Społeczeństwo

Tragedia omyłek

Do więzienia przez przypadek?

Żeby dziecko tak nie płakało, policjanci zgodzili się nie zakładać Magdalenie kajdanek. Żeby dziecko tak nie płakało, policjanci zgodzili się nie zakładać Magdalenie kajdanek. Dariusz Pradut / Polityka
Magdalena Zmitrowicz pięć miesięcy niesłusznie przesiedziała w więzieniu. A teraz pozwała sąd do sądu o wyrok w sprawie, której właściwie nie było.
Magda trafiła do Zakładu Karnego dla kobiet w Grudziądzu. Osadzono ją w celi z dwiema morderczyniami.Danuta B. / fotopolska.eu/Wikipedia Magda trafiła do Zakładu Karnego dla kobiet w Grudziądzu. Osadzono ją w celi z dwiema morderczyniami.

Rodzinna wioska Magdaleny Zmitrowicz ma 150 mieszkańców i spore możliwości wędkowania, ale z pracą jest mizeria. Sześć lat temu 19-letnia Magda po skończonym liceum, profil usługowo-handlowy, rozpytywała znajomych w pobliskim Koszalinie, czy o jakiejś nie słyszeli. Atuty Magdy: ufna, otwarta, lubi ludzi i łatwo nawiązuje znajomości. Więc na ulicy Młyńskiej w Koszalinie dzięki koleżance poznała chłopaka o imieniu Adrian, a on zaprosił Magdę na kawę do swojej ciotki Eli. Warto było wpaść, bo ciotka Ela prowadziła lokal i mogła paść jakaś propozycja pracy…

Lokal miał lokalizację, ale niewiele więcej. Na podłodze leżały pędzle i puszki farb, pod ścianą stałą drabina, a wszędzie panował remontowy nieład. Ciotka zrobiła kawę i zapytała, czy Magda nie chciałaby pomóc, bo widać, jak jest. Magda wyraźnie się jeszcze nie zadeklarowała, gdy do towarzystwa dołączyła Monika, współwłaścicielka lokalu. Monika i Ela przy kawie otwierały przed Magdą nowe możliwości: jeśli zechce, dostanie w barze pracę, tylko że fundusze się kończą, a trzeba dokończyć rozgrzebany remont. I chodzi o to, żeby Magda podżyrowała Monice kredyt. Formalności Monika i Ela biorą na siebie. Jeszcze kawki?

Po kilku dniach zastanawiania się Magda dała im dowód osobisty, bo to jednak była nadzieja, a następnego dostała do podpisania druk poświadczający, że jest w barze już zatrudniona. Dziwiła się, że przecież jeszcze nie pracuje, na co Monika odpowiadała, że nie ma się czym przejmować. Zaraz po remoncie będzie dla niej praca.

Sytuacja osobista wymagała pilnej stabilizacji, gdyż Magda za pół roku spodziewała się dziecka. Więc podpis złożyła. W takiej sytuacji to ludzka rzecz.

Następnego dnia aresztowano Monikę. A dwa tygodnie później policja wezwała Magdalenę Zmitrowicz na przesłuchanie. I właśnie wtedy niedoszła pracownica dowiedziała się od policjantów, że „ta cała Monika i spółka to niezła szajka”. Nabrali kredytów.

Szajka paraprzestępcza

Magda więc szczerze opowiedziała prokuratorowi, że ona do szajki nie należy, bo z tego kredytu to ani złotówki nie widziała. Była tylko naiwnym żyrantem z obietnicą zatrudnienia. Ale prokurator był zdania, że takich rzeczy odpuszczać nie można, bo bez podpisu Magdy na fałszywym druku pieniędzy wyłudzić by się nie udało. Tak więc jej rola – świadoma czy nie – jest istotna. Magda nie chciała w ciąży szarpiącego nerwy procesu i dobrowolnie poddała się karze. Zgodnie z wyrokiem wraz z oskarżoną Moniką miały oddać pokrzywdzonemu bankowi pieniądze, 12 tys. zł, solidarnie w ciągu roku, przy czym solidarnie oznaczało – że oddać musi chociaż jedna z nich – całość kwoty. A jak nie zwrócą, to pójdą na 10 miesięcy do więzienia.

Monika obiecała Magdzie, że sprawę absolutnie ureguluje. Magda starała się więc nie przejmować. Zwłaszcza od kiedy urodziła Nikolę i miała sporo na głowie. Ale w takiej sytuacji jak się nie przejmować? Magda pojechała więc do Koszalina dowiedzieć się, czy pieniądze wpłacono, ale Monika przepadła. Aż raz przypadkiem wpadły na siebie na ulicy. „No weź dziewczyno, przecież kredyt już spłacony” – dała słowo Monika, a Magda dała wiarę.

Zawodowo dalej było kiepsko, więc Magda z córeczką i narzeczonym wyjechali do Duisburga w Niemczech, gdzie narzeczony znalazł pracę. Teraz mają już nawet niemiecki meldunek. W okolicy jest sporo Polaków, lokalne radio prowadzi nawet 25-minutową audycję po polsku w każdy wtorek. Wszystko się ułożyło, on w pracy, ona z dzieckiem, na czynsz i życie było, no i jakaś perspektywa. Magda zadowolona jeździła do Polski i tak minęło pięć lat.

Ogórki w samolocie

Aż do zeszłorocznej Wielkanocy. Wróciwszy do Polski, we wtorkowy poranek usłyszała pukanie, a w drzwiach zobaczyła mężczyznę i kobietę. Żadna akwizycja, policja po cywilnemu, zabierają ją za ten kredyt niespłacony. Mają nakaz sądowy. Prosiła z płaczem oraz na kolanach, lecz policja na to, żeby się pospieszyła z tym organizowaniem dla dziecka opieki, bo jak nie, to odwiozą córkę do pogotowia opiekuńczego, według procedury. Magda zadzwoniła do matki, która była na zakupach w Koszalinie i która – też z płaczem – obiecała, że w 15 minut będzie na miejscu po wnuczkę. Policjanci nie mogli jednak aż tak długo czekać. Mała Nikola wylądowała po sąsiedzku.

Żeby dziecko tak nie płakało, policjanci zgodzili się jedynie nie zakładać Magdalenie kajdanek. Zawieźli ją na komisariat w Białogardzie. Opowiada: sama w celi spędziła taką noc, że tego nikt uczciwie nie opisze, a nazajutrz trafiła do aresztu w Koszalinie. Po tygodniu do Zakładu Karnego dla kobiet w Grudziądzu. W celi za towarzyszkę miała kobietę, co męża trzy dni trzymała na balkonie zawiniętego w dywan. I drugą, która człowieka od chwilówek załatwiła. Bała się zasnąć.

Osładzała gorycz telefonami do córki. Żeby nie zwariować, zgłosiła się do pracy, zbierała ogórki z samolotu. Samolot to kombajn powoli jadący przez pole, a na „skrzydłach” leżą ludzie i zbierają ogórki rękami, siedem złotych na godzinę, z czego więzienie zabiera połowę. Ale warto, bo to odmiana od krat i pieniądze na rozmowy telefoniczne oraz papierosy. No i mogła uczciwie mówić córce, która wciąż dopytywała „mamusiu, ale ty nie jesteś w więzieniu?”, że nie w więzieniu. Że wyjechała do pracy i ogórki zbiera. Udawało się do pierwszej wizyty dziecka w Grudziądzu. Małą przywieźli rodzice: Nikola rozejrzała się wokół i zaczęła od „no tak, ale tu kraty są”.

W tym czasie Magdalena psychicznie już miała się kiepsko. Napisała do sądu w Toruniu, że prosi o zamianę więzienia na dozór elektroniczny. Odmówili, bo przecież kredyt niespłacony.

Matka Magdy udała się do banku, by dowiedzieć się, ile jest tego kredytu do spłaty. Myślała: jak się coś spłaci, to sąd inaczej spojrzy. Ale bank odpowiedział, że matka nie jest stroną i że nie będzie z nią rozmawiał. Zatelefonowała więc Magda, z więzienia. Dopiero wówczas dowiedziała się od zdziwionego pracownika banku, że przecież kredyt został spłacony przed trzema laty. Pracownik obiecał, że wyślą pismo do zakładu karnego. Ale sprawa była nieszablonowa i trzy tygodnie minęły, zanim dokument dotarł do Magdaleny.

W końcu, po pięciu miesiącach bezsensownego więzienia Magda wyszła na wolność. Gdy dojechała do domu, wszyscy płakali. Matka, która przez tych pięć miesięcy zawaliła studia pielęgniarskie – ambitne, dzienne, ale jednak wnuczka, córka w więzieniu i harówa przy pacjentach w szpitalu to było za dużo. Młodszy brat, który też swoje przeżył, opuścił się w nauce w samochodówce, no ale rok jakoś wybronił. I córka, która nie dawała się na dłużej zsadzić z matki kolan.

Gdyby Magdalena Zmitrowicz chciała uczciwie powiedzieć, co myśli, to można by ją oskarżyć o zniesławienie wielu organów państwowych. Bo sprawy mają się tak, że poszło o pomyłkę w papierach. Magda od początku mówiła, w jakim banku żyrowała kredyt, i tak jest w jej zeznaniach. Ale prokurator pomylił się – drobny błąd, nazwa banku podobna. I od tej pory w aktach nazwy banków idą naprzemiennie. Potem prokurator zapytał niewłaściwy bank, czy Magdalena Zmitrowicz albo kredytobiorczyni zwróciły pieniądze. A jakiś mało rozgarnięty pracownik omyłkowego banku odpisał, że nie zwróciły. Nie napisał jak człowiek, że żadnego kredytu nie było, tylko jak bezduszny zero-jedynkowy system: Zwróciły? Nie zwróciły. No i sąd skierował Magdę do więzienia. Co więcej, ona była już wtedy w Niemczech i nie odbierała poleconych.

A błąd w nazwie banku został sądownie zauważony już dwa lata przed aresztowaniem Magdaleny Zmitrowicz. W wyniku tej samej pomyłki, z tych samych akt sądowych do więzienia trafić miała także Monika. Ona poinformowała jednak sąd, że kredyt został spłacony – i w jej przypadku sprostowano oczywistą omyłkę pisarską. Nikt nie sprawdził jednak, co z Magdą. Dwa lata później, na podstawie tych samych akt sądowych, z powodu tego samego błędu wsadzono ją za kraty.

Wyrok bez zmian

Gdy Magdalena Zmitrowicz poznała prawdę, poszła do adwokata w Koszalinie. Ten jednak niezręcznych sytuacji ze swoim sądem nie chciał i uczciwie ją traktując, dał namiar na adwokata z Piły. Mecenas Robert Krakowski miał dylemat, kogo pozwać. Prokuraturę Rejonową z Koszalina? Bo prokurator pierwszy popełnił pomyłkę. Ale na podstawie samego aktu oskarżenia nikogo w zakładzie karnym się nie zamyka. Więc sąd, tylko który? Rejonowy z Koszalina, który prowadził sprawę, czy ten z Białogardu, który wedle miejsca zamieszkania skazanej wykonał karę pozbawienia wolności? Sąd w Białogardzie w sumie niewiele mógł zrobić, miał tylko wykonać wyrok. Całość sprawy leżała zaś w gestii sądu w Koszalinie.

I do tego sądu mecenas wysłał w styczniu 2016 r. pismo z propozycją polubownego naprawienia doznanej krzywdy. 150 tys. zł bez wstydliwego rozgłosu zadośćuczyniłoby doznanym cierpieniom. Bo na liście jest zadośćuczynienie za utratę dóbr osobistych, pozbawienie wolności, utratę kontaktów z córką, święta i urodziny za kratami, stres spowodowany osadzeniem z morderczyniami.

Czekają, ale sąd na wezwanie do tej pory nie zareagował. – Smutne – mówi mecenas – bo wszyscy popełniamy błędy, to ludzka rzecz, ale chodzi o to, by błąd naprawić.

Sąd może liczy, że Magda odpuści albo nie będzie miała do tego serca, albo wyjedzie, albo przegapi jakiś termin. Ale – zaznacza Magdalena Zmitrowicz – nadzieje sądu są płonne.

Dlatego w marcu 2016 r. adwokat w jej imieniu pozywa Sąd Rejonowy w Koszalinie o pół miliona złotych. Mecenas wie, że będzie ciężko. Prokuratoria generalna, powołana do reprezentowania Skarbu Państwa, na ugody raczej nie chodzi. – Ale interes państwa – zauważa mecenas – jest nie tylko finansowy, ale także wizerunkowy.

Tymczasem w pewien marcowy poranek do domu Magdaleny Zmitrowicz przyszedł doręczyciel. Przyniósł polecony z sądu. Sprostowanie oczywistej omyłki pisarskiej polegającej na podaniu w wyroku prawidłowej nazwy banku. Pięć lat po skazaniu, rok po aresztowaniu i pół roku po wypuszczeniu, wyrok skazujący, zdaniem sądu, pozostaje w mocy.

Polityka 15.2016 (3054) z dnia 05.04.2016; Społeczeństwo; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Tragedia omyłek"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Po co nam dzisiaj harcerze

Harcerstwo jest dziś naprawdę potrzebne dzieciakom. Pytanie, czy zda test na orientację. W czasie, przestrzeni i polityce.

Martyna Bunda
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną