O radnym PiS, który odnalazł siebie w wierszu

Skarżypyta
Jak pewien działacz PiS ziemi lubańskiej w wierszu o hipokrycie odnalazł siebie samego.
Mirosław Gryń/Polityka

Mirosław Gryń/Polityka

audio

AudioPolityka Edyta Gietka - Skarżypyta

Predyspozycje liryczne Beaty C. byłyby znane wąskiemu gronu lubiących to na Facebooku, gdyby pewien działacz reprezentujący lubańskie starostwo nie poczuł się podmiotem lirycznym dwóch utworów rymowanych jej autorstwa, traktujących o miernocie człowieczej.

Wiersze te, niemające nikogo konkretnego na myśli, Beata C. wyrzuciła z siebie spontanicznie, gdyż od zawsze w chwilach niesmaku sięga terapeutycznie po pióro, co zresztą przychodzi jej łatwo. Przy czym najlepiej się czuje w limerykach, bo lubią konkret. Tym razem w wierszu chodziło o to, że jako ideowiec-utopistka, wierna lokalnej prawicy, była świadkiem obrzydliwych rozgrywek politycznych od zaplecza.

Od kilku lat Beata C., oskarżona przez pewnego działacza o szkalującą go wyrafinowaną informację podaną rymem, staje przed wysokim Wydziałem II Karnym Sądu Rejonowego w Lubaniu, wyjaśniając następujące okoliczności natchnienia.

Oskarżona (zawód pielęgniarka epidemiologiczna, rozwódka, miesięczny dochód 2850 zł, troje dorosłych dzieci, samochód citroën rocznik 2001, mieszkanie pow. 68 m kw., nieleczona psychiatrycznie) nie chciałaby wyjść na samochwałę, bezgranicznie oddana ludziom prostym, przy czym nielubiąca rozgłosu.

Lokomotywa

W 2006 r. niespodziewanie wyrasta na liderkę najdłuższego strajku ochrony zdrowia w Polsce. 67 dni śpi na dmuchanym materacu w lubańskim szpitalu, tocząc bój o wyszarpanie go szponom prywatyzacji. Wisi na telefonie z PAP, relacjonując wydarzenia na bieżąco. We wrocławskiej telewizji mimo nieprzespanych nocy nie tremuje się w starciu z ministrem Balickim. Wręcz przeciwnie. Awansuje na przewodniczącą rady powiatu, upominając się o człowieka w przyziemnych kontekstach życiowych. Przywraca renty poszkodowanym przez ZUS (w tym odsetki). Broni majątków wyprzedawanych przez burmistrzów kolesiom za bezcen. Bierze w obronę rolników chcących wieszać się z powodu długów.

W tych okolicznościach dostrzeżona zostaje przez kolegów z PiS, widzących potencjał w jej popularności wśród niezamożnego elektoratu. W zamian za zrobienie wyniku w wyborach samorządowych 2011 r. obiecują top miejsce na listach. Niedoświadczona, lecz szczerze romantyczna, niestrudzenie pracuje na człowieczy image struktur w biurze otwartym dla potrzebującego jeszcze długo po godzinach. Czuje się bardziej niż działacz predestynowana na reprezentantkę ludu, mimo to wykrwawia się w kampanii, lansując jego pozytywny wizerunek. Tymczasem po spektakularnej przegranej dostaje od działacza zdawkowego esa, w którym informuje on, że jest dobrze. Dobrem, subiektywnie przez niego pojętym, okazuje się fakt, iż – porozumiawszy się z PO, idąc na dalekie kompromisy – został członkiem zarządu powiatu na specjalnie dla niego stworzonym etacie, opiewającym na kwotę 100 tys. rocznie. Beata C., aktywistka na marnej diecie, czuje się wmanewrowana w wyspy Bergamuty. Nie tak miało być. Biednego powiatu nie stać na fasadowe biurka z jesionu dla różnych Grześków kłamczuchów.

Leń

Choć zdegustowana, z lojalności do partii przemilcza ów niesmak nawet w limerykach. Jednak środowiska związane z działaczem dąsają się za jej plecami, że zbyt samosi się z inicjatywami w szeregach, spychając działacza na plan dalszy.

Miała żal, że pewien działacz chciał oblecieć pierwszą rocznicę jedynie mszą świętą za dusze poległych, nie wysilając się. Podczas gdy ona, uważając, że to jednak za mało, uwijała się, jak mogła, by w tym czerwonym grajdole uczcić tak znamienitych Polaków czymś więcej. Beata C. staje więc na czele festiwalu Ku pamięci, organizując coś więcej za własne pieniądze. Robi wieczorki z rzutnikiem, na których w nastrojowej atmosferze czytane są listy przesłane od rodzin poległych. Reżyseruje film z tych obchodów, kręcony przez wynajętego kamerzystę. Drukuje okolicznościowy biuletyn, rozprowadzony pod kościołem w liczbie 600 sztuk.

Tymczasem zaangażowaną Beatę C. struktury mobbingują ogólną kpiną. A ponieważ jej maksymą jest: Jak napotykam kołtun, rozczesuję go, jeśli się nie da – obcinam, śle list pełen goryczy do szanownego prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W liście zarzuca koleżeństwu kombinatorstwo i apatię. Choć nie poszła ze skargą ogólnie w Polskę – przecież chciała załatwić niesnaski w czterech ścianach (a do kogo miała się zwrócić, jak nie do ojca rodziny?) – zostaje dyscyplinarnie wykluczona z partii jako wychodząca przed szereg hierarchii. Dostaje też zawoalowany, lecz czytelny sygnał, by przestała pisać wiersze, gdyż są do bani.

Ciągle romantyczna przed wyborami samorządowymi 2014 r. zakłada lokalny komitecik pod szyldem Solidarna Polska. Niestety przegrywa z działaczem, co zresztą rozczarowuje część elektoratu. W fejsbukowych komentarzach prozą nazywają go kimś małym, denerwując tym żonę działacza. Tuż przed Bożym Narodzeniem postuje, że nie jest wykluczone, iż mąż po świętach zacznie robić porządek z pożytecznymi idiotami.

Psie smutki

W powyższych okolicznościach w lipcu 2015 r. Beata C. wyrzuca na Facebooka powstały spontanicznie utwór „Hipokryta”, brzmiący następująco:

„Pełnią frazesów dziś szczodrze poczęstuję/Zaleję słodyczą słów, co chętnie są słuchane/Zatopię prawdę w bagnie, którego nie żałuję/Wy to kupicie znów, a mi będzie dane/Zasiadać na złotym tronie z waszej naiwności/Jeść homary, jagnię i popijać je szampanem/Serce mam jednak litosne/Pod stołem pozostawiam kości”.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną