Społeczeństwo

Być, by mieć

Henryk Grocholski – władca kawałka Polski

Henryk Grocholski specjalizuje się w sprawach odzyskiwania znacjonalizowanego mienia. Henryk Grocholski specjalizuje się w sprawach odzyskiwania znacjonalizowanego mienia. Tadeusz Późniak / Polityka
Kancelaria Henryka Grocholskiego specjalizuje się w sprawach odzyskiwania znacjonalizowanego mienia i szczyci się, że reprezentuje wyłącznie właścicieli lub ich rzeczywistych spadkobierców.
Rodzina Grocholskich ma dobrze przetarte szlaki reprywatyzacyjne. Udało się jej, wspólnie z krewnymi, odzyskać warszawski Hotel Europejski.Andrzej Iwanczuk/REPORTER/EAST NEWS Rodzina Grocholskich ma dobrze przetarte szlaki reprywatyzacyjne. Udało się jej, wspólnie z krewnymi, odzyskać warszawski Hotel Europejski.
Przed wojną na miejscu prawie całej obecnej gminnej wsi, były pola uprawne należącego do Grocholskich Majątku Ziemskiego Michałowice.Adam Drabiński/Agencja Gazeta Przed wojną na miejscu prawie całej obecnej gminnej wsi, były pola uprawne należącego do Grocholskich Majątku Ziemskiego Michałowice.

Reprywatyzacja całej wsi? Prezes Związku Szlachty Polskiej chce znowu być panem na folwarku. Próbuje przejąć podwarszawskie Michałowice, grunty warte 1,5 mld zł”. Pod takim hasłem partia Razem zapraszała na pikietę przed Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, który 21 września uznał za nieważną decyzję o nacjonalizacji 162 zamieszkanych hektarów. „Po wałkach na kamienicach czas na wałki przy majątkach arystokracji?” – pytał na Facebooku Jan Śpiewak, warszawski radny i lider stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, broniącego m.in. praw lokatorów wyrzucanych z kamienic.

Michałowice, zdezorientowane postępowaniem i straszone powrotem jaśniepaństwa, swoje żale kierują m.in. pod adresem 34-letniego Henryka Grocholskiego, który na początku 2014 r. raz spotkał się z mieszkańcami. Jarosław Hirny-Budka, michałowiczanin, tłumacz i działacz partii Razem, wspomina, że Henryk Grocholski starał się robić dobre wrażenie. – W imieniu 70 proc. spadkobierców – bo z dziesięciorga dzieci Barbary Grocholskiej, ostatniej właścicielki, żyje siedmioro – zadeklarował brak zainteresowania odzyskaniem ziemi w naturze. Dał też do zrozumienia, że lepiej się z nim dogadać, bo inaczej diabli wiedzą, co się stanie, a gdy procedura trwać będzie zbyt długo, może sprzedać roszczenia. Spotkanie odbyło się szybko, a pan Grocholski wyszedł, odpowiadając na niewiele pytań.

Rekordowe roszczenia

Wieś leży w bezpośrednim sąsiedztwie Warszawy, obok lotniska, dróg ekspresowych i autostrady, kolejką to kilkanaście minut pod Pałac Kultury. Przed wojną na miejscu prawie całej obecnej gminnej wsi, szachownicy zielonych ogrodów i domów jednorodzinnych, były pola uprawne należącego do Grocholskich Majątku Ziemskiego Michałowice. Liczył ponad 300 ha, połowę z nich na początku lat 30. rodzina zamieniła na grunty budowlane. Wtedy wyznaczono ulice i działki, ich kształt z grubsza się zachował. Na tak podzielonym obszarze miały powstać dwa osiedla: 136-ha Michałowice i znajdujące się teraz w obrębie Raszyna 28-ha Nowe Grocholice. Jeszcze w latach 30. rozpoczęto sprzedaż. Ile działek zmieniło właścicieli do września 1939 r., trudno ustalić. Wiadomo, wojna.

Przyszedł 1944 r. i dekret o reformie rolnej. Działki Grocholskich zabrano hurtem, razem z ziemią rolną. Rodzina nie skarży nacjonalizacji części rolniczej, ale podnosi, że dekret PKWN nie dał państwu prawa do zaboru działek budowlanych. Na dodatek za jednym zamachem odebrano działki wykupione przed wojną przez inne osoby. Grocholscy właśnie te błędy, a nie cofnięto ich w ciągnącym się kilka lat powojennym postępowaniu odwoławczym, uważają za podstawę do roszczeń.

Ich rozmiar robi wrażenie. Wspomniana przez partię Razem kwota to przeszło milion miesięcznych minimalnych pensji wypłacanych na rękę, tyle kosztuje budowa 50 km dróg ekspresowych albo łódź podwodna. Owe 1,5 mld prowadzący sprawę prawnicy z kancelarii Nobilis Partners, których Henryk Grocholski jest wspólnikiem, uznają za grubą przesadę. Cenowa szarża ma wynikać z przeszacowania wartości michałowickich gruntów. Te niezbudowane kosztują nie tysiąc złotych za metr, a góra kilkaset.

Wysokości ewentualnego odszkodowania, wypłacanego przez Skarb Państwa, czyli z naszych podatków, są jasno określone. Zdecyduje sąd na podstawie opinii biegłych, podstawą będą działki niezabudowane, bo je zabierano; ale liczy się współczesną wartość takich nieruchomości. – Zanim sprawa dojrzeje do etapu odszkodowania, musi przejść przez Naczelny Sąd Administracyjny, co potrwa przynajmniej rok. Dopiero podtrzymanie wyroku sądu wojewódzkiego, a dotychczasowa linia orzecznicza NSA jest tu spójna i po myśli spadkobierców, otwiera drogę do wniosku o odszkodowanie. I to na nas będzie ciążyło udowodnienie, która działka należała do Grocholskich – zapewnia mecenas Anna Graboś z Nobilis Partners. Jasne jest, że do ostatecznego wyroku minie jeszcze sporo czasu. Skoro przez ćwierć wieku państwo, mówią prawnicy spadkobierców, nie umie stwierdzić, że żółty samochód nie jest czarnym samolotem, to co będzie na kolejnych etapach ustalania faktycznego statusu poszczególnych działek i przy wyznaczaniu wysokości ewentualnego odszkodowania?

Doświadczenie i praktyka

Kancelaria Henryka Grocholskiego specjalizuje się w sprawach odzyskiwania znacjonalizowanego mienia i szczyci się, że reprezentuje wyłącznie właścicieli lub ich rzeczywistych spadkobierców, nie bawi się w skupowanie roszczeń. Rodzina Grocholskich ma dobrze przetarte szlaki reprywatyzacyjne. Udało się jej, wspólnie z krewnymi, odzyskać warszawski Hotel Europejski. Przed wojną należał do firmy HESA, udziałowcami były skoligacone ze sobą rodziny Czetwertyńskich, Przeździeckich i Grocholskich. XIX-wieczny budynek ucierpiał w wyniku działań wojennych, ale zanim miasto go odebrało, właściciele zdążyli rozpocząć jego odbudowę.

Tamten wkład pozwolił spadkobiercom odzyskać obiekt w 2005 r., po kilkunastu latach procesów sądowych. W 2012 r. partnerem inwestorem w przedsięwzięciu została Vera Michalski-Hoffman, szwajcarska milionerka, dziedziczka fortuny firmy kosmetycznej La Roche i córka szwajcarskiego ornitologa, współzałożyciela WWF, organizacji chroniącej środowisko naturalne. Niedługo dzięki nowej wspólniczce Europejski ma się stać najbardziej luksusowym hotelem w Polsce.

W Michałowicach za sprawą sądowych starań Grocholskich w trudnym położeniu znaleźli się ci mieszkańcy, którym zostały wstrzymane procesy o zasiedzenie, a nie wszyscy posiadacze michałowickich działek wpisani są do ksiąg wieczystych jako właściciele. Nie wierzą, że są bezpieczni, i obawiają się, że i tak przyjdzie moment, gdy zacznie się stresujące dla nich ciąganie po sądach. Zaawansowani wiekiem spadkobiercy zapewniają, że zwroty w naturze mogą dotyczyć tylko pustych działek, wciąż pozostających w gestii Skarbu Państwa bądź gminy, bezpieczny jest więc kościół, szkoła i urząd gminy.

Rękojmią szlachetności tych intencji – o czym mówił na spotkaniu z mieszkańcami Henryk Grocholski – ma być osobiste poświęcenie dla Polski tak samych spadkobierców, jak i zasługi ich przodków. W końcu Barbara Grocholska brała udział w powstaniu warszawskim, podobnie jak kilkoro z jej dzieci i mąż Adam Remigiusz, pułkownik AK i bohater obu wojen światowych, odznaczony orderem Virtuti Militari, dowodzący w powstaniu walkami na Mokotowie, czy jego młodszy brat Ksawery, więzień Oświęcimia i żołnierz WiN, skazany na karę śmierci i stracony w 1947 r.

Pod rękę i pod wiatr

Kariera Grocholskich zaczęła się w Małopolsce, w XIV w. protoplasta rodu mieszkał w podkrakowskim zamku Korzkiew (gdzie ponad 600 lat później zaręczył się Henryk Grocholski), nazwiska zaczęli używać po przeprowadzce do Grocholic na Sandomierszczyźnie. W I Rzeczpospolitej było kilka momentów, gdy szlachta mogła szybko dojść do większego znaczenia i majątku, najczęściej szukano ku temu okazji wraz z parciem na wschód. Grocholscy trafili na Podole. Zawierali zręczne małżeństwa, z pannami posażnymi i z dobrymi parantelami. Korzystali na bliskości z królem Stanisławem Augustem, prywatnie krewnym. Umieli ustawić się z wiatrem historii, nie stronili od obstawiania konfederacji targowickiej i opcji rosyjskiej. U schyłku I RP doszli do magnackiej fortuny.

Weszli też do blisko ze sobą spokrewnionego kręgu polskiej arystokracji, w 1881 r. w cesarstwie rosyjskim pradziadkowi Henryka potwierdzono tytuł hrabiowski. Wzorem równie zamożnych sąsiadów utrzymywali pałace, zajmowali się mecenatem sztuki i ją uprawiali. Stanisław Grocholski, uczeń Jana Matejki, był mistrzem szkoły monachijskiej, słynącym z portretów i wiejskich scen rodzajowych. Dwustuletni pobyt rodu na Podolu zakończył się gwałtownie w 1917 r.

Już w wolnej Polsce ojciec spadkobierców ożenił się z księżną Barbarą Świętopełk-Czetwertyńską, której rodzinnym domem był Pałac Uruskich na Krakowskim Przedmieściu (dziś Wydział Geografii i Studiów Regionalnych UW). Panna młoda wniosła m.in. grunty objęte dziś procesem. – Przy czym to nie były jakieś dziedziczne dobra Czetwertyńskich, ziemie te kupowano w celu lokaty kapitału, nie ma ona związku z prawami feudalizmu albo pańszczyzną, to był po prostu XIX-wieczny biznes. Podczas gdy ze średniej szlachty wykształciła się w II Rzeczpospolitej inteligencja, arystokracja stała się elitami biznesowymi, tak było właśnie z Czetwertyńskimi, książętami dynastycznymi i potomkami Ruryka, który w IX w. podbijał Ruś – objaśnia genealog i badacz dziejów polskich elit dr Marek Minakowski.

W rodzeństwie spadkobierców są Piotr – emerytowany dyrektor zakładu dla głuchoniemych w Laskach (ojciec Henryka i szwagier europosłanki Róży Thun), Elżbieta – żona Krzysztofa Zanussiego, Anna – autorka obrazów sakralnych, Michał – były dyplomata. Niektóre z dzieci Barbary Grocholskiej nie doczekały się potomstwa, część wyemigrowała, kilkoro z młodego pokolenia mieszka za granicą. Niektórzy weszli w związki z osobami ze środowiska, m.in. Henryk, którego żona Maria Będkowska jest wnuczką zmarłej w zeszłym roku Natalii Lubomirskiej. Grocholscy sprawiają wrażenie skromnej i niczym się niewyróżniającej rodziny, tyle że rozbudowanej. Nie dają pożywki brukowcom, nie zależy im na rozgłosie i jeśli trafiają do prasy, to głównie przez hołdowanie starym tradycjom.

Skrupulatnie i dokładnie

Henryk Grocholski, po harmidrze wokół Michałowic, woli nie rozmawiać z dziennikarzami. Choć sześć lat temu, po wyborze Bronisława Komorowskiego na prezydenta, spotkał się z POLITYKĄ, by opowiedzieć o roli i miejscu polskiej arystokracji w życiu politycznym Polski. Elegancki i pewny siebie przyjął nas w jednym z pomieszczeń Hotelu Europejskiego. Z zaangażowaniem opisywał etos Związku Szlachty Polskiej, któremu przewodniczył od dwóch lat. Nadal stoi na czele tej organizacji. Związek utworzono ponad dwie dekady temu, zajmuje się „problemami współczesnej szlachty”.

Do kierowanego przez Henryka Grocholskiego stowarzyszenia może się zapisać tylko szlachcic lub szlachcianka, czyli potomkowie po mieczu szlachciców uznawanych przez I Rzeczpospolitą lub państwa zaborcze. Prawo to rozciąga się jeszcze na żony szlachciców i wdowy po nich. Kandydaci muszą przy tym zadeklarować, że za fundamentalne uznają wartości wyrażone w haśle „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

O ile postawę etyczną aspirantów trudno sprawdzić, o tyle kwestie pochodzenia i dziedziczenia herbów weryfikowane są przez komisję wywodową. Specjaliści związku, biegli w przekopywaniu archiwów, badają m.in. materiały przedstawione przez kandydata, od jego aktu urodzenia, przez dokumenty dotyczące ojca, dziadków ojczystych, babcie, pradziadków itd., aż po najstarsze wzmianki o członkach rodu. Genealogia brana jest absolutnie na serio. Osoby funkcyjne związku chętnie zamieszczają rodowody jako część danych teleadresowych. A niektórzy decydują się wręcz na prezentację swoich haplogrup, fragmentów DNA pozwalających prześledzić trasy, którymi przez dziesiątki tysięcy lat wędrowała ludzkość.

Zdarza się, że genealogia jest przedmiotem lustracji. Ze szczególną wrażliwością tropi się zwłaszcza uzurpatorów, w tym i tych próbujących chwytać nienależne im splendory w zamierzchłej przeszłości albo dziś niesłusznie tytułujących się hrabiami. Miewa to pogodną stronę, bo przy okazji wertowania ksiąg parafialnych czy świadectw urzędów stanu cywilnego okazuje się, że np. rodzono dzieci w konkubinatach także w stanach i w okresach kojarzących się raczej z pruderią i dulszczyzną.

W zgodzie ze szlachecką tradycją równości do związku przyjmowani są wszyscy szlachcice, niezależnie od tego, czy ich przodkowie mieszkali niegdyś w zaściankach czy pałacach. W ten sposób związek, z kilkuset zapisanymi rodami, jest liderem środowiska. Zajmuje się działalnością wydawniczą, organizuje wystawy i spotkania, a jego konsultanci, nie tylko swoim członkom i reprezentantom swojego stanu, nieodpłatnie pomagają odtwarzać rodzinne historie. Związek, któremu szefuje Henryk Grocholski, jest raczej strażnikiem, konserwatorem pamięci, jego członkowie oświadczają, że nie zamierzają „odzyskiwać przywilejów ani schlebiać własnej próżności, ale stawiając na wartości intelektualne i moralne, powrócić do polskiego życia społecznego, by odgrywać w nim aktywną rolę”.

Pretensji do utraconych majątków Związek Szlachty Polskiej nie podnosi. Inaczej niż Polskie Towarzystwo Ziemiańskie (tam do członkostwa wystarczy zadeklarować „więzi rodzinne z tradycjami ziemiaństwa polskiego”), które statutowo zabiega o restytucję nieruchomości wadliwie znacjonalizowanych. Środowisko arystokratów, szlachty i dawnych ziemian to żaden monolit, są wśród nich przedstawiciele różnych pokoleń, osoby o różnym stopniu zamożności, zapatrywaniach politycznych, stosunku do Kościoła. Nie wszyscy nawet walczą o zwrot mienia, choć wielu dobrze wie, co kiedyś należało do rodziny. Jednak zwłaszcza arystokraci pozostają wobec siebie lojalni, bo niezależnie od tego, czy sądzą, że prawo własności to rzecz święta i sami walczą o zwrot dóbr po przodkach, czy dostrzegają w tym dziejową niesprawiedliwość, to sprawy Michałowic komentować nie chcą. Albo w jej kontekście mówić o stosunku do podnoszenia własnych roszczeń majątkowych. Piotr Szymon Łoś, rzecznik Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, pogląd wyraża w jednym zdaniu: – Reprywatyzacja w Michałowicach to prywatna sprawa rodziny Grocholskich.

Przy czym równie prywatną sprawą pozostają chwyty, po które sięgał najbliższy współpracownik Henryka Grocholskiego, sekretarz Związku Szlachty Polskiej Hubert Massalski, gdy odzyskiwał i „czyścił” z lokatorów rodzinne kamienice w Warszawie. Uczył się ich od swojego wspólnika Marka M., niesławnego kupca roszczeń, wspieranego przez prawników i przychylnych urzędników, głównego bohatera tzw. afery gruntów warszawskich.

Świętości podstawowe

A gdzie w tym wszystkim szlachecki czy arystokratyczny etos? Jak pogodzić propaństwowe idee elitarnego towarzystwa i odcinanie kuponów od poświęcenia minionych pokoleń z obecnym wyciąganiem rąk po milionowe odszkodowania od nadal biednego państwa? – No cóż, ktoś powinien etos upilnować – przyznaje Jerzy Mańkowski, były prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego i właściciel rodzinnego pałacu w wielkopolskiej Brodnicy. Sam, jak mówi, częściowo odkupił swoje, po czym przez sześć lat czekał, aż dla rodzin mieszkających w pałacu znajdą się mieszkania zastępcze.

Genealog Marek Minakowski podkreśla, że skoro jesteśmy w kapitalizmie, to prywatna własność jest świętością. I choć roszczenia w Michałowicach mają nie szlachecko-feudalną, ale burżuazyjną podstawę, to przy okazji cofnięto towarzyszącą im dyskusję o 100 lat. – Jakbyśmy zapomnieli, że pańszczyzna została zniesiona w połowie XIX w., że od jej zniesienia do reformy rolnej 1944 r. minęły co najmniej trzy pokolenia. A teraz partia Razem i Miasto Jest Nasze w swój antykapitalistyczny przekaz wplatają wątki antyfeudalne. Straszą, że przyjdą polscy hrabiowie i zapędzą mieszkańców Michałowic do pańszczyzny. To hasła ściągnięte z bolszewickich plakatów z 1920 r., wtedy dokładnie tak mówiono.

W Michałowicach, jak zawsze w podobnie głośnych przypadkach, zderzają się dwie trajektorie argumentów. O oddawaniu tego, co się zgodnie z prawem dawnym właścicielom i im spadkobiercom należy, z pytaniem, skąd dawni właściciele mieli fundusze na zakupy? Tzw. stare rodziny o skali eksploatacji poddanych w minionych stuleciach pamiętają niechętnie, wolą przypominać o wspaniałomyślności, z jaką ich przodkowie redystrybuowali gromadzone dobra. Na to nakłada się jeszcze immunitet wynikający z krzywdy, której wszystkie najwyższe klasy społeczne, nie tylko elity pieniądza i posiadaczy ziemskich, faktycznie doznały po rewolucji bolszewickiej (okrągła rocznica za pasem), pokoju ryskim, drugiej wojnie, zmianie granic, reformie rolnej i okresie stalinowskim. Ale wśród pokrzywdzonych nie ma żadnej solidarności, np. z tymi, którzy nie mają widoków, by cokolwiek z utraconego dziedzictwa odzyskać.

Klincz zwrotny

Niezdecydowanie III RP – obok Białorusi to jedyne państwo regionu, które nie zdobyło się na uporządkowanie reprywatyzacji – skutkuje nie tylko takimi sytuacjami jak w Michałowicach, gdzie w niepewności żyje kilkaset rodzin. I sprawa ta jest precedensowa nie tyle ze względu na materię, ale też skalę i wartość. Sądy wielokrotnie orzekały, że gruntów budowlanych nie można było nacjonalizować dekretem o reformie rolnej. A mało który właściciel zrobił to, co Grocholscy przed wojną – tak dużych połaci ziemi przygotowanej pod zabudowę nie ma pewnie nigdzie w Polsce.

Michałowiccy spadkobiercy nie kwestionują dekretu o reformie rolnej. Przeciwnie, zamierzają procedować dokładnie z jego literą. Właśnie na jego podstawie trwają zwroty dworów, pałaców i parków, czyli obiektów niesłużących do produkcji rolnej, więc niepodpadających pod dekret. Wystarczy więc np. udowodnić, że między pałacem a gumnem ze stajniami i oborami stał płot czy mur. Ministerstwo Rolnictwa przez ostatnie dwa lata wydało 458 decyzji o zwrocie rezydencji – przypomniała niedawno „Rzeczpospolita”. I wylicza: Bnińscy wrócili do dworu w Kobielach Wielkich w Łódzkiem, Potoccy do małopolskich pałaców w Zatorze i Krzeszowicach, Czartoryscy do zespołu pałacowo-parkowego w Pełkiniach na Podkarpaciu. Michał Sobański, który odzyskał pałac w mazowieckim Guzowie, stara się o radziwiłłowski Nieborów i Arkadię. Na rozpatrzenie czeka 600 dalszych wniosków.

Niektórzy spadkobiercy rodzin dotkniętych dekretem odkupują rodzinne gniazda za zarobione dziś pieniądze. Inni biją się o zwrot nieruchomości, nawet o ruiny domów i zdewastowane parki. Jeszcze inni o pieniądze, część byłaby gotowa przyjąć kilkunastoprocentowe rekompensaty w ramach ugody.

Stan niepewności utrzyma się do momentu, aż politycy odważą się zakończyć spór o reprywatyzację. W jedną albo drugą stronę. Postawią na „święte prawo własności”. Albo uznają, że niesprawiedliwie jest wyrównywać krzywdy wybiórczo, nielicznym, niesprawiedliwie uprzywilejowanym w poprzednich pokoleniach, skoro historia pokrzywdziła miliony polskich rodzin. I nikt im rekompensaty nie oferuje. Zdecydowane rozstrzygnięcie w tej materii nie wydaje się szczytem politycznego heroizmu.

***

O zwrotach dóbr kościelnych piszemy w tekście „Dobro Kościoła”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną