Tylko konia żal
Odszkodowanie za Kasztankę! Jak po blisko 80 latach odzyskać pieniądze za konia
Żyli z żoną apolitycznie w gminie Łapy na Podlasiu. Ona przy dzieciach, troszcząca się o znajomość historii oraz pacierzy. On gospodarz na 12 ha. Całe dekady Juliana Kuleszę dręczyła myśl o perspektywach utraconych nie ze swojej winy. Wypłynięcie, że tak powie, na szerokie gleby uniemożliwiła mu konfiskata konia na rzecz obrony Rzeczpospolitej w pierwszych dniach września 1939 r. A dobry koń był wówczas watr tyle, co dziś niemiecki traktor najnowszej generacji.
Gdy trzy lata temu usłyszał w telewizorze, jak nieznani mu bliżej kandydaci na premiera i prezydenta pięknie mówią o ojczyźnie, przypomniało się Kuleszy nasze zwycięstwo nad Niemcami. A skoro jego koń przysłużył się Niepodległej, mimochodem odżyła w nim wizja rekompensaty za konia. Tak przystąpił do swej ostatniej w życiu, korespondencyjnej, ofensywy.
W nadziei
Kiedy ugrupowanie, z którym ledwie sympatyzował, dochodziło do władzy, był już dojrzałym 90-letnim Polakiem, zalegającym przed plazmą z racji nadmiaru czasu. Kampania zbiegła się z pogrzebem żony, więc pustki zrobiło się jeszcze więcej. Julian Kulesza, przysłuchując się, młodniał.
Piękne to były bogoojczyźniane przemowy. O tym, jak wszystko, co dziś zepsute, będzie naprawione, a każdy obywatel załatwiany indywidualnie. Przypominały mu partyzanckie rozgrzewki do boju w podlaskich lasach (do tego wątku jeszcze powróci). Jakaś niedefiniowalna atmosfera uniesienia spowodowała, że miał w oczach łzy na myśl o szeroko rozumianej ojczyźnie.
Gdy w październiku 2015 r. ugrupowanie, z którym sympatyzował, pokonało niemrawych w mowie przeciwników, namyślił się złożyć wniosek o ekwiwalent za poniesione koszty działań wojennych 1939–45. Opatrznościowo się złożyło, że zwycięstwo wyborcze zbiegło się z porządkami przedświątecznymi, podczas których w jednym z kufrów po śp.