Lech Obara, mecenas od spraw przegranych

Obara kontra
Ogólnopolską sławę prawniczą zdobył już po pięćdziesiątce. Pomogły w tym media, które czuje, bo sam był dziennikarzem. Szył też dżinsy, robił interesy z Rosjanami, działał w stowarzyszeniach – ostatnio tych broniących godności narodowej.
Lech Obara (na pierwszym planie) na konferencji prasowej PiS o reformie postępowania egzekucyjnego, sierpień 2007 r.
Forum

Lech Obara (na pierwszym planie) na konferencji prasowej PiS o reformie postępowania egzekucyjnego, sierpień 2007 r.

„Porusza mnie ludzka krzywda” – mawia Lech Obara w wywiadach.
Michał Szlaga/Newsweek Polska/Reporter

„Porusza mnie ludzka krzywda” – mawia Lech Obara w wywiadach.

Media przychodzą wtedy, kiedy prawnik bierze się za sprawy z góry wyglądające na przegrane i nieopłacalne, czyli w żargonie kancelaryjnym „niepieniężne”. „Porusza mnie ludzka krzywda” – mawia Lech Obara w wywiadach.

Przez ostatnie lata Obara angażuje się w sądowe zderzenia pojedynczego obywatela z molochami korporacyjnymi albo państwowymi. To najczęściej sprawy ciągnące się latami, rzucające prawnikiem po Polsce i Europie, a jest ich tyle, że komórka Obary dzwoni bez przerwy. Tak więc niedawno miał sprawę w Nicei, parę spraw w sądach niemieckich, jedzie pilnie do Krakowa i Warszawy.

Dzięki tym „niepieniężnym” kazusom często widzi się Obarę w telewizji – ostatnio na żywo mecenas przemawiał do rozsądku komornikowi, który zamiast majątku dłużnika zajął majątek jego córki. Zapraszają go też do programów dyskusyjnych. Potem zaś słychać nieoficjalnie, że praktyk prawny Obara spotykał się w stolicy z ministrami rozmawiać o zmianach w prawie – ostatnio o mającej się zmieniać ustawie o IPN.

W kancelarii

Sukces olsztyńskiej Kancelarii Radców Prawnych Lech Obara i Współpracownicy widać po kolejce interesantów w poczekalni, ciągle dzwoniących telefonach oraz po bieganinie mecenasów. Nie widać po wnętrzach – mieszkanie w kamieniczce już nie wystarczało, więc Obara jako instytucja rozrósł się na suterenę pod schodami.

Kancelaria zatrudnia kilkanaścioro młodych prawników i od niedawna ma dobrze prosperującą filię w Warszawie. Jednak im więcej Obary w mediach, tym więcej klientów i przynoszą coraz poważniejsze kazusy – ostatnio kilka afer gospodarczych z milionami w tle – więc współpracownicy uwiązani są do spraw na długie miesiące i lata, przez co szef ciągle czuje, że ma za mało ludzi do pracy.

Młodsi prawnicy są wpatrzeni w Obarę. Zwłaszcza imponuje jego pracoholizm i lekkość, z jaką 66-letni wyga bezbłędnie przerzuca się między sprawami, odbierając telefon – sprawy zna w detalach i wie, kiedy zażartować, a kiedy powiać uprzejmym chłodem; kilkanaście takich przeskoków emocjonalnych na godzinę. A jeśli nie może odebrać, w przelocie wciska swoją komórkę któremuś z młodych i muszą sobie radzić.

Już dawno zauważył Obara prawidłowość, że przemyślane konstrukcje przestępcze, oparte na wyzysku, lichwie czy kradzieży w białych rękawiczkach, są jak trendy w modzie – zaraźliwe i multiplikowane. Trzeba je wyłowić spośród spraw wpływających do kancelarii. Niedawno odkryli modę na przedsiębiorstwa lichwiarskie: w różnych częściach Polski kilkudziesięciu cwaniaków zajmuje się wyszukiwaniem ludzi w kłopotach finansowych, samotnych i chorych, jednak koniecznie z własnościowymi mieszkaniami. Proponują im pożyczki lub spłatę zadłużenia. Wszystko jest dograne jak w porządnym teatrze – przychodzą ładnie ubrani, podają się za prawników, ofiarę prowadzą do notariusza. Po kilku miesiącach przejmują mieszkanie o wartości dużo większej niż pożyczka, której udzielili, i wyrzucają ludzi na bruk.

Jeśli taki poszkodowany trafi przed sąd pojedynczo, dowodzi Lech Obara, wykładając swój system działania, raczej zderzy się ze ścianą machiny państwowej. Sąd pewnie przejrzy umowy, sprawdzi podpisy i może dojść do wniosku, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Tymczasem „obaryzm” (określenie autora tekstu) polega właśnie na tym, by zdefiniować proceder jako szersze zjawisko społeczne z przemyślanym systemem wyzysku ofiar, następnie nagłośnić je w mediach i dopiero wtedy stawać przed sądem. Obara uważa, że zwykły człowiek w starciu z korporacją lub instytucją państwa prawie zawsze jest na pozycji przegranej i dlatego należy się mu pomoc prawna.

W mieście

W światku olsztyńskiej elity i ludzi interesu starszej daty radca prawny Lech Obara był znany długo przed powstaniem jego kancelarii. Ciekawy człowiek, mówią bez podawania nazwisk; świetny mówca z darem przekonywania; potrafi dogadać się z każdym, niezależnie od epoki politycznej. A choć na miejskich forach w internecie nie brak złych opinii o mecenasie, nikt nie powie, że sukces ostatnich lat przewrócił mu w głowie. Zresztą zawsze radził sobie świetnie w przeróżnych dziedzinach.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną