Co Polak robi ostatniego dnia tygodnia

Ta okropna niedziela
„Nie każdy dzień to niedziela” – do starego przysłowia człowiek współczesny dodałby: „Na szczęście”. Bo z ostatnim dniem tygodnia ostatnio same strapienia.
Często pierwszym doznaniem niedzielnego poranka jest ból głowy.
Jessica Peterson/Getty Images

Często pierwszym doznaniem niedzielnego poranka jest ból głowy.

Kaplica w katowickiej galerii Silesia City Center. Potrzeby duchowe i konsumpcyjne do zaspokojenia w jednym miejscu.
Roman Koszowski/Gość Niedzielny

Kaplica w katowickiej galerii Silesia City Center. Potrzeby duchowe i konsumpcyjne do zaspokojenia w jednym miejscu.

W galeriach handlowych są restauracje, bary, kawiarnie, kina, ciągi spacerowe, miejsca spotkań. W sam raz na weekend.
Michał Kaźmierczak/Forum

W galeriach handlowych są restauracje, bary, kawiarnie, kina, ciągi spacerowe, miejsca spotkań. W sam raz na weekend.

Xavier Sotomayor/Unsplash

audio

AudioPolityka Joanna Cieśla - Ta okropna niedziela

Niedziela jest wielką przegraną transformacji. W głębokim PRL wyczekiwano jej, cieszono się, że „będzie dla nas”, pisano piosenki, fetowano jako tę jedyną wolną i beztroską. Dziś zdetronizowana przez młodszą siostrę, wolną sobotę, zrodzoną w latach 70. To ona z czasem wyrosła na królową weekendu. To sobota jest wyluzowana, pozwala i poszaleć, i popracować – jak się komu chce, z oddechem nadziei, że da się nadrobić, czego nie zrobiliśmy, bo przecież jest jeszcze ten jeden dodatkowy dzień.

W zetknięciu z sobotą polska niedziela stała się marudną ciotką, co to zrzędliwie przypomina, że zaraz trzeba się pozbierać, ogarnąć, wytrzeźwieć, stanąć na nogi, przygotować do kolejnego tygodnia. A jednocześnie nawet odpornym na konwencje sugeruje, że pewnych rzeczy to jednak w dzień święty nie wypada, a inne rzeczy (wizyta w kościele?) jednak może by należało.

Inicjatorzy niedzielnego zakazu handlu przekonują, że zamknięcie sklepów przywróci siódmemu dniu tygodnia godność i świąteczny blask. „Niedziela ma być dla Boga i rodziny” – argumentuje szef NSZZ Solidarność Piotr Duda. A Polakom w zasadzie wszystko jedno. 41 proc. jest przeciw zakazowi handlu, 46 proc. za, reszta nie ma zdania – ustalił kilka miesięcy temu TNS. Sztywny scenariusz na ten dzień dawno się rozpłynął. W praktyce dostępne są i używane mocno zróżnicowane pakiety obyczajowe. Ten tradycyjny, w wersji podstawowej – kościół-obiad-telewizor – dominuje głównie na tzw. terenach słabo zurbanizowanych. Ale w ofercie są przecież także pakiety modern, w wariancie single: rower-książka-kino lub w wariancie family: basen, brancz (importowany z Wysp śniadanioobiad), a potem kinderbal. Osobną kategorię tworzą pakiety exclusive obejmujące rozpoczynany już w sobotę wypad za miasto czy wreszcie pakiety casual streszczane w zaklęciu: „dzisiaj to już na pewno posprzątam”. Człowiek współczesny tymi pakietami żongluje – czasem sentymentalnie sięga po tradycyjny, innym razem po ekskluzywny, a czasem składa własny wariant.

W niedzielę widać, jak wyraźnie rozjechał się rytm życia, a wraz z nim rytm odpoczynku. Bo od kiedy nieliczni już muszą tkwić murem osiem godzin „w fabryce”, odpoczynek staje się także częścią normalnego dnia pracy, gdy udaje się posurfować po sieci, wyskoczyć na siłownię, zjeść z koleżanką obiad. Ale też w dni formalnie wolne wdziera się poczucie zobowiązania, konieczność „zrobienia czegoś do pracy”, nadgonienia; już sama konfrontacja z zalewem ofert rozrywkowych i rozwojowych niesie wyzwania i stres.

W siódmym dniu tygodnia człowiek współczesny nieraz ląduje zagubiony pośród przymusów i powinności, sfrustrowany niewykorzystanymi możliwościami. I całkiem po prostu wyczekuje końca weekendu, kiedy będzie mógł wreszcie wrócić do pracy.

Wyzwanie pierwsze: przeżyć

Ku niedzieli nader często skradamy się krokiem chwiejnym. Pozycja napojów alkoholowych jako środków wspomagających weekendowy relaks pozostaje niezagrożona. Zwłaszcza wśród wykształconych – jak wynika z badań ostatnich lat. Według ośrodka TNS w weekendy pije 90 proc. tych po studiach i 70 proc. osób z wykształceniem podstawowym. Z dobrych wieści: struktura spożycia przechyla się na rzecz trunków niżej procentowych (głównie piwo). Najwięcej leje się w domach – własnych lub znajomych. A dokładniej: w mieszkaniach. Bo w miastach, większych i średnich, alkohol spożywa się dziś częściej niż na wsi (86–87 proc. wobec 82 proc.).

Pierwszym doznaniem niedzielnego poranka u licznych współczesnych – podobnie jak we wcześniejszych dekadach – pozostaje zatem ból głowy. Spójne z tą obserwacją zdają się ustalenia autorów gusowskiego badania „Budżet czasu ludności”, według których zarówno mężczyźni, jak i kobiety śpią w niedziele ponad dziewięć godzin, godzinę dłużej niż zwykle (odsypiają sobotę?). A i tak siódmy dzień chłonie przez to najwięcej z całego tygodnia śmiertelnych ofiar wypadków po pijanemu, w 2015 r. – 86. Niedziela na drogach ogólnie jest zresztą posępna. Choć stłuczek i kraks zdarza się najmniej, relatywnie kończą się najtragiczniej. W ubiegłym roku na jezdniach, poboczach, za kierownicą, na pasach w ostatni dzień tygodnia zginęło 439 osób.

Wyzwanie drugie: nie rozwieść się i nie pożreć

„Rodzina powinna spokojnie ze sobą spędzać ten czas” – mówiła w uzasadnieniach pomysłu zakazu niedzielnego handlu Beata Szydło. Pani M. (menedżer do spraw personalnych, korporacja, miasto pow. 500 tys. mieszkańców) zapamiętała tę wypowiedź pani premier. W następną niedzielę zrobiła eksperyment: zerkała na zegarek, śledząc sekwencję wydarzeń w swoim domu. Poranna krzątanina po wieczornej wizycie znajomych przebiegła w miarę sprawnie. Ok. 10.20 pan M. (dyrektor strategiczny, agencja reklamowa) zaczął coraz bardziej ostentacyjnie wzdychać. Kwadrans później już wychowawczo wrzeszczał na syna. Kolejne pół godziny to nieefektywne próby mediacji. Około południa pani M. opuściła dom, trzaskając drzwiami.

Dr hab. Joanna Czarnota-Bojarska, Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego: – Jeśli ktoś od poniedziałku do piątku ma liczne obowiązki, mierzy się z trudnymi zadaniami, to odbiera bardzo dużo bodźców. Bywa, że jest ich zbyt wiele, by sobie z nimi poradzić – bo ludzie mają różne zapotrzebowanie na stymulację. Ale ci mniej odporni i tak przyzwyczajają się do tego codziennego poziomu. I kiedy stymulacja nagle ustaje, tak jak w spokojną niedzielę, ktoś może bezwiednie jej poszukiwać – na przykład wszczynając awantury. Taki mechanizm wywoływania kłótni w rodzinie „żeby coś się działo”, jest wbrew pozorom całkiem powszechny.

Psychiatrzy sądowi i policjanci zauważają, że rodzinne burdy, akty przemocy czy samobójstwa bywają częstsze w niedziele niż w pozostałe dni (choć nie jest to efekt tak spektakularny jak na przykład w sylwestra). Ale też gdy człowiek współczesny na – nawet lekkim – kacu ma wreszcie wolną chwilę, by podsumować całotygodniowe zaniedbania, złośliwostki czy zniewagi od krewnych, to naturalne jest, że frustracja czasem mu się ulewa. Zwłaszcza że pojawia się wobec dzieci naturalna pokusa odrobienia zaległości wychowawczych, domknięcia „rozmów niedokończonych” z partnerem, odwiedzin u rodziców i teściów.

W niedzielę najdłużej się je – około dwóch godzin (dane GUS) i niemal zawsze w towarzystwie najbliższych, na własnym gruncie (według CBOS 97 proc. Polaków spożywa w weekendy główny ciepły posiłek w domu). A w sytuacji przedłużonego obiadu z rodziną nie działa hamulec lęku przed oceną społeczną, czynny w biurze, gdzie współczesny wstrzymuje nerwowe reakcje, nawet jeśli ktoś irytuje go bardziej niż własna żona czy matka.

Jakimś sposobem, by nie ryzykować rodzinnych rozliczeń i porachunków, byłoby jednak lepiej gdzieś wyjść.

Wyzwanie trzecie: wybrać wypełniacz

To ta najbardziej gorsząca, w oczach inicjatorów zakazu niedzielnego handlu, funkcja super- i hipermarketów. Zarzut jest taki, że człowiek współczesny, opanowany szałem konsumpcji, głuchy na duchowe potrzeby własne i otoczenia, oddaje się bezrozumnemu kupowaniu. Prawda to? Niektórzy rzeczywiście na niedzielne szaleństwa do centrów handlowych się udają. Niektórzy regularnie. Ale nie tak liczni, jak mogłoby się wydawać. Tylko 20 proc. pytanych przez TNS wyznało, że zakupy w niedzielę i święta robi często. Tyle samo zapewnia, że nigdy. Pozostałym czasami się zdarza.

Już kilka lat temu analitycy, a po nich publicyści ogłosili koniec ery hipermarketów. Ogłoszenie było może na wyrost, ale kryzys finansowy 2008 r., długoletni zastój zarobków, a także naturalne nasycenie gospodarstw domowych różnymi dobrami konsumpcyjnymi faktycznie przygasiły zapał do wielkich weekendowych zakupów. Już raczej czeka się na wyprzedaże, okazje, promocje. – Na znaczeniu zyskują dyskonty poszerzające ofertę o towary luksusowe i coraz liczniejsze sklepy z kategorii convenient, usytuowane blisko domu. Można tam też kupić kawę na wynos i hot doga, podobnie jak na całodobowych stacjach benzynowych. A jak się zapomni bułek, wystarczy się cofnąć do półki dwa kroki, nie trzeba biec 300 metrów – tłumaczy dr Michał Lutostański, socjolog z Uniwersytetu SWPS.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną