Społeczeństwo

Dzieje jednego karabinu

Jak zbroi się obrona terytorialna

Karabin PKM o numerze ZK868 w rękach jednego z członków Pomorskiej Obrony Terytorialnej Karabin PKM o numerze ZK868 w rękach jednego z członków Pomorskiej Obrony Terytorialnej Łukasz Głowala
Dwadzieścia dni zajęło Pomorskiej Obronie Terytorialnej zebranie pieniędzy na karabin maszynowy. Grawerka, że to dar od Narodu, nie przeszła, bo parę złotych dorzucił też Niemiec.
Pomorska Obrona Terytorialna na ćwiczeniach strzeleckichJS 4018 Pomorska Obrona Terytorialna na ćwiczeniach strzeleckich

Artykuł w wersji audio

28 lat po wyprodukowaniu karabin PKM o numerze ZK868 zaczął bronić ojczyzny. Na razie tylko tej lokalnej, czyli okolic Trójmiasta. I zupełnie teoretycznie, bo ojczyzna wbrew pogłoskom jest ciągle wolna i suwerenna. Ale sądząc po odzewie społeczeństwa, sprawa nie wydaje się przesądzona.

Zaplanowana na 40 dni zbiórka na PKM zakończyła się grubo przed czasem i grubo powyżej oczekiwań organizatorów. Potrzebne na sprzęt 15 tys. zł Pomorskiej Obronie Terytorialnej udało się zdobyć w ciągu zaledwie trzech tygodni. Pozostałe pięć tysięcy przyda się na oprzyrządowanie do karabinu i na sprzęt dla medyków, bo POT to właściwie samodzielny oddział, który ma już własną łączność, strukturę i przede wszystkim uzbrojenie. I to w karabiny maszynowe.

Zbiórka na PKM, którą zorganizowali za pośrednictwem portalu społecznościowego Polak-potrafi.pl, to w równej mierze akcja marketingowa, co chęć posiadania karabinu do „wsparcia natarcia i odzyskiwania przewagi na polu walki”. Oraz sondowanie: co ludzie myślą o tym, żeby w prywatne ręce trafił karabin maszynowy strzelający z prędkością 300 pocisków na minutę. I wygląda na to, że myślą ze zrozumieniem, co również daje do myślenia.

ZK868

PKM to drugie dziecko Michaiła Kałasznikowa. Jak to z dziećmi bywa, bardziej udane od pierwszego. Ale raczej pozostające w cieniu sławy starszego brata, czyli karabinka AK47. Kałasznikowowi, konstruując PKM, udało się stworzyć uniwersalny karabin maszynowy lżejszy od wszystkich swoich światowych konkurentów. Na dodatek, jak to u niego, niezawodny i banalnie łatwy w obsłudze. Jak również w produkcji, przez co licencje na jego wytwarzanie rozlały się po fabrykach satelitów ZSRR.

PKM o numerze ZK868 powstał w poznańskich Zakładach Mechanicznych im. Hipolita Cegielskiego w ramach produkcji S (specjalnej). Dojrzały technologicznie produkt, seryjnie wytwarzany w partiach po kilka tysięcy rocznie. Dokładna liczba wyprodukowanych w Poznaniu PKM do dziś objęta jest tajemnicą. Załoga z Cegielskiego składała je od 1974 r. do mniej więcej 1995 r.

PKM o numerze ZK868 ma w opisie jeszcze literkę N, to znaczy, że do zestawu dodawany był noktowizor. Rok produkcji 1988. Dobry rocznik. Zrobiony w schyłkowym PRL, w którym do samego końca produkcja S miała uprzywilejowany dostęp do najlepszych materiałów. A jednocześnie niemal wszystko, co schodziło z taśmy, szło już na ZN (Zapasy Nienaruszalne), więc nie miał kto tego popsuć ani zajeździć.

Decyzją wojskowego planisty drewniana skrzynia z karabinem numer ZK868 trafiła do magazynów Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie. W zakładach nałożyli grubszą warstwę smarów, bo wiadomo było, że broń idzie na magazyn W (wojenny).

Broń z magazynów w Kętrzynie przeznaczona była głównie dla słuchaczy Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza. W ręce przyszłych podchorążych trafić miała dopiero na wypadek wojny. Mniej więcej po trzy PKM na jeden pluton. W Kętrzynie pod koniec lat 80. na jednym roku było pięć plutonów (około 120 osób).

W niespełna rok po dostarczeniu do kętrzyńskiego magazynu karabinu o numerze ZK868 upadł komunizm. Kilka miesięcy później zlikwidowano Wojska Ochrony Pogranicza. A w Centrum Szkolenia rozformowano pluton oficerów politycznych. A następnie tego samego dnia na jego bazie powołano pluton oficerów wychowawczych. Nowe państwo rodziło się na gruzach starego.

Magazynów na czas W zmiany nie dotknęły. Przypisano je do Straży Granicznej powstającej na bazie WOP. PKM dalej czekał na wojnę.

11 kwietnia 2001 r. z Ustawy o Straży Granicznej wykreślono jeden artykuł. Konkretnie czwarty, mówiący o tym, że w razie konfliktu zbrojnego SG staje się częścią sił zbrojnych. Po zniknięciu tego artykułu zaczęła znikać cała wojenna infrastruktura SG. Z sejfów formacji wyciągnięto parciane woreczki z nieśmiertelnikami, które na wypadek W miał dostać każdy funkcjonariusz.

Z magazynami pełnymi broni był większy problem, bo tego nie dało się zapakować do bagażnika służbowego opla i zawieźć do Warszawy. Na mocy specjalnego porozumienia cały magazyn z bronią SG przekazać chciano wojsku. Ale mundurowi wcale się o to mienie nie zabijali. Sami mieli dosyć problemów ze swoimi magazynami. Poradzieckiego sprzętu nie chcieli brać, bo czekali na ten wyśniony zachodni, który już, już miał do nich trafić. Magazyny niemal w całości przejęła więc Agencja Mienia Wojskowego i zaczęła wyprzedaż. W 2011 r. po 23 latach leżakowania w skrzyniach ZK868 sprzedano jednej z podwarszawskich firm zajmujących się koncesjonowanym obrotem bronią i amunicją. Zakup nie okazał się chyba tak dobry, jak planowano. PKM kolejne pięć lat czekał na klienta.

Na początku kwietnia tego roku Borys, dowódca Pomorskiej Obrony Terytorialnej, wiedział już, że rozpoczęta 18 marca zbiórka na PKM wypaliła. Dosłownie i w przenośni. Poprzez swoje kontakty zaczął szukać po całej Polsce PKM w dobrym stanie. Trafił im się ZK868. PKM w stanie idealnym. Niedoszły obrońca polskich granic. Na początku maja karabin pojechał do grawera. Po prawej stronie komory wyryto proste zdanie – „Obywatele dla JS4018 i POT”. JS to Jednostka Strzelec, a 4018 to jej numer rozpoznawczy. POT to Pomorska Obrona Terytorialna. A Obywatele to obywatele, choć w wersji pierwotnej miał być Naród. Okazało się, że parę złotych dorzucił Niemiec i Szwed.

JS4018

W tym samym roku, w którym w Zakładach Mechanicznych im. Cegielskiego wyprodukowano PKM o numerze ZK868, Leszek Moczulski, szef Konfederacji Polski Niepodległej, postanowił wskrzesić do życia przedwojenną organizację Strzelec.

Borys, dowódca Jednostki Strzelec 4018, miał wtedy cztery lata. Ze Strzelcem zetknął się na studiach w Szczecinie. Przeszedł szkolenie. Spodobało mu się na tyle, że rzucił pracę na uczelni i wstąpił do armii. Ludzie, których szkolił po godzinach, uważają, że Borys jest charyzmatyczny. Jego przełożeni w strukturze organizacji mówią, że jest ambitny. A żona twierdzi, że jest niezwykły. I musi taki trochę być, bo żona jednocześnie dodaje, że od dłuższego czasu jest słomianą wdową, bo mąż więcej czasu spędza na szkoleniach niż w domu. I mówi to bez wyrzutu, za to z siedmiomiesięczną córeczką na rękach.

Cykl szkoleń w ramach Strzelca jest wymagający. Zajęcia odbywają się w weekendy i raczej nie są to spotkania towarzyskie, tylko ciężka harówa w lesie albo na strzelnicy. Szkolenie strzelców wzorowane jest na tym, które przechodzą kandydaci na żołnierzy zawodowych. Siłą rzeczy program trzeba ograniczać, a część wiadomości ludzie muszą przyswajać indywidualnie. Ale taryfy ulgowej nie ma.

Jakby tego było mało, 2,5 roku temu Borys wymyślił sobie jeszcze POT. To taki Strzelec dla dorosłych. Dla ludzi, którzy mają własne życie zawodowe i wiedzą, że nie da się go połączyć ze wstąpieniem do wojska. Ale jedną nóżką chcielibyby w nim być. Albo przynajmniej być gotowym na moment, w którym negocjuje się już tylko ilością luf. Na kursie dla Strzelców, który zdominowany jest przez 18-latków, ci starsi odstawali, a później najczęściej się wykruszali. Jedni odpadali, bo nie dawali rady kondycyjnie. Jednak większość nie była w stanie nawiązać kontaktu z ludźmi młodszymi o jedno, a czasem dwa pokolenia. Borys zauważył w nich wielki potencjał. Również finansowy. Tak powstał pomysł na stworzenie samodzielnego oddziału obrony terytorialnej. Ludzi, którzy sami się zorganizują, przeszkolą i wyekwipują.

Od samego początku założeniem POT było stworzenie w pełni uzbrojonego oddziału. Każdy, kto decydował się na udział w szkoleniu, miał świadomość, że ma rok na przebrnięcie przez procedurę posiadania zgody na broń albo wylatuje. I to nie na zwykłą klamę, czyli broń krótką. Ale rasowego kałacha strzelającego ogniem ciągłym. Coś, co w polskich realiach prawnych jest właściwie nieosiągalne. A jednak im się udało. Broń rejestrowali na różne patenty. Niektórzy rejestrowali ją jako broń kolekcjonerską, inni jako broń szkoleniową. Jeszcze inni obiektową. Jak kto mógł. Zresztą pomysłowość osób, które chcą mieć broń automatyczną, nie zna granic. Swego czasu modne było rejestrowanie prywatnych muzeów, które taką broń mogły gromadzić.

Wymóg posiadania pozwolenia na broń miał też tę dobrą stronę, że każdy potencjalny członek POT ma zaświadczenie o zdrowiu psychicznym, zdane dwa testy na inteligencję, pozytywnie przeszedł rozpytanie środowiskowe wykonane przez policję i nie był karany, bo tyle formalności trzeba przejść, żeby dostać pozwolenie na broń w Polsce.

W ten sposób metodą faktów dokonanych powstał pierwszy w pełni uzbrojony oddział obrony terytorialnej w Polsce. Zupełnie niezależny od wszelkich struktur państwowych. Na początku właściwie przez te struktury ignorowany. Dziś oficerowie z lokalnej Wojskowej Komendy Uzupełnień, którzy wcześniej ich lekceważyli, proszą, żeby podpisali z nimi umowę o współpracy, bo minister Macierewicz postawił na Obronę Terytorialną chyba bardziej niż na armię, o której mówi, że jeszcze pół roku temu była bezbronna. Na razie jest to po prostu prywatne stowarzyszenie niepodlegające formalnie żadnym państwowym instytucjom.

01.03.14

O tym Borys już nie opowiada, ale środowisko jest małe, to ludzie wiedzą, że prawdziwego kopa do działania POT dostał po 1 marca 2014 r., czyli aneksji Krymu przez Rosję, a później walkach na Ukrainie. Tym bardziej że jeden z ludzi w oddziale miał tam rodzinę i nie wszyscy wyszli z tego żywi. A że jedna i druga strona konfliktu gra ostro, to jego opowieści przemówiły ludziom do wyobraźni.

Wątek ukraiński przewija się również w opowieściach ludzi z oddziału. Tomek ma 32 lata i pracuje dla międzynarodowej korporacji z sektora finansowego. Więcej nie chciałby o sobie mówić, bo sam nie wie, czy jego pracodawca popiera trzymanie w domu kałasznikowa i weekendowe szkolenia ze zdobywania obiektów w terenie zurbanizowanym. Tomek twierdzi, że na tle oddziału jest dosyć typowy, bo większość ludzi z POT jest po studiach, ma dobrych pracodawców albo są własnymi pracodawcami. Najstarszy ma 52 lata. Jednym z najmłodszych jest dowódca, czyli Borys.

Tomek do POT trafił w październiku 2014 r., czyli już po aneksji Krymu. Ale wojskiem interesował się od dawna. Tytuł jego pracy magisterskiej to – „Budowa bezprzewodowej sieci sensorów do detekcji ruchu”. Temat był nieprzypadkowy. Liczył, że po studiach będzie mógł aplikować do którejś z polskich firm zbrojeniowych. Nawet rozesłał do kilku swoje CV. Żadna nie odpowiedziała, to poszedł w rozwiązania informatyczne dla bankowości. O działalności Borysa i jego ludzi dowiedział się przypadkowo z FB. Pierwszy raz strzelał z karabinu właśnie na ich szkoleniu. Dziś jest dowódcą drużyny (osiem osób). O swojej roli mówi bardziej jak o korporacyjnym projekcie niż oddziale, który spokojnie mógłby zdobyć i utrzymać przez kilka godzin spory obiekt. Widzi zresztą podobieństwa. U nich dowódca drużyny przygotowuje rozkaz bojowy, a w korporacji jest project proposal. W zasadzie to niemal to samo. Zgodnie z korporacyjnym duchem Tomek przygotował i przeprowadził w oddziale ankietę. Wśród pytań było również jedno o motywacje. Zdecydowana większość chce być gotowa na wypadek zagrożenia kraju. Inni chcą się sprawdzić. Niektórzy pisali: „ćwiczę, bo jestem patriotą”.

Politycznych sympatii nie definiuje. Na półce z książkami „Myśli nowoczesnego Endeka” Ziemkiewicza stoją pomiędzy „Dowodzeniem na wojnie” Martina van Crevelda i „Sztuką Bizancjum”. Oficjalnie POT jest organizacją apolityczną skupiającą osoby o różnych poglądach. Nastawioną na przygotowania do obrony terytorium w obliczu zagrożenia granic. Przejścia do walki partyzanckiej nie przewidują ze względu na potencjalnie duże straty w substancji ludzkiej.

Agnieszka Walczak na karabin PKM dla POT wpłaciła 10 zł. Sama mówi, że symbolicznie, ale dawała na zachętę i była przygotowana na kolejną wpłatę, jakby zbiórka szła kulawo. A że poszło piorunem, to już więcej nie wpłacała. Kwestiami obronności kraju jest żywo zainteresowana, bo jej mąż to były wojskowy i wychodzi na to, że nie jest z tą obronnością najlepiej, bo u niego w jednostce to tylko stare złomy się reanimowało. I oni te 10 zł to razem postanowili wpłacić, żeby zachęcić innych patriotów. Tym bardziej po tym, jak znieśli pobór do wojska; to tak ogólnie marne mamy szanse, co nawet sam minister Macierewicz przecież mówi. W razie wojny pani Agnieszka widzi się w roli sanitariuszki. Na co dzień zajmuje się opieką nad osobami starszymi, to pewne doświadczenie już ma. A jak więcej takich karabinów się kupi, to Putin się dwa razy zastanowi. W 1939 r. ludzie też kupowali.

Polityka 23.2016 (3062) z dnia 31.05.2016; Społeczeństwo; s. 31
Oryginalny tytuł tekstu: "Dzieje jednego karabinu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną