Społeczeństwo

To nie jest kraj dla kobiet

Sytuacja kobiet w Polsce pozostawia wiele do życzenia

Kobiety, nawet jeśli znają swoje prawa, to boją się je egzekwować albo wręcz nie wierzą, że znajdą pomoc. Kobiety, nawet jeśli znają swoje prawa, to boją się je egzekwować albo wręcz nie wierzą, że znajdą pomoc. chepko / PantherMedia
Unia Europejska ogłosiła 2017 Rokiem Walki z Przemocą wobec Kobiet. Tymczasem rząd premier Beaty Szydło zadeklarował chęć wycofania się z konwencji antyprzemocowej. Ma być tak jak było, a nawet gorzej.
Z analiz Sedlak&Sedlak wynika, że kobiety ze stażem pracy między 6 a 8 lat, które zajmują stanowiska dyrektorskie, otrzymują przeciętnie 68 proc. wynagrodzenia mężczyzn z identycznym stażem.Yulia Mustakimova/Flickr RF/Getty Images Z analiz Sedlak&Sedlak wynika, że kobiety ze stażem pracy między 6 a 8 lat, które zajmują stanowiska dyrektorskie, otrzymują przeciętnie 68 proc. wynagrodzenia mężczyzn z identycznym stażem.
Katarzyna ZdanowiczKrzysztof Jarosz/Forum Katarzyna Zdanowicz

Artykuł w wersji audio

Za wypowiedzeniem konwencji antyprzemocowej przez Polskę opowiedziała się minister pracy Elżbieta Rafalska. Jej zdaniem prawo polskie jest – i będzie – wystarczające, więc nie musimy sygnować treści tak wątpliwych jak konwencja. W podobnym tonie wypowiadali się wcześniej prezydent i premier.

Tymczasem badania Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, przeprowadzone przez prof. Beatę Gruszczyńską, pokazują, że skala przemocy wobec kobiet w Polsce rośnie. W ciągu tygodnia zabijane są przez swoich oprawców średnio trzy kobiety, a każdego roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. Zwłaszcza z dala od wielkich miast dzieje się to przy kompletnej bierności organów ścigania. – Około 100 tys. Niebieskich Kart, wydanych w Polsce, potwierdza istnienie przemocy, ale tylko co trzeci przypadek policja uznaje za znęcanie się nad członkiem rodziny, a przed sądem staje zaledwie co szósty sprawca. W ponad 80 proc. zapadają jednak wyroki w zawieszeniu – mówi Anita Kucharska-Dziedzic, która stworzyła lubuskie Stowarzyszenie na rzecz Kobiet – Ofiar Przemocy BAB-a.

Państwo oczywiście przemocy wobec kobiet nie pochwala, jednak instytucje, podobne do tej, jaką zarządza Anita Kucharska-Dziedzic, od wyborów wygranych przez PiS borykają się z coraz większymi kłopotami finansowymi. Konwencję antyprzemocową, która zobowiązuje państwa do wprowadzenia kompleksowych rozwiązań, od dawna ostro krytykowali prawicowi politycy i kościelni hierarchowie – głównie za sformułowanie, że przemoc może mieć swoje korzenie w kulturze, obyczajach, religii, tradycji. I może przybierać formy daleko odbiegające od „normalnego” domowego pobicia.

Szpitale ze średniowiecza

Joanna mówi z całym przekonaniem, że też jest ofiarą przemocy – szpitalnej. Ma dwuletnią córkę i czuje, że to najlepszy czas, żeby zajść w drugą ciążę, ale broni się przed nią, jak może. Nie chce ponownie przechodzić koszmaru. Męża nie było przy porodzie, jest przedstawicielem regionalnym w koncernie handlującym słodyczami, wypadła pilna delegacja na drugi koniec Polski. Joanna, z racji na swoją mikrą budowę i sporą wagę dziecka, spodziewała się cesarki, ale lekarz tylko się uśmiechnął: „Nie ma wskazań”. Pielęgniarka dodała, że „to drogi zabieg, a my oszczędzamy na wszystkim”. Ból się nasilał, po odejściu wód Joanna traciła przytomność. Błagała o znieczulenie. Usłyszała: „Proszę się tak nie drzeć. Nasze babki rodziły pod drzewami, po dwóch godzinach wracały do pracy w polu. I żyły”.

Z obserwacji psychologów zajmujących się pracą z ofiarami traum wynika, że w przypadku ogromnego odsetka kobiet, które rodziły naturalnie, można to doświadczenie zakwalifikować jako traumatyczne. To poziom bólu jak przy łamaniu 12 kości jednocześnie; jeśli na to nakłada się szpitalne uprzedmiotowienie, nie wychodzi się z tego bez konsekwencji. – W Polsce to cały czas temat tabu, ale złe porody mają swoje następstwa w przyszłości. Ofiary szpitalnego zaniechania nie od razu potrafią zaakceptować swoje dziecko, unikają seksu, szerokim łukiem omijają szpitale. I nawet nie myślą o powiększeniu rodziny – mówi Joanna Drosio-Czaplińska, psychotraumatolog.

Lekarze niewiele robią sobie z obowiązującej od lipca 2015 r. ustawy gwarantującej bezpłatne znieczulenie przy porodzie. Przed lipcem 2015 r. przysługiwało wyłącznie tym kobietom, które ze względu na wskazania medyczne nie mogły rodzić naturalnie. Teraz powinna otrzymać je każda rodząca, płaci za to NFZ, świadczenie jest gwarantowane w ramach składki. W rzeczywistości lekarze na oddziałach ginekologicznych nagminnie odmawiają znieczulenia. Tłumaczą się zbyt małą liczbą anestezjologów. Znów – najbardziej pokrzywdzone okażą się mieszkanki małych miejscowości. Te w wielkich aglomeracjach częściej znają swoje prawa, wiedzą, gdzie mogą się udać, jeśli nie są respektowane. W prowincjonalnych szpitalach praktycznie nie istnieje pojęcie porodu z uśmierzonym bólem. – W dodatku kilka miesięcy temu minister zdrowia jeszcze zliberalizował przepisy w tym zakresie – mówi dr Sylwia Spurek, zastępca rzecznika praw obywatelskich. – Na tym przykładzie widać, jak daleko prawo w teorii rozmija się z prawem w praktyce.

Prócz znieczulenia, właśnie znikają także standardy, jakie udało się w szpitalach wprowadzić dzięki akcji „Rodzić po ludzku”. Decyzją ministra zdrowia tylko od danego szpitala będzie zależało, czy ich przestrzega i w jakim zakresie.

Tysiąc gwałtów, jedna aborcja

W prawie międzynarodowym zmuszenie kobiety do donoszenia uszkodzonej ciąży jest traktowane jak tortury. Potwierdzają to wyroki, które zapadały przed sądami ONZ, Rady Europy i Unii Europejskiej. Ostatni, z czerwca 2016 r. w sprawie Amandy Mellett, rozpętał w Irlandii ogromną narodową dyskusję na temat granic, do których może posunąć się państwo wobec kobiety. Uznano, że została poniżona i nieludzko potraktowana, a Irlandia złamała prawa człowieka. Premier Irlandii osobiście ją przepraszał, podobnie minister zdrowia. Wypłacono jej odszkodowanie. ONZ zobowiązała Irlandię do zmiany prawa i zapobieżenia podobnym przypadkom na przyszłość. Powstały złożone z wybranych obywateli grupy robocze, które mają pracować nad ulepszeniem prawa. W Polsce podobne postępowanie dyrektora szpitala położniczego Bogdana Chazana nie spotkało się z większymi konsekwencjami, a sam profesor zasiada na konferencjach medycznych obok ministra zdrowia jako fetowany gość.

Kobiety, nawet jeśli znają swoje prawa, to boją się je egzekwować albo wręcz nie wierzą, że znajdą pomoc. Na 2 tys. zgłoszonych gwałtów tylko dwie kobiety poprosiły prokuraturę o zgodę na usunięcie ciąży. Tej jesieni ultrakatolickie organizacje próbowały przeforsować najbardziej drastyczną ustawę antyaborcyjną na świecie. Kiedy projekt trafił do Sejmu, większość pisowska – jak pamiętamy – nie odrzuciła go w głosowaniu, tylko skierowała do prac w komisjach (choć ostatecznie został odrzucony).

W ustawie aborcyjnej zapisano przed laty prawo do edukacji seksualnej. Teraz nową podstawę programową dla szkół napisała ekspertka Radia Maryja. Jednocześnie wiadomo, że wiele młodych Polek nie zna metod antykoncepcji. Co trzecia kobieta nie stosuje żadnej metody zapobiegania ciąży, wielu nie stać. Nowoczesne środki nie są refundowane przez państwo, jak w Hiszpanii, Estonii czy Francji. Lekarze przepisują czasem refundowane leki hormonalne, z założenia stosowane w endokrynologii i dermatologii, których skutkiem ubocznym jest działanie antykoncepcyjne. Są to leki bardzo stare, mające wiele działań niepożądanych, nieprzeznaczone do ciągłego stosowania przez kilka miesięcy, a nawet lat. – Mimo obowiązku sporządzania sprawozdań rząd nie bada, ile kobiet korzysta z antykoncepcji – wyjaśnia dr Sylwia Spurek. – Polskie kobiety już w teorii mają dużo mniej praw niż mieszkanki wielu innych krajów. I nic nie wskazuje na poprawę.

Starość i długi

Jeśli chodzi o świadome wstrzymywanie się z decyzjami prokreacyjnymi, Joanna nie jest wyjątkiem. – Gdyby dzietność w Polsce zależała tylko od planów i chęci, Polska nie stawałaby się dzisiaj domem starców – mówi Ewa Rumińska-Zimny, ekspertka ONZ ds. gender. – Niemal wszyscy wchodzący w dorosłość deklarują, że chcą mieć dzieci. Prawie połowa chciałaby nawet dwójkę. Na marzeniach się jednak kończy, bo polityka prorodzinna, wsparcie kobiet, nie istnieją.

Od 16 lat w Europie wprowadzana jest Strategia Lizbońska. Ma jasny cel: poprawienie sytuacji kobiet, zwiększenie ich aktywności zawodowej i niezależności. Jeden z pierwszych zapisanych w niej wniosków to zwiększanie liczby żłobków i przedszkoli. W Polsce, z konieczności, dzieci zostają z mamami w domach, nie mają szans na żłobek czy przedszkole, a teraz, dzięki spełnieniu przez PiS jednej ze sztandarowych obietnic wyborczych i wycofaniu obowiązku edukacyjnego dla sześciolatków, najpóźniej w Europie pójdą też do szkoły.

Zaledwie 4 proc. dzieci ma szanse na miejsce w żłobku; w Skandynawii – ponad 80 proc. Również w dostępności do przedszkoli zamykamy europejską stawkę. Od września 2015 r. – zgodnie z europejską dyrektywą – każde czteroletnie dziecko powinno mieć zapewnione miejsce w przedszkolu, a od stycznia 2016 r. również trzyletnie, ale to teoria. W praktyce w przedszkolach nierzadko nie ma miejsc dla pięciolatków.

Od lat zajmujemy więc ostatnie miejsca w tabeli przyrostu demograficznego. Mamy jeden z najniższych na świecie wskaźników dzietności: według danych Eurostatu i CIA World Factbook to 215. miejsce na 224 badane kraje. Eksperci studzą też optymizm rządzących i przestrzegają, że sztandarowy pomysł PiS 500+ nie tylko nie poprawi demografii, ale też wpłynie bardzo negatywnie na sytuację kobiet. – To jest zasiłek, a nie kompleksowy program. Zasiłki uzależniają, rozleniwiają, utrudniają powrót do pracy i zmniejszają atrakcyjność kobiety na rynku zawodowym – wylicza Ewa Rumińska-Zimny. – Gdy dzieci osiągną 18 lat, zasiłek się skończy. I nagle nie będzie dodatkowego wsparcia. Co wtedy zrobi mieszkanka małej miejscowości, nieaktywna zawodowo od wielu lat, która zostanie pozbawiona istotnej części swoich przychodów?

Kobiety opiekują się też – często przez wiele lat – niepełnosprawnymi i wiekowymi członkami rodziny. W efekcie te, które przez dłuższy czas nie pracowały, dostają głodowe emerytury. Pracują krócej, a więc odprowadzają niższą składkę, a – znów z krzywdą dla kobiet – umówiliśmy się, żeby to, co uzbierają, dzielić na przewidywane dalsze lata życia z podziałem na kobiety i mężczyzn. Ale już nie na mieszkańców miast i mieszkańców wsi, terenów zanieczyszczonych i ekologicznych itd. Kobiety dożywać będą więc w coraz większym ubóstwie i coraz gorszym zdrowiu.

Głową w szklany sufit

Zanim jednak wylądują na głodowej emeryturze, kobiety muszą się zmierzyć z niesprawiedliwością panującą na rynku pracy. Te, które pracują, zdecydowanie przewyższają w wykształceniu zatrudnionych mężczyzn. – Często mamy przekonanie, że edukacja pomoże nam przebić szklany sufit – mówi Małgorzata Fuszara, prawniczka i socjolożka, była pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania. – Podnosimy kwalifikacje, jednak na rynku pracy nie jesteśmy w stanie przeskoczyć pewnych barier. Różnica między pensjami kobiet i mężczyzn widoczna jest niemal na wszystkich szczeblach, niezależnie od stażu pracy. Im wyższe stanowiska, tym większe dysproporcje. Z analiz Sedlak&Sedlak wynika, że kobiety ze stażem pracy między 6 a 8 lat, które zajmują stanowiska dyrektorskie, otrzymują przeciętnie 68 proc. wynagrodzenia mężczyzn z identycznym stażem. Te liczby się spłaszczają, jeśli porównamy pracowników fizycznych, robotnice i robotników z fabryk, osoby bez wyższych kwalifikacji.

To kobiety częściej są zatrudniane na umowach śmieciowych. Nie mają więc prawa do urlopu i płatnego zwolnienia chorobowego. Właśnie dlatego tak chętnie pracodawcy podtykają pracownicom śmieciówki – żeby nie ponosić żadnych kosztów w związku z zajściem kobiety w ciążę. To nie do pomyślenia np. w Holandii, gdzie pracodawcy oferują kobietom rozwiązania elastyczne, najbardziej wygodne do ich sytuacji życiowej, niezależnie od sprawowanego stanowiska.

Część kobiet odeszła z pracy, gdy wprowadzono 500 plus. Uznały, że mogą sobie pozwolić na podziękowanie pracodawcom, którzy płacili im wedle najniższych stawek, nierzadko skrajnie je wykorzystując. Niby dobrze, ale nie do końca. Bo niepracujące dziś, w przyszłości skazują się na nędzę.

Sytuację Polek aktywnych miały poprawić tzw. parytety. Podobne mechanizmy wyrównywania szans funkcjonują w kilkudziesięciu krajach świata, jednak u nas ich wprowadzanie idzie wyjątkowo opornie. W styczniu 2011 r. udało się wprowadzić tzw. ustawę kwotową, w myśl której na listach wyborczych do Sejmu RP, sejmików wojewódzkich, rad powiatów i większych miast musi się znaleźć minimum 35 proc. kandydatek. Przy układaniu list wyborczych kobiety wciąż dostają niższe pozycje. Nie istnieją żadne jasne kryteria decydujące o umiejscowieniu kandydatów na listach. To arbitralna decyzja liderów partii.

Islandki przykład dały

Czy Czarne Protesty zmienią coś w sytuacji kobiet? Tylko wtedy, gdy z pospolitego ruszenia przekształcą się w trwałą strukturę ponadpartyjną, zdolną do odpalenia kolejnej bomby, i to w trybie niemal natychmiastowym. Do załatwienia są dziesiątki mniejszych i większych spraw. Żadna partia, czy to z prawa, czy z lewa, nigdy się do rozwiązania realnych problemów kobiet nie paliła.

Demokracja to podobno rządy większości, kobiety stanowią połowę. W Islandii w 1975 r. 90 proc. kobiet zastrajkowało na jeden dzień. Rok później tamtejszy parlament przyjął ustawę równościową, która stała się podwaliną do stworzenia najbardziej równościowego prawa na świecie. Pięć lat później, po raz pierwszy w historii, kobieta stanęła na czele islandzkiego rządu. Dzisiaj Skandynawia jest wzorem dla innych państw w kategorii przestrzegania praw kobiet. Zdaniem Ewy Rumińskiej-Zimny Polska powinna również dążyć do takiego modelu.

Wciąż słychać głosy, że kobiety nie mają prawa narzekać, bo przecież przez ostatnie dziesięciolecia ich sytuacja bardzo się poprawiła. Mogą głosować, studiować na uniwersytetach, robić karierę w biznesie, a nawet w polityce (dowód koronny: premier Beata Szydło). To wszystko prawda. Jednak kiedy spojrzeć na przepaść, która dzieli nasz kraj w zakresie praw kobiet i ich przestrzegania od Kanady, Islandii czy Norwegii, nie ma zbyt wielu powodów do optymizmu. A jest mnóstwo do zrobienia. Świat wolnych kobiet niepokojąco Polkom ucieka.

***

Autorka jest dziennikarką TVN24.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską o życiu i jazzie Krzysztofa Komedy

Poginęli i poumierali z dezynwoltury, którą powodował alkohol, ale też z pecha i bezczelności – mówi o ponurej serii zapoczątkowanej śmiercią Krzysztofa Komedy Magdalena Grzebałkowska, autorka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”.

Jakub Knera
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną