sportowców po zakończeniu kariery. A ja miałam tę adrenalinę w radiu. Marcin Bielecki / PAP
Zawodowy sport wymaga poświęceń, pochłania czas i uwagę. Ale nie musi być pomysłem na całe życie. Co robią byli sportowcy?
Kajetan Broniewski: – Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo pracowałem w wielu miejscach i z każdego wyszedłem bogatszy.Leszek Zych/Polityka Kajetan Broniewski: – Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo pracowałem w wielu miejscach i z każdego wyszedłem bogatszy.
Adam Wiercioch: – Odszedłem z szermierki, mając 31 lat. Na pewno było mi łatwiej, bo przygotowałem sobie grunt: dobre stanowisko z perspektywami.Leszek Zych/Polityka Adam Wiercioch: – Odszedłem z szermierki, mając 31 lat. Na pewno było mi łatwiej, bo przygotowałem sobie grunt: dobre stanowisko z perspektywami.

Local Hero

Monika Pyrek, tyczkarka, trzykrotna medalistka mistrzostw świata, dziś dziennikarka Radia Szczecin:

Wielu sportowców idzie siłą rozpędu w trenerkę. A mnie nigdy nie interesowała AWF, zresztą rodzicom trochę się nie podobało, że postanowiłam dorosłe życie podporządkować sportowi. Dlatego zrobiłam magisterskie studia z administracji, też na przekór stereotypowi, że dla sportowca szczyt edukacji to dyplom AWF. Nigdy nie pracowałam jednak jako urzędnik, za to kuszono mnie nieraz skokiem do polityki. Wiadomo, że znany sportowiec to magnes na listach wyborczych. Ale każdemu odmawiałam, polityka to zupełnie nie moja bajka.

Na sportowej emeryturze chciałam przede wszystkim odpocząć. Zobaczyć, jak wygląda zima gdzie indziej niż w ośrodku przygotowań olimpijskich w Spale, gdzie spędziłam 16 zim. Wreszcie rozpakować kosmetyczkę po powrocie do domu. Więc zaplanowałam rok wakacji. Było mi łatwiej, bo nie czułam presji finansowej. W lekkiej atletyce zawodnicy z mojej półki nie mają kokosów, ale bez przesady – da się odłożyć.

Mogłam też dorabiać dorywczo jako mówca motywacyjny, co robiłam już wcześniej. W sporcie liczy się praca zespołowa, te mechanizmy można do pewnego stopnia przenieść na rzeczywistość korpo. Czy dobrze za to płacą? To godziwe pieniądze, czasami mam wrażenie, że aż za bardzo.

Więc miała być laba, może ciąża, bo gdy trenowałam, na dziecko nie było czasu. Uprzedzano nas, że po tylu latach życia w treningowym kieracie może potrwać, zanim się uda. Ale powiodło się, a gdy już byłam w ciąży, zadzwonił do mnie dyrektor Radia Szczecin z propozycją spotkania. Gdy usłyszałam, że mam być współprowadzącą poranek, czyli flagową audycję, trochę mnie zatkało.

Jestem z tych, co to by chciały, ale się boją, więc najpierw pomyślałam, jak grzecznie odmówić? Uspokajano mnie, że zanim trafię na antenę, przejdę kursy z dykcji, z emisji głosu i w ogóle z całego radiowego rzemiosła, ale wydawało mi się, że na tak głębokiej wodzie nie dam rady. Zwłaszcza że nie jestem typem gaduły. Był jeszcze czynnik subiektywny, czyli mój chorobliwy perfekcjonizm. To zresztą poniekąd był powód zakończenia kariery, bo byłam już zmęczona poszukiwaniem skoku idealnego.

Przewidywania się sprawdziły, bo przesłuchując poranki ze swoim udziałem, uprawiałam samobiczowanie: akcentowanie nie takie, oddech za głośny, wszystko źle. Plusem były za to regularne dawki adrenaliny. Życie wyprane z emocji to coś, czego boi się wielu sportowców po zakończeniu kariery. Czasami szukają ich na siłę, słyszałam o takich, którzy poszli w nałogi. A ja miałam tę adrenalinę w radiu. Czerwona lampka się pali, jest 45 sekund na wejście – tyle i dokładnie tyle.

W poranku nie do końca się odnalazłam. Wstawanie o wpół do piątej rano, kiedy jest się w ciąży, to koszmar. Poranek był skrojony jako audycja rozrywkowa, mieliśmy przede wszystkim komentować, najlepiej uszczypliwie i na wesoło, różne wydarzenia z życia celebrytów i lokalne wpadki. A silenie się na dowcip, dworowanie sobie z czyichś potknięć to zupełnie nie mój styl.

Po urodzeniu syna, kiedy byłam na urlopie macierzyńskim, rozmawialiśmy w radiu o innym pomyśle na moją obecność na antenie. I tak narodziła się koncepcja programu autorskiego. Nazywa się Po-tyczki, rozmawiam ze znanymi ludźmi odwiedzającymi Szczecin. 44 rozmowy w roku – na początku wystraszyłam się, skąd wezmę gości, bo Szczecin z perspektywy reszty Polski jest nie po drodze. Na szczęście okazało się, że gości nie brakuje.

To trochę przykre, ale zdaję sobie sprawę, że jestem tu, gdzie jestem, wcale nie dzięki sportowi. Mój wizerunek zbudował przede wszystkim „Taniec z gwiazdami”, do którego się zresztą nie paliłam. Prawda jest taka, że wygrana w takim programie daje większą popularność i rozpoznawalność niż medal olimpijski.

Pytałam kiedyś szefów w radiu: Dlaczego akurat ja? Powiedzieli, że oglądając mnie w „Tańcu z gwiazdami”, przekonali się, że nie boję się mikrofonu i radzę sobie ze stresem. Myślę, że pomogło też to, że jestem w Szczecinie ciepło postrzegana, bo mieszkam tu od lat. Czasami, gdy ma się swoje pięć minut, pojawiają się propozycje, by przenieść się do większego miasta, innego klubu, zamienić dobre na lepsze. Tylko że wówczas pali się mosty, a w nowym otoczeniu jest się zbyt krótko, by liczyć na pomoc w urządzeniu życia po życiu. Bycie local hero ma swoje dobre strony.

Krok wstecz, krok w przód

Kajetan Broniewski, wioślarz, brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Barcelonie, dziś ministerialny urzędnik:

Jako zawodnik bywałem na zgrupowaniach w Stanach Zjednoczonych i podobało mi się tamtejsze nastawienie – zmieniać pracę co trzy, cztery lata, żeby nie wpaść w rutynę. To jest ryzykowne, bo poświęca się stabilność. Ale taka już natura wyzwań, a one mnie mobilizują.

Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo pracowałem w wielu miejscach i z każdego wyszedłem bogatszy, spotkałem wspaniałych ludzi. Już po medalu w Barcelonie zacząłem uczyć wuefu w jednej z pierwszych szkół społecznych w Warszawie – taki klasyczny pomysł na karierę równoległą ze sportową. Potem, gdy zakończyłem starty, też było klasycznie, bo zostałem przy wyuczonym fachu: byłem kierownikiem wyszkolenia w Warszawskim Towarzystwie Wioślarskim, a przez kilka lat sekretarzem generalnym związku wioślarskiego.

Ciągnęło mnie do dziennikarstwa. To jest ścieżka, którą idzie część sportowców, bo widz chce podczas transmisji zajrzeć za kulisy, poznać smaczki. Stąd rola eksperta, człowieka z wewnątrz. Mam licencjat Wyższej Szkoły Dziennikarskiej imienia Melchiora Wańkowicza, odbyłem praktyki w Polskim Radiu, a dla telewizji komentowałem, wraz z Markiem Kaczmarczykiem, kajakarstwo i wioślarstwo podczas igrzysk w Atenach w 2004 r. Uznano nas nawet za najlepszy duet komentatorski tamtych igrzysk, ale nie przełożyło się to na propozycje pracy. Wiosła to niestety nisza – w telewizji są raz na cztery lata, podczas igrzysk.

Stanowisko sekretarza generalnego w Polskim Związku Wioślarskim to był poligon organizacyjny, logistyczny. Potem te doświadczenia wykorzystałem jako szef misji olimpijskich w Turynie i Pekinie. Z Pekinu wróciłem 20 kilo chudszy. Ale taka praca na wysokich obrotach bardzo mi odpowiada. No i potem, przez parę lat, biegałem od pożaru do pożaru: w Narodowym Centrum Żeglarstwa i Klubie Sportowym AZS AWFiS, w Gdańsku w Polskim Związku Judo, w Polskim Związku Kolarskim, nad którym wisieli komornicy. Porozumieliśmy się z wierzycielami, napisaliśmy programy naprawcze, zaczęliśmy spłacać długi.

Następnie było Ministerstwo Sportu, z dwuletnią przerwą na pracę w kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego, gdzie planowałem i organizowałem spotkania pana prezydenta ze sportowcami. Dla pracy w ministerstwie zrobiłem krok wstecz. Finansowo, bo pensja zjechała prawie o połowę, i prestiżowo, bo przecież ze stanowisk kierowniczych dobrowolnie się zdegradowałem do szeregowego pracownika.

Potem znów zwyciężyła ciekawość i chęć zdobywania doświadczeń. Obsługiwałem od strony merytorycznej związki sportowe – zacząłem od dwóch, a skończyłem na ośmiu.

Wróciłem do ministerstwa na stanowisko dyrektora departamentu sportu wyczynowego pół roku temu, gdy funkcję ministra objął Adam Korol, też były wioślarz. Mam satysfakcję, że nie zostałem przyniesiony w teczce. Wygrałem konkurs: najpierw test weryfikujący znajomość przepisów, potem test kompetencyjno-psychologiczny, wreszcie rozmowa z komisją. No i miałem wymagane doświadczenie, zdobyte podczas poprzedniego stażu w ministerstwie, więc widać, że opłaciło się wtedy zrobić ten krok wstecz.

Teraz nadzoruję związki, głównie od strony finansowo-organizacyjnej. Mój departament przedkłada ministrowi propozycje różnych programów, podziału środków dla polskich związków sportowych. Znam dobrze większość środowiska. Czy to się nie obraca na moją niekorzyść, czy koledzy nie dzwonią: Kajtek, dołóż nam trochę? Nie, bo wiedzą, że nie dołożę. Mamy kryteria podziału pieniędzy, które są obiektywne i transparentne. Poza tym ja lubię konkretne argumenty.

Wiele wskazywało, że władza po wyborach się zmieni, ale przez te parę miesięcy postawiłem sobie cel: pomóc Adamowi udowodnić, że wybitny sportowiec może być dobrym ministrem sportu. I mam wrażenie, że to się udało. Zresztą jest pewna kontynuacja, bo w nowym rządzie resort sportu objął lekkoatleta Witold Bańka.

Kariery równoległe

Adam Wiercioch, szpadzista, srebrny medalista olimpijski z Pekinu (w drużynie), dziś menedżer w firmie informatycznej:

Pierwsze kroki w zawodzie informatyka stawiałem, wdrażając systemy, potem nadzorowałem tworzenie od podstaw czegoś w rodzaju call center. Od czerwca jestem w duńskiej firmie KMD. Kieruję pracą 40 programistów, budujemy od podstaw polski oddział firmy. Przyjmuję, zwalniam, organizuję szkolenia, koordynuję prace zespołów. Nie wykorzystuję swoich sportowych sukcesów, żeby zrobić wrażenie na pracownikach, ale pewne doświadczenia związane z pracą w zespole się przydają. Zresztą ja nigdy nie byłem typem indywidualisty – na planszy też większość sukcesów miałem w drużynie.

Informatyką interesowałem się od podstawówki, razem z kolegami zaczytywaliśmy się w magazynie „Bajtek”, eksperymentowaliśmy z programowaniem na komputerach Atari, które były wtedy u nas szczytem techniki. Ale równie ważna była dla mnie szpada, na początku nawet ważniejsza. Kiedyś dla zawodów zrezygnowałem z olimpiady z angielskiego, która była przepustką do szkoły średniej bez egzaminów. Wbrew rodzicom poszedłem w Gliwicach do liceum sportowego, gdzie była szermiercza sekcja klubu Piast, bo uznałem, że lepiej mieć szkołę i treningi w jednym miejscu.

Nie mam wątpliwości, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki szpadzie. Gdy miałem 20 lat i studiowałem na Politechnice Śląskiej, otrzymałem propozycję studiów w Stanach, na Penn State. Tamtejsi trenerzy przyjeżdżali na zawody do Europy i szukali wzmocnienia dla uczelnianych drużyn. Byłem dobry, znałem angielski, więc mnie wybrali. Mój trener w Piaście załamał ręce, bo uznał, że właśnie stracił przyszłego mistrza świata. Miał prawo tak pomyśleć – byłem w końcu jako junior mistrzem Europy i brązowym medalistą mistrzostw świata.

Na studia w Stanach, gdzie semestr kosztował 20 tys. dol., nigdy by mnie nie było stać, no a przecież sportowcy byli z czesnego zwolnieni. W Piaście Gliwice kapało z dachu, zimą trenowaliśmy w trzech parach dresów, a według niepisanej umowy zajęcia odwoływano dopiero, gdy w szklankach zamarzała herbata. Priorytetowe traktowanie szermierki miało z życiową przezornością niewiele wspólnego.

I tak doświadczyłem paradoksu: wyjechałem dzięki sportowi, ale sportowo miałem na tym stracić. Rzeczywiście, okazało się, że w drużynie Penn State jestem najlepszy, brakowało sparingpartnerów na moim poziomie, żeby utrzymać formę.

Studiowałem zarządzanie systemami informatycznymi. To był skok do nowoczesności – uczyliśmy się programowania w języku Java, który tam był już powszechny, a w Polsce nikt go jeszcze nie używał.

Szokiem był też dla mnie system nauczania. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie trzeba było przysiąść do nauki kilka tygodni przed sesją, na Penn State było mnóstwo zadań domowych, co tydzień poważny sprawdzian, bieżąca kontrola postępów w nauce. Na pierwszym roku sportowców obowiązywał tzw. study hall, czyli 13 godzin tygodniowo trzeba było odbębnić w bibliotecznej czytelni. Normalnie odbijaliśmy kartę na wejściu, był na sali człowiek, który pilnował, czy pożytecznie ten czas wykorzystujemy, a potem zdawał raport trenerom. Wysoka średnia na pierwszym roku zwalniała od study hall. Udało mi się.

Na szermierce wciąż mi zależało. Będąc w Stanach cztery lata, w ogóle nie zwiedzałem – egzaminy zdawałem w pierwszych terminach, pod koniec kwietnia leciałem do kraju i parę miesięcy trenowałem z kadrą. Potem rozpocząłem drugi kierunek, international studies. Decyzja pragmatyczna, bo w ramach tych studiów trzeba było odbyć półroczny staż za granicą, który fundował Penn State. Więc wybrałem Paryż, stolicę światowej szermierki. W tamtejszych klubach trenują mistrzowie świata, mistrzowie olimpijscy. Po ukończeniu stażu, już za własne pieniądze, zostałem jeszcze rok w Paryżu i do tytułu inżyniera, który zdobyłem na Penn State, dołożyłem magisterkę paryskiej politechniki.

Jeszcze w Paryżu jeden z profesorów dał mi wizytówkę swojego znajomego, który właśnie w Warszawie prowadził biuro firmy Dalkia. Potrzebowali kogoś, kto zna się na IT i mówi po francusku. Tu znów był niezły młyn, bo cztery dni pracowałem, a potem od piątku do niedzieli trenowałem w Gliwicach. Wciąż miałem wielkie ambicje, pojawiła się szansa udziału w igrzyskach w Pekinie i gdybym wtedy musiał wybierać: praca albo sport, pewnie jednak wybrałbym sport, bo trener i koledzy z drużyny bardzo na mnie liczyli. Na szczęście mój szef pozwolił mi pracować przez dwa dni w tygodniu, a resztę czasu poświęcać na treningi.

W Pekinie zdobyliśmy srebro i poczułem się sportowo spełniony. Na tyle, żeby trochę odpuścić i wreszcie zoperować zrujnowane kolano. Poza tym w 2009 r. urodziła się córka. Trzy dni po tym zdobywałem mój ostatni medal. To byłoby nie w porządku, gdybym powiedział żonie: radź sobie sama. I tak należy jej się pomnik za to, że tyle lat wytrzymała w związku na odległość. Teraz mamy trójkę dzieci, wybieramy się czasami wspólnie na Warszawiankę. My walczymy rekreacyjnie, a dzieciaki machają plastikowymi szabelkami.

Odszedłem z szermierki, mając 31 lat. Na pewno było mi łatwiej, bo przygotowałem sobie grunt: dobre stanowisko, z perspektywami. Dobranie odpowiednich proporcji w tandemie sport-wykształcenie to jest pewien problem. Kilka lat temu zainicjowałem Akademię Talentów, przy udziale mojego ówczesnego pracodawcy, Dalkii. Młodzi sportowcy mieli zajęcia z francuskiego, z psychologii sportu, z marketingu, z kontaktów z mediami. Chcieliśmy, żeby nauczyli się profesjonalnego prowadzenia kariery, trochę wyręczaliśmy związki sportowe, które tę dziedzinę zaniedbują. Wybieraliśmy takich, u których dobre wyniki w nauce szły w parze z sukcesami sportowymi. Można powiedzieć, że takich jak ja 15 lat temu.

wysłuchał Marcin Piątek

Polityka 1/2.2016 (3041) z dnia 27.12.2015; Społeczeństwo; s. 47
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak zejść z podium"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną