„Sztuka kochania” wyrosła nie tylko z praktyki lekarskiej, ale także z jej własnego życia
Łóżko w socjalizmie przykrywał grzech korzeniami jeszcze przedwojenny: nie wypada, czy to aby nie zboczenie, rozpasanie, rozpusta, perwersja, nienormalność, wyuzdanie.
Grób seksuolog Michaliny Wisłockiej na Cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie
Mateusz Opasiński/Wikipedia

Grób seksuolog Michaliny Wisłockiej na Cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie

Mirosław Gryń/Polityka

Kobiety, które przychodziły do gabinetu dr Michaliny Wisłockiej w latach 60., mówiły: tu mnie boli i pokazywały palcem gdzie. Przyjście do seksuologa, już z absolutnego musu, było wstydem nieludzkim. Nazwanie tego miejsca – też. Teraz używa się nazw anatomicznych i tyle. Seks przestał być tabu, choć na pewno nie dla wszystkich. Ile w tym zasługi napisanej przez Wisłocką „Sztuki kochania”? W plebiscycie POLITYKI czytelnicy uznali ją za jedną z najważniejszych książek epoki PRL.

Lekarką została Wisłocka właściwie przez przypadek, a ściślej – przez małżeństwo. W 12 roku życia zakochała się w starszym od siebie o 4 lata Stanisławie Wisłockim, a wyszła za niego mając niecałe lat 17. On został bakteriologiem. Gdyby nie dzielona z mężem fascynacja mikroskopem i obserwowaniem świata na szkiełku w powiększeniu, lekarzem pewnie by nie została. Napisałaby jakieś inne książki, bo słowa szły jej składnie od początku, jeszcze w liceum.

Po trzecim roku studiów na medycynie kazano jej przerwać naukę: ma jechać jako felczer na wieś. Ojczyzna gwałtownie felczerów potrzebuje. Udało się jakoś wyrok oddalić. W 1946 r. Wisłocka skończyła studia.

W Warszawie zaczęła pracę w Towarzystwie Świadomego Macierzyństwa, przyjmowała pacjentki w przychodni przy placu Trzech Krzyży w Warszawie. Gromadziła doświadczenia, obserwacje, dużo czytała. Powoli zaczęła powstawać „Sztuka kochania”. Ukończyła ją koło roku 1970.

„Sztuka kochania” bez cenzury?

Drogę do druku miała „Sztuka kochania” jak po grudzie. Partyjni decydenci, którzy nie wiedzieli, co z maszynopisem począć (obraża moralność socjalistyczną czy nie obraża?), odetchnęli zapewne z ulgą, kiedy przeczytali krytyczne recenzje autorstwa dwóch uznawanych uczonych od seksu – prof. Mikołaja Kozakiewicza i Kazimierza Imielińskiego. „Autorka musi liczyć się z kulturą i tradycjami polskiego społeczeństwa. W całej popularnej literaturze światowej nie widziałem ponad 100 stron na temat stosunku i orgazmu. Tekst sprawia, że autorka wyżywa się sama pisząc te smakowite strofy”. „Książka wymaga redukcji gadulstwa i smakoszostwa, trącącego dla czytelnika erotomanią. Autorka będzie musiała bronić się przed zarzutem uprawiania pornografii pod płaszczykiem informacji (w naszych warunkach kulturowych oczywiście)”.

Wisłocka zaniosła jednak tak skrytykowany maszynopis do wydawnictwa Iskry. Ówczesny naczelny Jerzy Wittlin krzyknął tylko z oburzeniem: Mowy nie ma! Nie w dzisiejszych czasach! Tak więc nic do książki zdawało się nie pasować – ani redaktorzy, ani partia, ani czasy, ani społeczeństwo.

Minęło sześć lat, w ciągu których maszynopisy wyciekły z partyjnych schowków i kursowały między piętrami, zaczytane w końcu do białości: ludzie partii byli pierwszymi czytelnikami Wisłockiej.

Zmienił się decydent od kultury i zmienił szef wydawnictwa. Wisłocką odwiedził znajomy dziennikarz, jeszcze kolega z gimnazjum, i powiedział: Pójdę do szefa Iskier, może nim się połapie, to książkę puści. Połapał się, lecz postanowił puścić. Poszedł do ministra. Polecam spokojną książkę dla małżeństw – mówi. Poduczą się i nie będą się prać po głowach. Dobrze, mówi minister, ale dajcie na okładkę pannę młodą w wianku i pana młodego w ślubnym garniturze, jak dla małżeństw, to przecież żadna rozpusta.

Rygiel w KC puścił. W 1976 r. książkę skierowano do druku. Ale zaczęły się nowe kłopoty. Te rysunki, jęczeli cenzorzy. Więc kazano wszystkie zmniejszyć, żeby się tak bezwstydnie nie rzucały w oczy. Jeszcze mniejsze i jeszcze mniejsze. W końcu pary wyglądały jak bliźnięta syjamskie. Pomaluj dla odróżnienia mężczyznę na czarno, a kobietę na biało – poradziła grafikowi Wisłocka. No dobrze, ale dlaczego ona, w różnych pozach, kocha się z Murzynem? – dziwili się potem czytelnicy.

Najbardziej oczekiwana książka PRL

Polska rzuciła się na „Sztukę kochania” jak głodny pies na kość. Nakład 100 tys. egzemplarzy wykupiono w dwa dni. Sprzedawano przepisywane na kalce i powielane egzemplarze na bazarze w towarzystwie cytryn i cielęciny.

Gdyby stało się to dzisiaj (choć nie sposób sobie wyobrazić, co to za książka mogłaby być), w bój poszłyby zastępy okołoradiomaryjne. A wtedy – nie. Inne siły ruszyły do ataku. „Słuszne oderwanie się od rygoru etyki religijnej nie zawsze oznacza zbliżenie do etyki socjalistycznej. U dr Wisłockiej jest to grawitowanie ku innej krańcowości – w kierunku liberalno-hedonistycznej etyki burżuazyjnej” – pisał do POLITYKI jeden z czytelników.

Sama POLITYKA powitała dzieło Wisłockiej z satysfakcją i uznaniem. Inne pisma nieźle po „Sztuce kochania” jeździły. Oburzenie wywoływało zwłaszcza twierdzenie autorki, że masturbacja nie jest szkodliwa i nikogo ani niczego nie uszkadza. Jak i to, że jeśli kobieta i mężczyzna tu mają za krótko, tam za długo, tu za wąsko, tam za grubo, to powinni tak się ułożyć, żeby się do siebie dopasować. „Uprzejmie proszę o odpowiedź, jakie prawo pozwala tej pani nazywać sprawy najwznioślejsze – świetną i atrakcyjną zabawą” – pisał oburzony czytelnik do ówczesnego pisma „Perspektywy”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną