Społeczeństwo

Żony władzy

Pierwsze Damy nie mają łatwo. Żyją w klatce

Agata Duda nadal mieszka w Krakowie, nie wprowadziła się nawet na stałe do pałacu. Agata Duda nadal mieszka w Krakowie, nie wprowadziła się nawet na stałe do pałacu. Krystian Maj / Forum
Pierwsze damy konstytucyjnie nie istnieją. Nie mają zapisanych praw ani obowiązków. Nie otrzymują żadnego wynagrodzenia. W Polsce właśnie próbowaliśmy to zmienić, ale nie wyszło.
Michelle Obama zanim została pierwszą damą zarabiała więcej niż jej mąż.Greg E. Mathieson Sr./MAI/REX/EAST NEWS Michelle Obama zanim została pierwszą damą zarabiała więcej niż jej mąż.
We Francji pierwsza dama może być uznana za osobistego reprezentanta prezydenta. Nie państwa. Na fot. Carla Bruni.Kevin Tachman/amfAR14/WireImage/Getty Images We Francji pierwsza dama może być uznana za osobistego reprezentanta prezydenta. Nie państwa. Na fot. Carla Bruni.

Artykuł w wersji audio

Przez jeden dzień zanosiło się na to, że w Polsce będzie inaczej. Projekt ustawy grupy posłów PiS przewidywał pensję dla żony prezydenta: 13,5 tys. zł miesięcznie. Mniej więcej połowę tego, co po podwyżce zarabiałby prezydent. Zasadniczą częścią projektu były jednak rażące podwyżki dla rządu oraz parlamentarzystów, po około 40 proc. Kiedy okazało się, że Polacy są oburzeni (pani premier dostałaby więcej aż o 7 tys. zł, a pielęgniarki nie mogą wywalczyć 100 zł), prezes Kaczyński, który najpierw się pod projektem podpisał, szybko zmienił zdanie i kazał go wyrzucić do kosza. W rezultacie pierwsze damy pensji nadal otrzymywać nie będą. Podobnie jak w zachodniej Europie, a także w Stanach Zjednoczonych.

Na Zachodzie pierwsze damy funkcjonują przy mężu i za przewidziane dla jego urzędu pieniądze. Europa od USA różni się tym, że u nas nie do końca wiadomo, jak są duże. Żebyśmy nie wiem jak przyglądali się wydatkom Kancelarii Prezydenta, to pozycji „stroje pierwszej damy” nie znajdziemy. Ukryta jest w innych wydatkach. Niejako ze strachu. Bo te same media, które obśmieją prezydentową, gdy dwa razy wystąpi w tej samej garsonce, oburzyłyby się z pewnością, gdyby dowiedziały się, ile ona kosztuje. Biednej emerytce nie starczyłoby na nią całej renty.

Brak pozycji „ciuchy” może też wynikać z faktu, że pierwsze damy są doskonałym nośnikiem reklamowym. Firmom odzieżowym opłaci się przekazywać do pałacu swoje kreacje za darmo. O firmie odzieżowej Modesta niewielu słyszało, dopóki pocztą pantoflową nie rozniosło się, że ubiera Agatę Kornhauser-Dudę. Francuzi doskonale wiedzieli, że Bernadette Chirac ubiera Chanel, a Amerykanie, że Laurę Bush – Escada. Carla Bruni, ta od Nicolasa Sarkozy’ego, była związana z kilkoma kreatorami mody, Francuzi nie dociekali, czy były to związki sformalizowane. Bo o tym, czy firmy przekazują swoje kreacje za reklamę czy za pieniądze, dowiedzieć się trudniej. W Europie pierwsze damy funkcjonują pod tym względem w szarej strefie. Bardziej przejrzyste zasady panują w Stanach Zjednoczonych. Kreacje, które otrzymuje Michelle Obama, są wpisane do tamtejszego rejestru korzyści, a po wykorzystaniu stają się własnością państwa.

Francuzom nie przeszkadza, że ostatnio ich pierwsze damy nie są żonami François Hollande’a. Czasem jednak jakiś poseł opozycji próbuje pytać, ile to Republikę kosztuje. Odpowiedzi padają wymijające. Podaje się ogólny koszt funkcjonowania urzędu. Wyborcom zwykle to wystarcza. Głośno zrobiło się jednak ostatnio, gdy wykryto, że pensja osobistego fryzjera prezydenta kosztuje Francję tyle, co zarobki ministra.

Kiedy Jolanta Kwaśniewska wprowadzała się do Pałacu Prezydenckiego, nie miała ani jednego tak niezbędnego pierwszej damie kapelusza. Liczba posiadanych torebek też daleko odstawała od wymogów protokołu (nieobecność torebek zarzuca się Agacie Dudzie, powszechnie uznawanej za doskonale ubraną). Nie bardzo także wiedziała, na czym rola pierwszej damy powinna polegać. – Radziłam się w tej sprawie głównie Hillary Clinton i Bernadette Chirac – wspomina Kwaśniewska (chodzi o obowiązki pierwszej damy – J.S.). – W tych czasach nie tylko za garderobę płaciłam sama. Wydając w naszym apartamencie przyjęcie dla najważniejszych gości, potrawy serwowaliśmy na naszym prywatnym serwisie, gdyż te pałacowe nieco raziły poczucie estetyki.

Maria Kaczyńska już miała jakiś budżet na wydatki. Wydatki prezydentowej, podobnie jak zatrudniany przez nią personel, są częścią budżetu Kancelarii Prezydenta. Mętne zasady panują w Kancelarii Premiera. Tanie państwo nie pozwalało Donaldowi Tuskowi kupować drogich garniturów w luksusowej firmie Ermenegildo Zegna. Ale konieczność nieodróżniania się pod względem ubioru od innych europejskich przywódców kazała wyglądać dobrze. Premiera, a na wizyty oficjalne także jego małżonkę, ubierała więc Platforma. Ciuchy zawsze naszą władzę uwierały.

Nie mają takich problemów Amerykanie. – Prezydent USA dostaje rocznie 400 tys. dol., ale garnitury czy pastę do zębów kupuje za swoje prywatne pieniądze – zapewnia Wojciech Piekarski, były ambasador oraz szef protokołu. Prezydent sam płaci za fryzjera swojego i żony. Nawet gdy urządza w Białym Domu swoje urodziny, dostaje za to rachunek. Wydatki pierwszej damy także pokrywa mąż.

W tej sytuacji porównywanie apanaży amerykańskiej głowy państwa z europejskimi odpowiednikami nie oddaje istoty rzeczy. Prezydent Francji zarabia równowartość 194 tys. dol., kanclerz Angela Merkel 234 tys. dol. rocznie. Prezydent Polski około 21 tys. zł miesięcznie. Kilka razy mniej, podobnie jak jego wyborcy.

Jako kto?

Prawo nie mówi, co pierwsza dama musi lub powinna. Może dlatego, że jak się jej nie płaci, to i wymagać nie bardzo można. Opinia publiczna oczekuje, że powinna towarzyszyć mężowi w oficjalnych wizytach. Jolanta Kwaśniewska kiedyś całą zagraniczną wizytę męża przesiedziała w hotelowym apartamencie, ponieważ prezydent kraju zapraszającego postanowił przyjąć gości bez swojej żony. Protokół dyplomatyczny nakazuje wtedy jej odpowiedniczce dyskretnie zniknąć. Mają być obie pierwsze damy albo żadna. Podobne zasady obowiązują delegacje premierów. Mąż Angeli Merkel przy wizytach oficjalnych pani kanclerz nie towarzyszy, więc Beata Szydło nie musi mieć za złe mężowi, że zostaje w domu.

Kłopot z niezdefiniowaniem roli pierwszej damy mieli nawet Francuzi. Kiedy w 2003 r. do Watykanu na beatyfikację Matki Teresy pojechał ówczesny premier oraz żona prezydenta, padło wtedy pytanie: jako kto? Odpowiedź znów była wymijająca – jako osobisty reprezentant prezydenta. Nie państwa, bo takich uprawnień pierwsza dama nie posiada.

Amerykanom nie bardzo podobała się w roli pierwszej damy Hillary Clinton. Zarzucano jej nadaktywność, wkraczanie do polityki. Zamiast, wzorem poprzedniczek, ocieplać wizerunek małżonka własną działalnością charytatywną, tak zaangażowała się w reformę ubezpieczeń, jakby była co najmniej wiceprezydentem.

Podobnego błędu nie chciała popełnić Jolanta Kwaśniewska, ale także zdarzało jej się czasem wypaść z roli. Jako żona lewicowego prezydenta wykazywała nieco nadmierną słabość do przebywania w towarzystwie koronowanych głów. Mimo to cieszyła się ogromną popularnością. Dowodem tego był sondaż zrobiony dla POLITYKI w 2003 r., z którego wynikało, że gdyby wystartowała w wyborach na prezydenta, toby je bezapelacyjnie wygrała. Polakom mieszanie ról wyraźnie nie przeszkadzało.

Anna Komorowska, jako pierwsza dama, postanowiła zachowywać się reaktywnie, czyli czekać, co przyniesie życie. Wkrótce po objęciu urzędu przez Bronisława Komorowskiego przez część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej została poproszona o towarzyszenie im w podróży do miejsca tragedii. To była trudna sytuacja, ale pierwsza dama zaskarbiła sobie wtedy wiele szacunku i uznania. Wykazała się empatią. W sprawach wizerunku zdała się na zespół, który skompletowała jej poprzedniczka. – Nikogo nie zwolniłam – wspomina. Panie okazały się bardzo profesjonalne.

Agata Duda ani w tej, ani w żadnej innej sprawie się nie wypowiada. Nadal mieszka w Krakowie, nie wprowadziła się na stałe do pałacu. Wyraźnie ogranicza aktywność do wizyt oficjalnych, głównie zagranicznych. Nie słychać też o jej działalności charytatywnej, w której pole dla siebie odnajdywały jej poprzedniczki. Rola pierwszej damy wyraźnie jej doskwiera. Nie usiłuje się w niej odnaleźć, nie szuka własnej formuły, raczej odrzuca propozycje i pomysły.

W Krakowie uprawia nawet coś w rodzaju działalności konspiracyjnej. Obecna pierwsza dama jest nauczycielką niemieckiego i, jak słychać, nadal prowadzi tajne komplety. Oficjalnie zrezygnowała z pracy w szkole, którą lubiła. Musiałaby jeździć na zajęcia z ochroną, to najwyraźniej wydawało jej się nazbyt krępujące. Mogłoby też zostać źle przyjęte przez wyborców. Ale jej abdykacja dla wielu także jest zawodem. Tak dobrze zaprezentowała się w kampanii wyborczej. Niektórzy ciągle liczą, że przypomni mężowi, iż to on jest głową państwa.

Trzeba rzucić pracę

Michelle Obama, zanim została pierwszą damą, zarabiała sporo więcej niż Barack. W zarządzie szpitali uniwersytetu w Chicago otrzymywała rocznie 274 tys. dol. On, jako senator, zaledwie 150 tys. Teraz skazana jest na kieszonkowe od męża. W trakcie kampanii przed drugą kadencją publicznie domagała się pensji dla pierwszej damy. Sam zaszczyt pełnienia prestiżowej funkcji wydaje się już niewystarczający.

Nie bardzo wyobrażamy sobie pierwszą damę pracującą zawodowo, a co dopiero prowadzącą intratny biznes. Jolanta Kwaśniewska jeszcze przed przeprowadzką do Pałacu Prezydenckiego oddała w zarząd własną agencję nieruchomości Royal Wilanów. – Ale przez całe dziesięć lat sama płaciłam za siebie składki ZUS – twierdzi. Powrót do biznesu okazał się niemożliwy nawet po zakończeniu obu kadencji. Kiedy agencja wygrała przetarg na nieruchomość w Gdańsku, na paskach natychmiast pojawiła się informacja, w dodatku z nieprawdziwą ceną. Pierwszym damom wolno mniej nawet wtedy, gdy już nimi nie są.

Rodzaj szarej strefy panuje też w polskich placówkach dyplomatycznych. Wizja braku własnej emerytury skłania ambasadorów do załatwienia żonom choćby połówki skromnego etatu, zwykle starszego referenta do spraw organizacyjnych, na placówce męża. Kiedy ministrem spraw zagranicznych był Radosław Sikorski, od niektórych otrzymywał nawet zapytania, czy tak enigmatycznie zatrudniona żona powinna podpisywać jakąś listę obecności.

Gdyby minister zdążył tę peerelowską siermięgę zlikwidować i oddzielić biuro ambasadora od dyplomacji, jak zamierzał, rola żony ambasadora byłaby określona. Odpowiadałaby za protokół, nieoficjalne kolacje, przyjęcia. Zabrakło jednak pieniędzy na rezydencje, w których owa dyplomacja byłaby prowadzona. Sam minister, wraz z żoną, nieoficjalną dyplomację prowadził w prywatnym dworze w Chobielinie.

O wiele mniej skrępowane czują się żony premierów, na których także ciążą pewne niesformalizowane i nieopłacane obowiązki. Samantha Cameron po wprowadzeniu się na Downing Street 10 nie przestała pracować, choć aktywność zawodową ograniczyła do dwóch dni w tygodniu. Doradzała zarządowi firmy odzieżowej. O konflikcie interesów raczej nie było mowy. Zupełnie odwrotnie niż teraz, gdy „drugą damą” w Wielkiej Brytanii został Philip, mąż nowej premier Theresy May. Jest finansistą, zarządza funduszem inwestycyjnym, którego klientami są m.in. wielkie amerykańskie firmy, znane z niechęci do płacenia podatków w krajach, w których prowadzą biznes. Nie zamierza jednak rezygnować z własnej kariery zawodowej i pieniędzy. Brytyjczycy zastanawiają się, czy nie stanie się kłopotem dla żony.

Nie mają takiego problemu Niemcy. Mąż kanclerz Angeli Merkel jest fizykiem, o konflikcie interesów nie ma mowy, ale także podczas wizyt oficjalnych żonie nie towarzyszy. Pojawia się dopiero na koncertach i kolacjach. Leszek Miller doskonale go rozumie. – Mężczyźni w roli pierwszej damy czują się źle – zapewnia.

Gdyby wybory w USA wygrała Hillary Clinton, Bill także pewnie wolałby pozostać w roli byłego prezydenta niż męża swojej żony. Również ze względów finansowych. W światowe trendy wpisał się Edward Szydło, mąż obecnej premier. Można nawet powiedzieć, że poszedł dalej. Nie zrezygnował z działalności biznesowej, prowadzi prywatną szkołę, korzystającą również z funduszy unijnych. Trudno nawet zorientować się, ile na tym zarabia, ponieważ premier Szydło dochodów męża nie uwzględnia w swoim oświadczeniu majątkowym. Nie musi, małżonkowie wcześniej zdecydowali się na rozdzielność majątkową.

W pakiecie z prezydentem

Polacy, którzy tak oburzyli się na projekt podwyżek dla notabli, szybko nazwany „koryto plus”, akurat w sprawie pensji dla pierwszej damy nic przeciwko nie mają. Nawet gdyby, w okrojonej formie, miałaby ona być wypłacana dożywotnio. Ale to jeszcze nie rozwiązuje problemu. Wręcz odwrotnie, stwarza wiele następnych. Jeśli płacić, to według jakich zasad?

Każdej tyle samo, po równo? Niezależnie od tego, ile i czy zarabiała przed przeprowadzką do pałacu? Inne straty finansowe poniosła Jolanta Kwaśniewska, która prowadziła intratny biznes, a inne Agata Duda – która straciła skromną pensje nauczycielską. Jeszcze inne Anna Komorowska, która przed objęciem roli pierwszej damy zawodowo nie pracowała.

Można sprawę ująć inaczej. Pensja nie byłaby rekompensatą za utracone zarobki, ale zapłatą za pełnienie nowych obowiązków. Trzeba by je wtedy sformalizować, sporządzić coś w rodzaju kontraktu. I zapłata należałaby się tylko tym żonom władzy, które się podejmą wypełniania warunków kontraktu. Przy takich kryteriach Edward Szydło na pensję raczej by liczyć nie mógł. A Agata Duda co najwyżej na ćwierć etatu. Jeśli nie na umowę śmieciową.

Taka wersja także jest nie do przyjęcia. – Jeśli kontrakt, z pensją i wykazem obowiązków, to powinien być obsadzany w drodze konkursu – spekuluje były minister spraw zagranicznych. Tymczasem pierwszą damę dostajemy w pakiecie z prezydentem, chociaż to nie ją wybieramy. A jeśli, co przecież może zdarzyć się członkom gabinetu, a także ambasadorom, żona władzy w trakcie wypełniania kontraktu rozwiedzie się z mężem? Straci kontrakt, to oczywiste. A gdyby udała się do sądu pracy? Były minister jest za tym, żeby zostało, jak jest. Państwo za żonę władzy powinno natomiast opłacać składki ZUS. Nieco odmienne zdanie ma Leszek Miller. Pensję dla aktualnej pierwszej damy jeszcze by ścierpiał, ale dla byłych? W żadnym razie. – Wystarczy pensja dla byłego prezydenta. Zwłaszcza że do śmierci ma zapewnione od państwa ochronę i samochód, który może przecież wykorzystać także do zrobienia zakupów. Anna Komorowska infrastruktury do zakupów nie wykorzystuje. Sama prowadzi auto i nareszcie czuje się swobodnie.

Wojciech Piekarski, były ambasador, uważa, że rola pierwszej damy nie da się ująć w ramy stosunku pracy. Jest honorowa i tak powinno pozostać. Zwłaszcza że ewentualna pensja, na jaką mogłyby (mogliby) liczyć, wystarczy im ledwie na waciki. Ale dziwi się, że przeciwko temu, jak tę rolę postrzegamy obecnie, nie protestują feministki. – Bo, prawdę mówiąc, to jest rola paprotki.

Dopóki zawód pierwszej damy był sfeminizowany, można było oczekiwać, że będzie wykonywany za kieszonkowe. Tak, jak się oczekuje tego od pielęgniarek. Teraz jednak coraz częściej „żonami władzy” są mężczyźni, więc proces emancypacji zacznie pewnie postępować szybko. Panowie własnych zarobków ani kariery zawodowej na kieszonkowe zamieniać nie chcą. Zbliża się czas, gdy prezydenci – zarówno mężczyźni, jak kobiety – będą zmuszeni do rezygnacji z paprotki i nauczą się swoje obowiązki wykonywać solo.

Joanna Solska, współpraca Marek Ostrowski

Polityka 31.2016 (3070) z dnia 26.07.2016; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Żony władzy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jaka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną?

Norma psychiczna – czy to w ogóle możliwe, by ją ustalić.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną