Społeczeństwo

Rodzina 3500 plus

Ojciec 12 dzieci o programie 500+

Maciej Frankiewicz Maciej Frankiewicz Juliusz Ćwieluch / Polityka
O tym, jak to jest być ojcem wielkiej drużyny i dlaczego rządowy program nie przełoży się na więcej dzieci w Polsce, opowiada Maciej Frankiewicz, ojciec siedmiu chłopców i pięciu dziewczynek.
„Pewnie, że się martwię, że czegoś nie ma, że na coś nas nie stać. Ale te lęki nigdy nie trwają za długo”.daffodil/PantherMedia „Pewnie, że się martwię, że czegoś nie ma, że na coś nas nie stać. Ale te lęki nigdy nie trwają za długo”.
„Gdyby posiadanie dzieci było kwestią pieniędzy, to bogacze mieliby po 15 dzieci. A nie mają”.T.O./Polityka „Gdyby posiadanie dzieci było kwestią pieniędzy, to bogacze mieliby po 15 dzieci. A nie mają”.

Juliusz Ćwieluch: – Czy mógłby pan wymienić imiona swoich dzieci?
Maciej Frankiewicz, ogrodnik, malarz, poeta, do niedawna stróż nocny: – Ania, Szymon, Marysia, Jasio, Sara, Judyta, Jakub, Emanuel, Efraim, Karmela, Eljasz i Samuel.

A pamięta pan ich daty urodzenia?
Z datami jest gorzej. W okolicach czwartego dziecka daty zaczęły mi po prostu uciekać. Peseli nawet nie próbuję zapamiętać. Ale spróbuję z tymi datami. Ania urodziła się w 1989 r. Rok później Szymon. A pulę zamykają Eljasz i Samuel, którzy urodzili się w 2010 r.

Dla części czytelników komunikat jest jasny: narobił dzieci, a teraz nawet nie pamięta daty ich urodzin. Jak nic patologia.
Żona śpiewająco wymienia daty urodzin naszych dzieci, mam nadzieję, że to oznacza, że jesteśmy tylko półpatologią. Na szczęście, ja się tak za bardzo nie przejmuję, co ludzie myślą, bo gdybym tak robił, to nie byłbym ojcem 12 dzieci.

A dlaczego pan jest ojcem 12 dzieci?
Zawsze mi imponowały duże rodziny. Takie wielopokoleniowe, silne, mocno ze sobą związane. Ja miałem tylko brata i siostrę. A w sensie czysto fizycznym dlatego, że z założenia nie stosujemy żadnej antykoncepcji. Nie wynika to z niewiedzy, tylko ze świadomego wyboru, który związany jest z wiarą. Z zaufaniem do Boga, który jest dawcą życia. Życia, które jest największym cudem na świecie.

Wiarę w tego samego Boga deklaruje zdecydowana większość społeczeństwa, które funkcjonuje głównie w modelu 2+1.
To nasz model różni się tylko jedną dwójką, bo my mamy 2+12. Model, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie był czymś niezwykłym. Ale wtedy ludzie mniej planowali. Inaczej patrzyli na świat. Nie za pomocą pilota od telewizora. Z mojej perspektywy takie wykalkulowane życie na zasadzie – będę miał jedno dziecko, a jak się rozmyślę, to wezmę tylko psa – jest banalne. Tacy ludzie sami okradają się ze szczęścia.

A może to pan okrada własne dzieci z czegoś, na przykład z lepszego życiowego startu?
Jeśli przyjmiemy zasadę, że szczęście równa się pieniądze, to pewnie moje dzieci będą miały gorzej niż inne. Tylko że ja patrzę na świat inaczej. Wystarczy poczytać dobrą literaturę dziecięcą, żeby zobaczyć, jaką wartością jest duża rodzina, jaki bogaty jest świat w „Dzieciach z Bullerbyn”.

Na „Dzieci z Bullerbyn” złożyło się potomstwo z trzech zagród. A pan i żona osiągnęliście to wszystko w pojedynkę. Dla żony to musiał być ogromny wysiłek.
Myśmy nigdy nie siedli i nie zaplanowaliśmy sobie, że będziemy mieli tyle dzieci. Myślę, że nikt świadomie nie podjąłby takiej decyzji. Tym bardziej że ciężkich momentów nie brakowało. Przy pierwszych dzieciach właściwie nie używaliśmy pampersów. Mieliśmy jeszcze wielkiego psa. Mieszkaliśmy z rodziną żony. No to wszystko było spontaniczne. Na tyle, że ostatnie dwa porody były już cesarkami, bo organizm żony nie byłby w stanie podołać temu wysiłkowi, ale Anita nigdy się nie żaliła.

Przecież nie mogła się obrazić i nie urodzić.
No rzeczywiście, nie mogła. Żona z pewnością zapłaciła ogromną cenę za macierzyństwo. W zasadzie musiała poświęcić temu całe swoje życie. Na początku jeszcze próbowała utrzymać pracę i do niej wrócić, ale po trzecim dziecku to już było właściwie niemożliwe.

A co będzie z jej emeryturą?
Są takie pytania, których sobie po prostu nie zadajemy. Mimo że dużo się mówi o zwiększeniu dzietności w Polsce, to konkretnych rozwiązań po prostu nie ma. Jak wiadomo, u nas matka to nie zawód, tylko hobby. Państwo pomaga, ale od przypadku do przypadku. Na duże rodziny nikt nie ma pomysłu. Myślę, że też nikt specjalnie nie jest ciekaw, jak sobie radzimy.

Ja jestem. Ciekaw jestem, z jaką siatką pan chodzi po chleb na śniadanie.
Dużą.

A konkretnie?
Konkretnie to każdego dnia zjadamy około czterech chlebów. Wcześniej było więcej, bo wszystkie dzieci z nami mieszkały. Teraz część się usamodzielniła, to kupujemy mniej jedzenia.

W jaki sposób pan to ogarnia?
Kupuję krojony chleb.

Serio pytam.
Ja wiem, tylko że w takiej rodzinie jak nasza wszystko jest inne. I wydaje mi się, że ciężko to zrozumieć komuś z zewnątrz. Ludzie postrzegają świat powierzchownie. A nie chciałbym sprowadzać nas do liczby zjedzonych bochenków chleba.

To porozmawiajmy o maśle. Kostka masła na ile dni wam starczy?
Nie wiem, bo rzadko kupujemy masło. Pół kilo margaryny starcza nam na jeden dzień. Jednego dnia dzieciaki mają większy apetyt. Drugiego mniejszy. Głodny nikt u nas nie chodzi. Są wędliny, warzywa. Zawsze coś na ciepło. Mamy też pomoc od miasta. Dzieci mają obiady w szkole.

No i teraz macie 500+.
Mamy. Ale to skomplikowany temat.

Wszystko jasne. Po 500 zł na głowę, nie licząc pierwszego dziecka, i tych, które skończyły 18 lat.
Skomplikowany, bo te pieniądze obudziły mnóstwo emocji. Tych dobrych, a przy okazji też tych bardzo nieładnych.

Zazdroszczą?
No chyba tak. Ostatnio szedłem z czwórką dzieci i jakiś obcy facet pyta mnie, dokąd prowadzę te dwa tysiące?

Nieźle by się wkurzył, jakby wiedział, że ma pan jeszcze parę tych 500+ w domu.
No to jest właśnie ten poziom myślenia. Nie ma świadomości, że dziecko jest darem, ale też obowiązkiem. A teraz to wszystko jest sprowadzone do 500 zł.

Pana dzieci pytają, kiedy dostaną swoje 500 zł?
Nasze dzieciaki nigdy by czegoś takiego nie powiedziały. One widzą, jak żyjemy i ile wysiłku wkładamy w ich wychowanie. Bardzo nam pomagają. W pewnym momencie jedne zaczęły wychowywać drugie. Głupio mi to mówić, ale czasem mam wrażenie, że bliźniaki są jak moje wnuki, bo starsze dzieci tak bardzo zaangażowały się w ich wychowanie. Nikt nie oczekuje, że będzie dostawał za to jakieś pieniądze. Albo że teraz rozdamy każdemu po 500 zł. U nas takiego myślenia nie ma.

Zdradzi pan, ile dostajecie miesięcznie?
To żadna tajemnica. Przysługują nam pieniądze na siedmioro dzieci, czyli 3,5 tys. zł miesięcznie. Dla nas to ogromna kwota i wielka pomoc. Tylko trzeba znać proporcje. 100 zł na jeden dzień na jedzenie to u nas norma. Za samą wodę płacimy 450 zł miesięcznie. Pralka chodzi u nas w zasadzie od rana do późnego wieczora. Małe pudełko proszku starcza nam na jeden dzień.

Kupiliście sobie nowy telewizor za 500+?
No skąd! Spłaciliśmy długi. Pierwszy raz w życiu jesteśmy właściwie na zero, bo od lat ciągle braliśmy jakieś kredyty, jak trzeba było załatwić większe zakupy albo zapłacić za rachunki. Dla takich rodzin jak nasza najtrudniejsze miesiące to wrzesień i październik. We wrześniu książki do szkoły, które kosztują majątek. A później jeszcze trzeba zapłacić za ogrzewanie. Buty zimowe też są drogie, ale z butami to sobie nawet radzimy. Mamy na strychu taki ogromny kosz z butami i jak jedno dziecko przechodzi sezon, to zostają buty dla młodszego. Dużo też dostajemy pomocy od ludzi. Jak ktoś ma buty, to czasem nam daje. Nasze dzieci się nie obrażają, że noszą używane.

No, ale jakąś przyjemność pan sobie chyba sprawił?
Ja niewiele potrzebuję. Dużo, niestety, palę. Czasem potrzebuję pieniędzy na farby. Ale jak nie mam, to po prostu maluję węglem albo ołówkiem. Z takich większych zakupów, to kupiłem jednej ze starszych córek nowy telefon. Chciałem jej wynagrodzić, że tyle nam pomaga, a właściwie nigdy nie dostała żadnego porządnego prezentu na urodziny, bo u nas świętuje się dosyć skromnie. Dzieci są nauczone cieszyć się z tego, co mają.

A pana zdaniem ten program wypali?
Nie znam się na polityce i przestałem ją jakoś szczególnie śledzić po 4 czerwca 1989 r., który jest jednym z najważniejszych dni w moim życiu, ale wydaje mi się, że program już chyba wypalił, bo PiS ma większe poparcie. Takie, jakiego wcześniej nie miał.

Chodzi mi o to, czy będzie z tego więcej Polaków?
To pytanie chyba bardziej do socjologów niż do mnie. Ale tak z mojej perspektywy, to raczej więcej dzieci z tego nie będzie. Przecież my mamy tyle dzieci nie dlatego, że policzyliśmy, ile wynosi rodzinne i stypendia dla dzieci, i uznaliśmy, że to jest niezły interes. Nasze dzieci przyszły na świat, bo wierzymy w to, że życie jest darem. Jak ktoś potrafi liczyć, to sobie szybko skalkuluje, że te 500 zł nie zaspokoi wszystkich potrzeb, które ma dziecko. Posiadanie dzieci to nie sprawa pieniędzy, ale mentalności. Podejścia do życia. Trochę egoizmu, bo nie ma się co okłamywać – dzieci zabierają czas, energię, przyjemności. Gdyby posiadanie dzieci było kwestią pieniędzy, to bogacze mieliby po 15 dzieci. A nie mają.

Dlaczego?
Ludzie patrzą teraz na dzieci jak na jakąś inwestycję. Często też za bardzo się na nich skupiają. Czasem mam wrażenie, że niektórzy bardziej je hodują, niż wychowują.

A jaka jest różnica?
Wychowanie polega na budowaniu poczucia wartości. Każde dziecko musi się czuć ważne w rodzinie. Kochane. Trzeba też mieć jakieś wartości do zaoferowania. A hodowla dla mnie to przerzucanie swoich marzeń na dzieci. Koniecznie ma mieć studia, najlepiej, żeby poszedł na lekarza, bo tatuś zawsze marzył, żeby być lekarzem, ale mu nie poszło.

A pan by nie chciał, żeby pana dzieci skończyły studia?
Jak one będą chciały, to ja je będę w tym wspierał. Ania poszła na studia plastyczne i skończyła. Szymon jest w trakcie. Po sobie wiem, że z tego pieniędzy nie ma. Ale nie mówiłem im, że to zły wybór. Wiem, że to artystyczne dusze, i nie wyobrażam sobie, bym kazał im iść na prawo. Janek bardzo interesuje się wyprawami krzyżowymi. Dużo na ten temat czyta. Marzy mu się założenie grupy rekonstrukcyjnej z czasów wypraw. Przecież mu nie powiem, żeby to rzucił i zajął się informatyką.

A może to błąd? Może ojciec powinien kazać mu zająć się informatyką, to zarobiłby tyle pieniędzy, że miałby zbroję lepszą niż krzyżowcy?
Może tak. Ale to byłby gwałt na jego naturze i mentalności. Jedna z naszych córek słabo sobie radzi w szkole. Nie krzyczę na nią. Nie naciskam. Sama musi znaleźć swoją drogę.

Nigdy pan nie dał dziecku klapsa?
Kiedyś mi się zdarzało. Jak człowiek jest wiecznie niewyspany, fizycznie zmęczony, to wydaje mu się, że da klapa i problem zniknie. Z czasem zrozumiałem, że to nie ma sensu. Własne dzieci mi uświadomiły, że popełniam błąd. To jeden z darów posiadania dużej rodziny. Wtedy widać, że każda istota jest niezależnym bytem. Ma swój charakter i on jest w zasadzie niezmienialny. Zresztą, jak można kogoś zmienić, dając mu klapsa? Można go w ten sposób tylko poniżyć i nic więcej.

Eskimosi w ogóle nie biją ani nie karcą swoich dzieci. Nie słyszałem, żeby tamta społeczność miała jakiś nadmierny odsetek bandytów albo przestępców. Wręcz przeciwnie, żyją ze sobą bardzo zgodnie.

Opowiada pan jak święty Franciszek, aż nie chce mi się w to wierzyć…
Czasem też mam wszystkiego dosyć. Jestem po prostu fizycznie zmęczony albo dopada mnie taki zwykły, ogólnoświatowy egoizm. Ale moje dzieci potrafią bardzo szybko przegnać te chmury znad głowy. Pewnie, że się martwię, że czegoś nie ma, że na coś nas nie stać. Ale te lęki nigdy nie trwają za długo.

Bóg dał, Bóg wykarmi?
Bóg potrafi nas zaskakiwać i ma duże poczucie humoru. Byliśmy przekonani, że będziemy mieli dziesięcioro dzieci. A tu nagle żona niespodziewanie zaszła jeszcze raz w ciążę. I to z bliźniętami. Z drugiej strony, byliśmy przekonani, że znów trzeba będzie uszczelnić okna na zimę. A tu pewnego dnia na podwórko przyszło dwóch panów i zaczęli mierzyć mi okna. Zwróciłem im uwagę, że pewnie się pomylili, bo ja nic nie zamawiałem. A oni na to, żebym się nie martwił, bo to już jest wszystko załatwione i zapłacone. Do dziś nie wiem, kto nam wymienił te okna, bo w tej firmie nie chcieli mi powiedzieć.

Kiedyś był taki program telewizyjny – niewidzialna ręka.
„Niewidzialna ręka to także ty”. Pamiętam ten program. Wychowałem się na nim. Ja tam myślę, że to jednak niewidzialna ręka Boga miała w tym swój udział.

Modli się pan do Boga: Panie Boże, daj mi nowe okna i on panu daje?
Przecież to by było bez sensu. A jak by nie dał tych nowych okien, to co, zrywamy ze sobą, z nami koniec? Pan Bóg wie, co ma robić, i nie ma mu co podpowiadać.

Pan był zawsze taki wierzący?
Z tą moją religijnością to też jest skomplikowany temat. Wątpię, błądzę. Tracę wiarę. Wielu rzeczy nie rozumiem. Nie postrzegam się jako człowieka religijnego. Jestem wierzący, ale z moją religijnością sytuacja jest skomplikowana i nie ma co zawracać tym ludziom głowy.

Brakuje wam czegoś?
W takiej dużej rodzinie lista potrzeb jest zawsze ogromna. Ale nie ma takiej sytuacji, że leje się nam na głowę. Co prawda dach jest z eternitu, ale na zmianę na nowy nas nie stać, to sobie nie zawracam tym głowy. Uda się coś oszczędzić, to kiedyś wymienimy.

A jakby pan złowił złotą rybkę, to o co by ją pan poprosił?
O pokój na świecie, bo bardzo mnie martwi to, co się dzieje. Ta sytuacja z uchodźcami. Jak sobie wyobrażę, że my musielibyśmy tak uciekać, to bardzo im współczuję. Kiedyś nawet przygarnęliśmy na pół roku bezdomnego, bo jednak nie mieć własnego domu, nie mieć rodziny, to musi być coś najokropniejszego na świecie.

rozmawiał Juliusz Ćwieluch

Polityka 30.2016 (3069) z dnia 19.07.2016; Społeczeństwo; s. 33
Oryginalny tytuł tekstu: "Rodzina 3500 plus"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Dobrze jest mówić tylko prawdę?

Czy kłamstwo zawsze krzywdzi.

Joanna Ulatowska
27.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną