Czas religii - teraz odrodzenie?

Zegar wiary
Jan Paweł II lubił powtarzać, że nadchodzi wiosna Kościoła. Wiosna? Czy po dwóch tysiącach lat istnienia chrześcijaństwa można mówić o wiośnie? Frazę tę podchwycił Benedykt XVI. Wiosna bowiem kojarzy się z odrodzeniem sił do życia, wiosenne metafory mobilizują ludzi. Jak to się ma do stanu chrześcijaństwa, historii rozłamów i współczesnych wyzwań?
abcdz2000/Flickr CC by SA

Wyobraźmy sobie zegar historii, na którego tarczy jedna minuta oznacza stulecie. Wtedy chrześcijaństwo zaczęłoby się dwadzieścia minut temu – całkiem niedawno. A szok rozłamu w chrześcijaństwie zachodnim, czyli powstanie Kościołów protestanckich w XVI w., zdarzył się zaledwie pięć minut temu! II Sobór Watykański, najważniejsze wydarzenie katolickie XX w. – pół minuty temu. Przy takim ujęciu jesteśmy rzeczywiście gdzieś u początków drogi. Trudno o większy kontrast z podejściem części badaczy, którzy od XIX w. (mniej więcej półtorej minuty temu) głoszą śmierć Boga i agonię chrześcijaństwa.

Liczby mówią coś innego. Owszem, w Europie Zachodniej i Północnej kościelne statystyki są marne. W Wielkiej Brytanii na przykład liczba praktykujących katolików jest dziś wyższa niż praktykujących anglikanów, czyli członków Kościoła narodowego, kiedyś zdecydowanie większościowego i cieszącego się do dziś statusem wyznania państwowego. Ale pustki w świątyniach Europy Zachodniej są wyjątkiem w skali globu. Na świecie chrześcijaństwo wciąż jest numerem jeden wśród wszystkich religii, skupiając – według różnych badań – od 1,5 do prawie 2 mld wyznawców. Największym zaś Kościołem chrześcijańskim pozostaje Kościół rzymskokatolicki, zwany też przez swych członków powszechnym (co jest polskim odpowiednikiem greckiego wyrazu katolicki). Utożsamia się z nim około miliarda mieszkańców na sześciu kontynentach. Najwięcej – w Ameryce Łacińskiej (ok. 0,5 mld), najmniej – w Australii z Oceanią (ok. 10 mln).
 
Jak chrześcijaństwo zagarniało świat

Są to wspólnoty młode. Popatrzmy znów na nasz zegar: ekspansja chrześcijaństwa z Galilei, gdzie narodziło się ono z łona religii żydowskiej, zaczęła się od misyjnych wędrówek świętego Pawła, Apostoła Narodów, w I w. n. e. Po trzech–czterech minutach nowa religia, mimo początkowych prześladowań, objęła basen Morza Śródziemnego i sięgnęła najdalszych krańców Imperium Rzymskiego – Wysp Brytyjskich.

Na czym polegała atrakcyjność nowej religii? Wyznawcy państwowej religii rzymskiej mówili z przekąsem: No, patrzcie, jak ci chrześcijanie się miłują – i trafiali niechcący w sedno. Mówiąc językiem współczesnym, chrześcijaństwo czerpało swą siłę z tego, że chciało być religią solidarności społecznej, otwartą dla bogatych i biednych, uczonych i maluczkich, oraz z tego, że przekraczało podziały narodowe i kulturowe, otwierając się na pogan i żydów. Niosło więc przesłanie prawdziwie rewolucyjne – przesłanie etycznego uniwersalizmu (miłość bliźniego) i stąd do dziś może trafiać do ludzi na całym globie.

Pierwszym monarchą, który w IV w. przyjął chrześcijaństwo – jeszcze przed rzymskim cesarzem Konstantynem – był król Armenii. Do Indii chrześcijaństwo dociera prawdopodobnie już w I w.; do Chin – być może już po ok. pięciu minutach. Naturalnie nie mówimy tu o wielkich rzeszach nawróconych, a tylko o przyczółkach czy wręcz pojedynczych misjonarzach, którzy dotarli na antypody ówczesnego świata chrześcijańskiego.

Było raczej tak, że chrześcijaństwo falowało – posuwało się i cofało na religijnej mapie globu. Zwłaszcza odkąd wyrósł mu jeszcze młodszy konkurent: religia Mahometa, czyli islam. Jego gorący oddech chrześcijaństwo czuje odtąd na plecach. Islam wyparł je z Afryki Północnej, z części Azji wyparł buddyzm, w wielu miejscach globu wyparł inne rdzenne lub wcześniejsze religie i ciągle się rozwija.

Wojny, podboje, upadki państw, trudności komunikacyjne sprawiały, że ziarno chrześcijaństwa posiane w różnych miejscach wzrastało, ale i z czasem więdło. W niektórych punktach znalazło się w izolacji, lecz trwało – na przykład w Egipcie i Etiopii. Te falujące dzieje chrześcijaństwa zostawiły ślad w postaci ogromnego bogactwa różnych tradycji, zwyczajów i liturgii. Z każdą kolejną falą chrześcijaństwo sięgało jednak trochę dalej, aż w epoce wielkich wypraw morskich, otwierających szlak podbojom Europy w Nowym Świecie, czyli obu Amerykach, zaczęło budować swą prawdziwie światową potęgę.

Proces ten trwa do dziś. Dopiero w XX w. (minutę czy półtorej temu) w każdej większej grupie etnicznej czy kulturowej występującej na Ziemi można już znaleźć wspólnoty chrześcijańskie różnych wyznań. Sto lat temu w Afryce było 10 mln chrześcijan, na początku XXI w. – 200 mln. To w XX w. chrześcijaństwo stało się religią globalną.


Od przemocy do ekumeny

Nie obeszło się bez przemocy. Nawracano ogniem i mieczem, zbiorowymi chrztami. Europejska dominacja polityczna, militarna i cywilizacyjna w epoce kolonialnej nie zostawiała wiele miejsca pielęgnowaniu wiar rodzimych, uważanych przez kolonizatorów za barbarzyńskie. W XVI w. hiszpański zakonnik uznał za dzieło szatana księgi Indian Majów i wydał rozkaz spalenia ich na stosie. Ale znaleźli się też już wówczas chrześcijanie – obrońcy podbijanych ludów, protestujący przeciwko przemocy i zmuszaniu ich do przyjmowania nowej religii ze strachu o życie. Papież Paweł III zabronił wtedy (1537 r.) zamieniania Indian w niewolników. Ale nadal powszechne było chrzczenie hurtem Afrykanów, czekających w kajdanach na transport statkami do kolonii portugalskich i hiszpańskich.

Niekiedy ekspansja trafiała na opór, czasem brutalny – jak w Japonii, gdzie na przełomie XVI i XVII w. doszło do masowych prześladowań tamtejszych chrześcijan, niekiedy krzyżowanych i zakopywanych żywcem; wśród tych męczenników znalazł się jezuita Wojciech Męciński. Państwo wydało zakaz wiary chrześcijańskiej obowiązujący aż do drugiej połowy XIX w. Kiedy później misjonarze pojawili się znów w Kraju Kwitnącej Wiśni, natrafili na japońskich chrześcijan, którzy w ukryciu trwali przez pokolenia przy tej wierze.

Ciekawe, że wysiłki misjonarskie w dalekiej Azji postawiły przed Kościołem problem, jak skutecznie docierać do ludzi wychowanych w kulturach o wiele starszych i często bardziej rozwiniętych duchowo niż ówczesne chrześcijaństwo. Włoski jezuita Matteo Ricci, XVI-wieczny apostoł Chin, postanowił, że trzeba możliwie jak najgłębiej wrosnąć w miejscową kulturę, byle zachować sedno wiary chrześcijańskiej. Nosił chiński ubiór, przybrał chińskie imię, poznał doskonale język, wiedzę i filozofię Chińczyków. Wraz z grupą misjonarzy odnosił niebywałe sukcesy ewangelizacyjne. Ale kiedy zgodził się, by nawróceni na chrześcijaństwo Chińczycy oddawali nadal cześć Konfucjuszowi i duchom przodków, Rzym powiedział: dosyć. Kiedy papież Klemens XI zabronił obrządku chińskiego, doszło do krwawych rozruchów, a urażone władze cesarstwa zdelegalizowały chrześcijaństwo.

Tak przerwano niezwykle obiecujący i wybiegający w daleką przyszłość eksperyment, który dziś nazwalibyśmy inkulturacją chrześcijaństwa – prawie nikogo nie dziwi w naszych czasach widok papieża w indiańskim pióropuszu lub modlącego się o pokój z dalajlamą. Misjonarze Azji wypracowali zalążek podejścia, jakie dziś jest powszechne w kontaktach chrześcijaństwa z innymi kulturami: poznajemy się we wzajemnym poszanowaniu tożsamości, szukamy tego, co łączy, głosimy Ewangelię wszystkim, którzy chcą jej słuchać, przymus i nacisk są wykluczone. Takie podejście zaczęło się przyjmować w Kościołach chrześcijańskich dopiero w XIX w.

Działo się to u szczytu światowej potęgi Europy. Dziś trudno w to uwierzyć, ale w 1815 r. Kościół katolicki miał wszystkiego 300 misjonarzy w świecie pozaeuropejskim, a w 1900 r. – ponad 6 tys. W tym samym roku na misjach protestanckich pracowało za to 16 tys. osób – Kościoły protestanckie były o wiele bardziej energiczne w tej dziedzinie. Dotrzymać im kroku próbowała też prawosławna Rosja, która słała misje głównie do krajów Azji.

Ta światowa ofensywa chrześcijańska nie była skoordynowana: trzy wielkie odłamy chrześcijaństwa działały na własną rękę i własnymi metodami. Pozyskiwały dusze, ale walczyły też o poszerzenie stref wpływów politycznych. Historyczne rozłamy w wielkiej rodzinie chrześcijańskiej wciąż dawały znać o sobie.

Pierwsi krok ku współpracy we własnym gronie postawili protestanci. To im zawdzięczamy ideę ekumeniczną. Za narodziny ruchu ekumenicznego uważa się kościelną konferencję w Edynburgu w 1910 r. Katolicy przez długie lata trzymali się z boku. Nie weszli początkowo do Światowej Rady Kościołów utworzonej w 1948 r. Dopiero w latach 60. przyłączyli się do ruchu ekumenicznego; kontakty zgęstniały i przyspieszyły za pontyfikatu Jana XXIII i po II Soborze Watykańskim.

Otwarte elity chrześcijańskie dostrzegały, że ruch ekumeniczny pomaga nie tylko głosić Ewangelię, ale także odbudowywać jedność wszystkich chrześcijan. Dla wierzących podział chrześcijaństwa jest przecież jak rozpad rodziny. Ale podobnie jak w rodzinie, przyczyny i skutki tego „skandalu”, widzi się często w tak różny sposób, że pojednanie wydaje się mrzonką.

Trzej bracia w Chrystusie

Kiedy zwiedzałem Ławrę Poczajowską, słynne sanktuarium maryjne na Ukrainie pod Krzemieńcem, znalazłem tam ulotkę. Wyrysowano na niej drzewo wiary chrześcijańskiej. Pień gruby i mocny tworzyło prawosławie, od pnia odchodziły gałęzie – katolicyzm i kościoły reformacji, czyli protestantyzm. Przesłanie było zrozumiałe dla każdego, kto rzucił okiem na sugestywny rysunek i napisy cyrylicą: soki chrześcijaństwa płyną przede wszystkim pniem prawosławia. Katolik może czuć się zaskoczony: a więc prawosławni widzą nas jak młodszych braci?

Pierwsza wielka kłótnia w rodzinie wybuchła tysiąc lat temu, kiedy fatalny splot nieporozumień, intryg i ambicji doprowadził do trwałego rozłamu na Kościół zachodni (łaciński, katolicki) ze stolicą w Rzymie i wschodni (prawosławny, grecki) – ze stolicą w Konstantynopolu (Bizancjum, dzisiejszy Istambuł). W 1054 r. Rzym i Konstantynopol obłożyły się wzajemnie ekskomunikami, uchylonymi w 1965 r. Różnice nie kończą się na brodach i żonach prawosławnych księży. Prawosławie (po grecku ortodoksja, wiara prawowita i prawidłowa) widzi siebie jako pełne i prawowierne rozwinięcie chrześcijaństwa. Uznaje ustalenia tylko pierwszych siedmiu soborów Kościoła, czyli powszechnych zgromadzeń biskupów, z których ostatni odbył się ponad 1200 lat temu. Sformułowano na nich doktrynę wiary chrześcijańskiej i z prawosławnego punktu widzenia nie ma tu nic do dodania. Bardzo zaszkodziło stosunkom, że tak zwani łacinnicy, czyli katolicy rzymscy, przyjęli w XI w., iż Duch Święty pochodzi „od Ojca i Syna” – prawosławni uznali to za naruszenie równowagi Trójcy Świętej.

Kościół katolicki do tych siedmiu soborów dodaje czternaście następnych – ostatnim powszechnym według chronologii katolickiej był II Watykański (1962–65). Ale ich ustaleń prawosławie nie uważa za wiążące. Nie uznaje więc np. dogmatu o nieomylności papieża. O rozumienie prymatu papieża w Kościele toczy się od wieków może najbardziej zacięty spór między braćmi w wierze.

Zastrzeżenia co do papiestwa zgłosił też trzeci brat – Kościół protestancki, któremu początek dało wystąpienie zgorszonego mnicha Marcina Lutra. Oburzyło go handlowanie odpustami przez Kościół rzymski i w 1517 r. zaprotestował przeciwko tym praktykom, wywieszając na drzwiach kościoła w niemieckiej Wittenberdze stosowną odezwę. Odchodzenie przez ludzi Kościoła od cnót, które oficjalnie głosili, było wtedy tak powszechne, że sprzeciw Lutra okazał się kamykiem wywołującym lawinę. Ta lawina to ruch reformacji, który oznaczał drugi wielki rozłam w chrześcijaństwie – tym razem zachodnim.

Protestanci, zrzuciwszy jarzmo centralistycznego Rzymu, poszli drogą pełnej samodzielności swoich Kościołów. Tak jak prawosławni nie godzą się z określeniem papieża jako głowy Kościoła – głową jest Chrystus – i nie uznają jego nieomylności (ogłoszonej przez I Sobór Watykański w 1870 r.). Inaczej niż katolicy i prawosławni, nie otaczają mistycznym kultem Matki Chrystusa. Różnic doktrynalnych jest więcej – na przykład kobiety są dopuszczane do kapłaństwa, a więc i do godności biskupiej.

Może ważniejsze jest tutaj, że protestantyzm okazał się najbardziej wśród trzech braci otwarty na zmiany w świecie pozakościelnym, najbardziej demokratyczny i jednocześnie najmniej odporny na laicyzację. A po drugie, że to akurat właśnie w protestantyzmie, prócz ekumenizmu, powstał nowożytny fundamentalizm. Dla wielu – zielsko na łące chrześcijaństwa.


Dzikie ziele fundamentalizmu

Fundamentalizm wystąpił w początkach XX w. jako reakcja na liberalny nurt protestantyzmu. Paradoks jest pozorny. W głównych Kościołach protestanckich jest więcej wolności w teologii, dyskusjach i zarządzaniu niż w zhierarchizowanym Kościele rzymskim i w zamkniętych w sobie Cerkwiach. Musiała więc przyjść fala odwrotna. Wróćmy do fundamentów (stąd nazwa) naszej wiary – do Biblii rozumianej dosłownie, a nie rozwodnionej w niezliczonych komentarzach różnych mędrków – wołali fundamentaliści.

Opis stworzenia świata, historia święta, nauki Jezusa to nie żadne symbole i alegorie, tylko prawda, której trzeba się trzymać w życiu prywatnym i publicznym. Tak w rodzinie chrześcijańskiej pojawił się pryncypialny młokos, który postanowił starszych braci przywołać do porządku. I to on wydaje się dziś siłą szczególnie żywotną.

Bo jest tak, że u początku XXI w. fundamentalizm ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. Kto zrozumie – dlaczego, ma ważny klucz nie tylko do analizy współczesnej kondycji religii, lecz także kondycji współczesnego świata. Matecznikiem nowożytnego fundamentalizmu – i jego głównym eksporterem – są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Fundamentalizm ten ma wiele twarzy, wcieleń i odcieni: od słynnego w całym świecie pastora Billy`ego Grahama przez ruchy Moralnej Większości i Chrześcijańskiej Prawicy, po „powtórnie narodowego w Chrystusie” prezydenta Busha lub pastora Falwella, który w atakach 11/9 widział Bożą karę za moralny upadek Ameryki, grzeszącej aborcją i sodomią.

Religijna żywotność USA pasjonowała badaczy od dawna: oto w państwie, ściśle przestrzegającym rozdziału od Kościołów, w państwie, które czuje się do dziś mesjaszem wolności i demokracji, ludzie nadal masowo chodzą do kościoła – inaczej niż w Starym Świecie. W państwie wyrosłym z idei Oświecenia nie powtórzył się proces z Europy – ojczyzny Oświecenia, nie nastąpiła sekularyzacja. Gwarantowane przez republikę amerykańską swobody nie przerobiły obywateli na agnostyków i ateistów, nie przeszkadzały bujnemu jak nigdzie indziej rozwojowi wszelkich wiar, wyznań i Kościołów. I to do tego stopnia, że niektórzy badacze stawiają dość prowokacyjne pytanie, czy rosnące jak grzyby po deszczu Kościoły w USA można w ogóle uznać za chrześcijańskie?

Owszem, posługują się symbolami chrześcijańskimi, odwołują do Jezusa Chrystusa, ale czy w tych szklanych katedrach, gdzie miotają się kaznodzieje naśladujący gwiazdy popkultury, zostało jeszcze cokolwiek z Ewangelii? To religia łatwa i przyjemna, odarta z metafizyki, za to bardzo praktyczna i społeczna, obiecująca szybkie gratyfikacje i dająca cudowne poczucie wspólnoty. I właśnie to działa dużo skuteczniej niż tradycyjne przekazy wiary. Zwłaszcza kiedy tradycyjne Kościoły przechodzą kryzys taki jak amerykański Kościół rzymskokatolicki, któremu seria skandali pedofilskich zadała straty chyba nie do odrobienia.

Nurt fundamentalistyczny idzie podobną ścieżką co amerykańskie Kościoły błyskawicznego szczęścia, ale uderza w tony mroczne, czego tamte raczej unikają. Karmi się silną w USA wiarą, że nawet największy grzesznik może się powtórnie urodzić, kiedy chwyci wyciągniętą specjalnie do niego dłoń Chrystusa. Jezus zbawia, każde słowo Biblii jest prawdziwe – kto twierdzi inaczej jest agentem Szatana. Widać od razu, jak atrakcyjna może być taka oferta dla ludzi, którzy nigdy nie będą mieli czasu ani ochoty na studiowanie subtelnych traktatów teologicznych, rozpraw filozofów i tomów sprawozdań z sympozjów i konferencji ekumenicznych. I jak jest groźna w tym, że podsyca społeczne podziały, dzieląc świat na swoich i obcych, przyjaciół i wrogów, synów światła i synów ciemności. Nad fundamentalizmem unosi się duch sekciarski, który każe się szykować do wojny z wszystkim, co mu zaprzecza.

Nie bez winy za taki stan rzeczy są zwolennicy radykalnego wyparcia religii z życia publicznego – wzmagają bowiem poczucie zagrożenia i izolacji w rzeszach wierzących, którzy czują się wykluczeni i nie rozumieją, dlaczego liderzy ich Kościołów robią rzeczy dotąd niespotykane – na przykład wyświęcają na biskupa aktywnego geja. Rośnie w nich poczucie, że to oni, a nie kościelne elity, przechowują depozyt wiary. „Fundamentalizm jest dziś istotną częścią współczesnego świata – pisze znawczyni tematu Karen Armstrong. – Wyraża on powszechnie odczuwane rozczarowanie, alienację, niepokój i gniew, czego żaden rząd nie może bezkarnie ignorować”. Dla jego wyznawców fundamentalizm jest wyzwoleniem od lęku przed nowoczesnością.


Oferta biskupa Hilariona

A ponieważ takie lęki i niepokoje odczuwają dziś w zetknięciu z globalną cywilizacją swobody, rywalizacji i komercji nie tylko chrześcijanie, ruchy fundamentalistyczne nabierają siły także wśród żydów, muzułmanów, hinduistów, a nawet buddystów. Bywa, że zawierają one taktyczne przymierza, jak na przykład w kampaniach wyborczych w USA lub w ONZ w sprawach polityki prorodzinnej. Już po wyborze kardynała Josepha Ratzingera na papieża prawosławny biskup Hilarion Ałfiejew – delegat Cerkwi rosyjskiej do kontaktów z Kościołami Unii Europejskiej – złożył w wywiadzie dla katolickiego miesięcznika „Inside the Vatican” ofertę podobnego sojuszu pod adresem Benedykta XVI: „Ufam, że Kościół katolicki będzie nadal walczył z liberalizmem, sekularyzmem i relatywizmem w Europie i poza nią (...). W tym celu zaproponowałem niedawno stworzenie Sojuszu Katolicko-Prawosławnego”.

Papież Benedykt i biskup Hilarion nie są fundamentalistami pokroju amerykańskich telekaznodziei. Są konserwatystami. Ratzinger odrzuca pomysły budowania państwa Bożego na ziemi, ale zarazem ostrzega, by obrony „wartości nieprzemijających i zdolności rozumu do przyjmowania prawdy” nie piętnować jako fundamentalizmu. Z kolei pod hasłem walki z dyktaturą relatywizmu, użytym przez Ratzingera tuż przed wyborem na papieża, na pewno mogliby się podpisać współcześni fundamentaliści.

U progu nowego wieku rysuje się więc pewna wspólnota poglądów, idąca w poprzek historycznych i organizacyjnych podziałów w chrześcijaństwie. Polega ona na odrzuceniu tego, co Jan Paweł II nazywał cywilizacją śmierci albo co zwyczajniej chrześcijanie w różnych Kościołach nazywają światem bez Boga i Dziesięciu Przykazań. Jeśli to ponadkonfesyjne zbliżenie sił konserwatywnych i fundamentalistycznych utrzyma się i umocni – a sprzyja mu dziś wiele ruchów, mediów i przywódców – nastąpi istotna zmiana.

Nie znaczy to, że spory w rodzinie chrześcijańskiej ustaną. Będzie trwała ofensywa religii amerykańskiej już dziś wypierającej Kościół katolicki z Ameryki Łacińskiej. Protestantyzm i prawosławie nie wyrzekną się swej tożsamości. Nie zniknie z dnia na dzień nurt liberalny w głównych Kościołach – zwłaszcza w Europie Zachodniej.

Po moim artykule o wojnach między religiami („Kolorowe Madonny”, „NI” z 18 września 2004 r.) dostałem list z Londynu od wieloletniego publicysty religijnego paryskiej „Kultury” Antoniego Pospieszalskiego. Pisał: „Religia ma sens tylko, jeśli Bóg też jest w nią jakoś zaangażowany. Z drugiej strony jednak, Bóg nie jest dyktatorem i pozostawia ludziom wolność działania. Obecny kryzys chrześcijaństwa należałoby raczej interpretować jako kryzys wzrostu niż upadku – wymaga tego właśnie wiara w Boga”. Jeśli pan Antoni, rzecznik chrześcijańskiego optymizmu, ma rację, dzikie ziele fundamentalizmu nie przemoże chrześcijaństwa; Kościoły zostaną wierne orędziu pokoju i miłości, nie dadzą się wciągnąć w ideologiczną wojnę i polityczne kampanie. Przekonamy się o tym za minutę, może za pół.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj