Złodzieje węgla na Śląsku nie próżnują

Zima węglowych ludzi
Jak odpowiesz żonie na takie życiowe pytanie: ukraść czy zamarznąć?
Istnieje przyzwolenie społeczne na kradzieże węgla z pociągów.
Irek Dorożański/Edytor.net

Istnieje przyzwolenie społeczne na kradzieże węgla z pociągów.

Worki z kradzionym węglem
Krzysztof Matuszyński/Edytor.net

Worki z kradzionym węglem

audio

AudioPolityka Marcin Kołodziejczyk - Zima węglowych ludzi

Tu jest Śląsk, wszędzie dokoła kopalnie i tory kolejowe, którymi pociągi wożą węgiel do kontrahentów. Tory są stare, dlatego na łukach pociągi muszą zwalniać, a nawet stawać. Wtedy jest ten moment ciszy, że się wskakuje na wagon i łopatą zrzuca się górkę węgla na ziemię. Potem zeskok, czeka się za krzakiem, żeby pociąg odjechał, ładuje się węgiel do mieszka i niesie do domu. A obok biegną inni i też niosą węgiel z torów. Jak rano na Śląsku nie dymi się z komina, to znak, że stało się coś złego.

***

Węgiel podsypany do pieca, przed ósmą rano już gotują się kartofle u Damiana*. Na ulicy Barlickiego w Lipinach spokój upadku, ani jednego człowieka w polu widzenia, wszystkie sklepy, oprócz dwóch, od lat nieczynne, wystawy zaspawane zardzewiałą blachą. Wśród plajt punkt detalicznej sprzedaży węgla, który kiedyś tu działał. Matka Damiana mówi, że ta zima pierońska, mróz nie chce odpuścić i dlatego trzeba się poniżać na torach kolejowych. A przecież w familokach dokoła dużo jeszcze ludzi pamięta dobrobyt z czasów pobliskiej kopalni Polska, kiedy górnik był pan. Polska nieczynna od 20 lat.

Damian przyniósł węgiel w dwóch reklamówkach z Lidla. Podobno nawet nie widział pociągu, po prostu przeszedł torowiskiem i uzbierał leżący węgiel. Leży, to niczyj – mówi. Damian złożył reklamówki w kostkę, jeszcze się przydadzą. Lipiny niby takie puste, a rano dym nad dachami jak trzeba, czyli jest życie w mieszkaniach i jest ciepło. Dobiega także z wnętrz walenie metalu o metal, to złomiarze łupią dzielnicę dom po domu. A niektórzy złomiarze rano byli po węgiel na torach i jutro pójdą znowu.

***

W połowie stycznia tego roku na szlaku w Piekarach Śląskich stanął nocny pociąg z węglem. Rano było wiadomo: 7 wykolejonych wagonów, jeden przewrócony; opóźnienia; wina złodziei węgla. Pociąg podobno jechał do Warszawy i teraz w Piekarach i Bytomiu ludzie rozpolitykowani – na co warszawce węgiel, jeśli się boi smogu i tylko by zamykała kopalnie? Niech się rząd ogrzeje ruskim gazem. Wszystko przez biedę i zimno. Albo: „dobra zmiana” nic ludziom nie dała i mają rację, że sobie sami wezmą węgla. Albo: poprzedni rząd doprowadził ludzi do biedy i muszą kraść. Konkluzja taka, że każdy rząd okradał Śląsk z węgla.

***

Pociąg w Piekarach wykoleił się w miejscu, w którym rzadko dochodziło do kradzieży węgla z wagonów, sprawę bada specjalna komisja, bo nic jeszcze nie jest jasne, ale gazety i telewizje już podały – złodzieje węgla zaatakowali. Szacunek dla sprawców jest znaczny i przeważa nad potępieniem. Nie ukradli – mówi się w domu rodziny W. w siemianowickiej dzielnicy Bytków – sprywatyzowali. Dom W. opalany jest węglem i drewnem, z okien widać przejeżdżające pociągi towarowe. Dziadek przepracował pół życia na dole w KWK Siemianowice. Syn W. też zaczął tam pracować, rzęsy mu się ledwo co zdążyły zabarwić na czarno. Wszyscy ich znajomi byli znajomymi z kopalni, po szychcie chodziło się na piwo porozmawiać, pociągi woziły ich węgiel, była duma i były deputaty, a kopalnia poszła do likwidacji 20 lat temu. Znajomi dostali odprawy i przykro było patrzeć, jak niektórzy przychodzili się żegnać, bo wyjeżdżali. A niektórzy się wykolejali i całkiem kończyli przez gorzałę.

Tymczasem pociągi z węglem jeździły pod oknami po staremu, znaczy się ktoś inny wydobywał ich węgiel. Kilka lat temu policja nazywała Siemianowice stolicą kolejowych złodziei węgla. Przy pociągach dawni górnicy i ich dzieci spotykały się z grupami hurtowników z przestępczości zorganizowanej. Były czasy dużych usypów – otwierało się wagony, wypadały setki ton i znikały w ciągu nocy. Dochodzeniówka przyjeżdżała, na przykład na ulicę Krótką, Boczną i Hutniczą, gdzie familoki, ale nikt nie wiedział o kradzieżach.

Bo tutaj się nie nazywało tego złodziejstwem. Były same Janosiki. Mieli marznąć?

***

Wojnę węglową na torach Śląska sprzed kilku lat wspominają policjanci i strażnicy ochrony kolei – szło na śmierć i życie. Walki zaczynały się jesienią, przed sezonem grzewczym. Pociąg z węglem unieruchamiała ułożona w poprzek torów wersalka, lodówka, czasem manekin. Albo szyny były smarowane olejem. Albo przed jadącym pociągiem klękał człowiek i się żegnał w imię ojca i syna. Transport stawał bezradny, a wtedy dopadały go dzieci, jednym szarpnięciem wajchy otwierały wagony i uciekały. Na czujkach stały inne dzieci i przez komórki ostrzegały wspólników o ruchach służb mundurowych. Dlatego dzieci, że nieletnim nie groził sąd.

Potem była cisza, przyjeżdżały służby, spisywano raporty, liczono straty, opóźnienia pociągów towarowych sięgały setek minut; stawać musiały także pasażerskie. Żeby odblokować ruch, towarowy ruszał jak najszybciej, a usypany węgiel zostawał wzdłuż torów. Pilnowali go sokiści i policjanci, ale dookoła już trwało polowanie drapieżników – cywile z pustymi workami, z wózkami ręcznymi, z reklamówkami, samochody pełne ludzi, mężczyźni, kobiety i dzieci – kręciły się po nasypach, czaiły się w krzakach i w lesie, paliły papierosy, pokazywały strażnikom gołe tyłki. Ludzie z „dzielnic cudów”, jak się mówi na Śląsku na najbiedniejsze i najniebezpieczniejsze. Każda z dzielnic miała swój złodziejski myk – na przykład Czerwionka zatrzymywała pociągi, a Nędza usidlała je, kiedy zwalniały na łuku. Nędza była nieustępliwa, tamtejszych złodziei mundurowi nazywali KWK Nędza – bo Nędza kradła zawsze, nawet gdy na innych polach bitew śląskiej wojny węglowej panował wymuszony siłą rozejm.

***

Najkrwawsze potyczki toczyły się po 2010 r. – przeciw mundurowym szły armie złodziei węgla, jedna strona uzbrojona w broń ostrą, tonfy i psy, druga w kije bejsbolowe i też w psy. Służba Ochrony Kolei miała już wtedy grupy operacyjno-interwencyjne, szkolące się razem z policyjnymi antyterrorystami. Daniel Snopkowski, koordynator grup SOK, pamięta, jak w Gliwicach zaatakowała sokistów kilkunastoosobowa grupa złodziei – sokiści strzelali, przestrzelili napastnikowi biodro, ale tamci wciąż szli do przodu.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną