Oto nowa forma ekstremalnego survivalu: wyjazdy wakacyjne bez dostępu do sieci

Weź się wyłącz!
Coraz większą popularnością cieszą się obozy bez internetu. W Ameryce płaci się nawet kilkaset dolarów za kilka dni. W Polsce oferta też się rozrasta.
Być może wkrótce nie będziemy się snobować na posiadaczy najnowszych wersji smartfonów, ale na ludzi, którzy bez technologii mogą przetrwać i mają się dobrze?
AlexBrylov/PantherMedia

Być może wkrótce nie będziemy się snobować na posiadaczy najnowszych wersji smartfonów, ale na ludzi, którzy bez technologii mogą przetrwać i mają się dobrze?

Eksperyment w Liceum Plastycznym w Nowym Wiśniczu: uczniowie oddzielali ziarna ryżu czarnego od białego – przez pięć godzin, bez dostępu do sieci i smartfonów.
Dominika Bogdan/Liceum Plastyczne w Nowym Wiśniczu

Eksperyment w Liceum Plastycznym w Nowym Wiśniczu: uczniowie oddzielali ziarna ryżu czarnego od białego – przez pięć godzin, bez dostępu do sieci i smartfonów.

Obóz dla dorosłych w kalifornijskim Mendocino. Ponad 300 osób zdecydowało się tu spędzić weekend bez internetu, smartfonów, tabletów, itp.
Natan Dvir/Polaris

Obóz dla dorosłych w kalifornijskim Mendocino. Ponad 300 osób zdecydowało się tu spędzić weekend bez internetu, smartfonów, tabletów, itp.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Weź się wyłącz

W Liceum Plastycznym w Nowym Wiśniczu młodzież pod okiem fotografa Marcina Makówki wzięła udział w pozornie prostym eksperymencie. Uczniowie mieli za zadanie oddzielić – starannie! – ziarna ryżu czarnego od białego. Przez pięć godzin, za zamkniętymi drzwiami, z dostępem do jedzenia i toalety, ale bez dostępu do sieci, smartfonów i wszelkich innych rozpraszaczy. Na skrótowym materiale wideo, zamieszczonym później na YouTubie, widać, że młodzi nie wymieniają słów, podpierają głowy, nudzą się. Ale to też pozory. Po wszystkim Makówka prosi, żeby opisali, co przeżyli. Pierwsze refleksje są powierzchowne – uczniowie dziwią się, że gdzieś na świecie hoduje się czarny ryż, zapewniają, że nie tkną go przez najbliższe miesiące, skarżą na ból palców i pleców, ale później dodają, że tego było im trzeba. „Wreszcie mogę nic nie mówić i nikt się nie czepia. Dajcie mi spokój, potrzebuję wyciszenia” – pisze jeden z uczestników. Drugi: „Tylko od naszego skupienia i chęci zależy, ile będziemy w stanie zrobić”. Kto inny: „Nie umiem – Nie chce mi się. Nie umiem jest bardziej akceptowalną przez nas wersją”. – Oczywiste dla nich stało się, że jeśli zrezygnują, to przegrają sami ze sobą – relacjonuje Marcin Makówka. – Chciałem, żeby pomyśleli: jestem mocny mimo swoich uchybień, niedoskonałości, dam radę.

Przebodźcowani i w przymusie

W marcu tego roku fundacja Dbam o mój z@sięg przeprowadziła w Gdyni podobny eksperyment, ale z jeszcze większym rozmachem. Nastolatki, pozbawione gadżetów przez trzy dni, oddawały się zajęciom niewymagającym kontroli poziomu baterii w smartfonie ani przebywania w okolicy gniazdek elektrycznych. Badano wyłącznie ochotników – zgłosiło się około setki. Każdy uczestnik notował w dzienniku, co przeżywa. Wszyscy z początku czuli się nieswojo, jakby pozbawiono ich czegoś organicznego, ważnego. Klasyczny, przypisywany uzależnionym od używek, syndrom odstawienia.

W najbliższych latach ludzkość pod każdą szerokością geograficzną będzie szukać sposobów, żeby się odciąć. Od gadżetów i nowinek technologicznych, od aplikacji monitorujących każdą, nawet najintymniejszą sferę życia (jak cykl menstruacyjny i płodny), od wyświetlanych nam co chwila wirtualnych powiadomień (a nuż coś ważnego), od maili służbowych, odbieranych i sporządzanych w pozasłużbowych godzinach. A wreszcie od nadmiaru treści, które przegląda się online – każde wideo i każdy tekst odsyła do kolejnego wideo i kolejnego tekstu. I tak w nieskończoność. A oprócz tego, rzecz jasna, człowiek wystawiony jest na bodźce docierające do niego spoza ekranu komputera, tabletu czy smartfona, również w bezprecedensowych ilościach. Zjawisko jest psychologom dobrze znane, a i poloniści, zderzając osiągnięcia minionych epok, lubią przytaczać taki przykład: w jednej dzisiejszej gazecie zawartych jest tyle informacji, ile zdołano zgromadzić w całym XVIII w. Sporo do odebrania, przetworzenia, zrozumienia.

Kognitywiści takie poczucie nadmiaru połączone z przeświadczeniem, że rozumem ogarnąć wszystkiego nie sposób, nazywają przebodźcowaniem. Ludzki mózg, nastawiony na gromadzenie informacji, nie potrafi ich bowiem przesiać, zignorować, zawczasu uznać za mniej ważne. Badacze z University of California-San Diego szacują, że odbieramy 34 gigabajty danych każdego dnia, choć wiele z nich nie ma większej poznawczej wartości. To wystarczy, żeby w tydzień przeciążyć laptop, ale jeszcze nie dosyć, żeby wykończyć człowieka.

I do takiej autozagłady raczej nie dojdzie, bo ludzki organizm ma niesłychane zdolności adaptacyjne. Ale i nie wychodzi z tego bez szwanku. Psycholog Nicholas Carr, propagator teorii, że internet nas – mówiąc bezceremonialnie – ogłupia, twierdzi, że dobrowolnie poświęcamy własne zdolności do koncentracji na rzecz dość złudnego poczucia, że przecież co dzień zdobywamy jakże cenną wiedzę. Chłoniemy więc kompulsywnie i bez większej refleksji, wpadając w tryby mechanizmu, który psychologowie nazywają pętlą przymusu. Przyswajając więcej i więcej informacji, osiągamy ten sam efekt – wciąż mamy poczucie, że wiemy za mało, że wiele nas omija.

Co rusz esemesowanie, pisanie

Problem był nie tyle zaniedbany, ile przeoczony, bo tak szybko zostaliśmy wplątani w sieć, że nie zdążyliśmy się nawet nad tym wszystkim porządnie zastanowić – zauważa dr Maciej Dębski, założyciel i prezes fundacji Dbam o mój z@sięg. Zanim powstała, dr Dębski przyglądał się uważnie otoczeniu. – Mam córkę, która jest bardzo mocno związana ze swoim telefonem, także znajomych w wieku 35–40 lat, którzy korzystają z telefonów w towarzystwie, i wreszcie studentów, którzy cały czas wychodzą z zajęć, żeby odebrać telefon. Dębski wykłada na Uniwersytecie Gdańskim, co jakiś czas prowadzi też szkolenia dla ludzi biznesu. Ale i tu kłopot. – Trudno przeprowadzić dobre szkolenie, kiedy nikt nie jest skupiony, bo co rusz jakiś telefon, co rusz esemesowanie, pisanie

Zespół dr. Dębskiego od 2015 r. sprawdza, w jaki sposób obcujemy z technologią. Ogólnopolskie badania, przeprowadzone na pokaźnej próbie 22 tys. uczniów i 3,5 tys. nauczycieli z ponad 700 szkół, zakończyły się w marcu. To pierwsze w Polsce tak duże przedsięwzięcie. Naukowcy analizują już dane i sporządzają raport, którego publikację planują na wrzesień. Szczątkowe wyniki nie napawają jednak optymizmem. Wskazują np., że własne telefony zaczynają obsługiwać już 8-latki (w dużych miastach) i 11-latki (w mniejszych miejscowościach). Dzieci, które chodzą dziś do podstawówki, wyznają, że pierwszy telefon otrzymały, gdy miały 9 lat, gimnazjaliści – 10,5 roku, licealiści – 11,5. – Ta granica się obniża i pewnie będzie się obniżać – przewiduje Dębski. Co więcej, raptem połowa badanych nadużywanie elektroniki uważa za szkodliwe. Telefon w trakcie prowadzenia pojazdu? Żaden problem. – I to nie jest kwestia dzwonienia. To kwestia korzystania z portali społecznościowych, robienia sobie zdjęć w czasie jazdy. Przenieśliśmy całe biuro do samochodu – zauważa Dębski. – Jeżeli dzieci twierdzą, że można korzystać z telefonu bez zestawu głośnomówiącego podczas prowadzenia auta – to jest to postawa samobójców. One dzisiaj nie mają prawa jazdy, ale za rok, dwa czy pięć lat będą je miały.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną