Feministka z in vitro

Ziółko
Żywy dowód na słuszność prawicowych obaw? Pierwsze polskie dziecko z in vitro, zrodzone w porządnej katolickiej rodzinie, wyrosło na wegetariankę, feministkę i antyklerykałkę.
Agnieszka Ziółkowska. Kiedy jako 16-latka usłyszała, że przyszła na świat dzięki in vitro, była zła o to, że rodzice powiedzieli jej tak późno.
Mariusz Forecki

Agnieszka Ziółkowska. Kiedy jako 16-latka usłyszała, że przyszła na świat dzięki in vitro, była zła o to, że rodzice powiedzieli jej tak późno.

Mirosław Gryń/Polityka

audio

AudioPolityka Joanna Cieśla - Ziółko

Agnieszka Ziółkowska, pierwsza Polka, o której wiadomo, że jest urodzona w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego metodą in vitro, niedawno złamała nogę. Ostatnio więc głównie przesiadywała z laptopem. Przygotowuje projekt dofinansowania zabiegów in vitro dla par z Poznania, w którym – z przerwami – mieszka od dziecka. Ma czas do końca maja. Jeśli władze miasta zaakceptują projekt, leczenie będzie w pełni refundowane, wejdzie w miejsce narodowego programu, wygaszanego właśnie przez PiS. Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji Nasz Bocian, którego Ziółkowska jest członkiem, podobne programy przygotowało dla innych miast.

Za in vitro agituje jak namolna mucha. Na przykład niespełna rok temu w czerwcu, gdy mieszkała jeszcze w Warszawie. Parlament debatuje nad ustawą o leczeniu niepłodności. Z Senatu dzwoni kolega: Ziółko, jest słabo. PO ma daleko idące wątpliwości. Więc Agnieszka bierze taksówkę i jedzie. – Czułam się, jakbym górę przeniosła, bo udało mi się przekonać jednego senatora Platformy, żeby wstrzymał się od głosu – choć miał być przeciw ustawie. Politycy dopuszczają narodowy program in vitro na kilka miesięcy. Potem przychodzi pisowskie „otrzeźwienie”.

Wychuchana

Kardynał Joseph Ratzinger podpisał „Instrukcję o szacunku dla rodzącego się życia ludzkiego i o godności jego przekazywania” w lutym 1987 r. 32-letnia Maria Bąk-Ziółkowska leżała wtedy w szpitalu kilka kilometrów od Watykanu. Była w piątym miesiącu ciąży. We wspomnieniach opisała swoje wcześniejsze modlitwy o pomyślność zabiegu in vitro: „Jest 12. w południe, Anioł Pański. Słuchając dzwonów kościelnych, dowiaduję się, że wszystkie trzy komórki, które zostały zapłodnione, rozwinęły się i są już we mnie. Po dwóch tygodniach jedziemy na badanie USG. Bije jedno serce. Ogarnia nas uczucie żalu, że nie trzy, i radości, że choć jedno bije”. Kilka tygodni później poczuła skurcze macicy. W szpitalu podłączyli ją do kroplówki. Musiała leżeć w bezruchu, zastygła na sześć miesięcy. Przed Wielkanocą w jej pokoju zjawił się ksiądz z komunią. Na widok ciężarnej Marii podłączonej do aparatury odpuścił jej wszystkie grzechy, zanim ona zdążyła cokolwiek powiedzieć. Agnieszka urodziła się w maju, po 34 tygodniach ciąży. W Rzymie, bo ojciec – Adam, historyk starożytności, robił tam habilitację. Kiedy z żoną dowiedzieli się, że we Włoszech leczą niepłodność nową metodą, od razu powzięli plan, że ze stypendium wrócą z dzieckiem.

W PRL Adam Ziółkowski pisał do prasy opozycyjnej. Maria Bąk-Ziółkowska, artystka plastyk, robiła plakaty. W 1981 r. na przykład taki: tors mężczyzny i hasła przeciwko cenzurze, stanowi wojennemu, bombie atomowej. Cała rodzina jest zaangażowana politycznie i uczona. Dziadek Janusz Ziółkowski, profesor socjologii, był rektorem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, a później szefem kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy (kilka lat temu jego imieniem nazwano skwer w poznańskiej dzielnicy Grunwald; na skwerze stanął obelisk z piaskowca ku czci patrona; Agnieszka protestowała, upierając się, że dziadek wolałby za te pieniądze wygodne ławki, na których mogliby usiąść emeryci). Brat ojca Marek też ma profesurę z socjologii (przez trzy kadencje senator, od ubiegłego roku jest ambasadorem w Maroku). Rodzicom zależało na wykształceniu Agnieszki, dlatego posłali ją do najlepszych szkół – katolickich. I właśnie przez te katolickie szkoły o tym, że jest z in vitro, woleli córce nie mówić. Dom działał według należytego grafiku: wieczorem pacierz, w niedzielę msza. Jako dorastająca dziewczynka przeżyła fazę silnego rozmodlenia.

Adam Ziółkowski wykładał m.in. historię Kościoła na Papieskiej Akademii Teologicznej. Kościelni intelektualiści przychodzili na obiady, bywał ks. prof. Tomasz Węcławski. W 2002 r. „Rzeczpospolita” wydrukowała artykuł „Grzech w Pałacu Arcybiskupim”, opisujący seksualne molestowanie kleryków przez arcybiskupa metropolitę poznańskiego Juliusza Paetza. To wtedy Agnieszka ogłosiła, że przestaje chodzić do kościoła. Mama podłapała: w takim razie ja już też nie będę.

Gdy po roku, jako 16-latka, Agnieszka usłyszała, że przyszła na świat dzięki in vitro (rodzinna awantura o późne powroty do domu; wzburzony ojciec wykrzyczał, dlaczego z matką tak się nad nią trzęsą), była zła głównie o to, że powiedzieli jej tak późno. Przez jakiś czas czuła się sama ze sobą trochę dziwnie. Jak robot, jakiś sztuczny twór. Ale nie czuła żadnej presji związanej z katolicką doktryną.

Apostatka in vitro

Może gdyby została w Hiszpanii na doktoracie o poetkach petrarkistowskich, skończyłoby się na nieszkodliwym intelektualnym feminizmie kawiarnianym. Bo w Barcelonie była na stypendium Erasmusa, ale przyjechała do Polski dokończyć uczelniane formalności. Jest 2010 r., wybory samorządowe. W nowo powstałym ruchu miejskim My-Poznaniacy potrzebują kogoś do medialnej i organizacyjnej pomocy. Wsiąka. Startuje do rady miasta z okręgu obejmującego m.in. biedną dzielnicę Wilda: – Z ulotkami zawędrowałam na podwórko, gdzie na tyłach piekarni przy papierosie rozmawiały panie, które tam pracowały. Około południa miały przerwę, bo od świtu piekły – opowiada Ziółkowska. – I zaczynam je, panienka z dobrego domu, przekonywać do europejskiego Poznania, opowiadam o zrównoważonym transporcie, o klinach zieleni i innych superrzeczach. A one mnie wysłuchały i mówią, że nie mają jak pracować, bo nie ma przedszkoli dla dzieci, i gdzie mieszkać, bo mieszkania im się walą, a nie ma za co zrobić remontu. To było jak obuchem w głowę, otworzyły mi się oczy.

My-Poznaniacy nie wchodzą do rady. Ale Agnieszka zostaje w ruchach miejskich, organizuje kongresy. Koleguje się z lokalnymi dziennikarzami. W 2012 r. pytają, czy udzieli wywiadu o swoim życiu z in vitro (wcześniej robi coming out na Facebooku). Trafia na okładkę „Wysokich Obcasów”.

Po studiach (oprócz filologii hiszpańskiej jeszcze włoska) krótko pracuje w TVN. Potem dostaje stypendium w College of Europe w Natolinie. O luksusowym kampusie mówi „złota klatka”. Przez Joannę Erbel i warszawskie ruchy miejskie trafia do Krytyki Politycznej. Z poznańskimi działaczami lewicy protestuje przeciwko stworzeniu w mieście osiedla kontenerowego, awanturuje się w sprawie lokatorów domów opanowanych przez czyścicieli kamienic. Zbiera pieniądze na butle gazowe dla mieszkańców z ul. Stolarskiej w Poznaniu, gdzie odcięto wodę, gaz i prąd. (Mniej więcej w tym czasie przestaje jeść mięso; mówi, że solidarność i wrażliwość infekują człowieka stopniowo, gdy zyskuje świadomość w jednej kwestii, to coraz łatwiej solidarność w sobie uruchomić).

Wcześniej, pod koniec lutego 2013 r., Agnieszka długo stoi przed lustrem. Dokładnie ogląda swoją twarz, szuka podejrzanych odkształceń. Ks. prof. Franciszek Longchamps de Berrier, członek zespołu ekspertów ds. bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski, w wywiadzie dla „Uważam Rze” stwierdził, że dzieci poczęte metodą in vitro mają dotykową bruzdę, charakterystyczną dla zespołu pewnych wad genetycznych. W kwietniu KEP wydaje dokument bioetyczny, w którym nazywa metodę in vitro eksperymentowaniem na człowieku.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną