Społeczeństwo

Przerwany szlak

Jak Czeczeni przemycali Wietnamczyków przez polską granicę

Trzeci szlak przerzutu ludzi, nadbałtycki, prowadzi z Rosji przez lasy Litwy lub Łotwy, które mają granice strefy Schengen, do Polski. Trzeci szlak przerzutu ludzi, nadbałtycki, prowadzi z Rosji przez lasy Litwy lub Łotwy, które mają granice strefy Schengen, do Polski. Tomasz Rytych / Reporter
Wiosną kanały przemytu ludzi przez Polskę do zachodniej Europy zwykle się zaludniają. Jeden z nich, zwany nadbałtyckim, właśnie przestał istnieć, inne są rozpracowywane.
Polskim odcinkiem przerzutu zarządzała garstka Czeczenów mieszkających od lat w Warszawie.Agencja Wschód/Forum Polskim odcinkiem przerzutu zarządzała garstka Czeczenów mieszkających od lat w Warszawie.

Szlaki przemytu ludzi, wiodące przez Polskę, są trzy. Każdy o innym charakterze i dla innej klienteli.

Południowy, zwany „bałkańskim”, wiedzie z Syrii przez Irak, Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię, Chorwację, Węgry, Austrię, potem przez Słowację i Czechy do Polski – i dalej do Niemiec, Szwecji lub Finlandii. Tym szlakiem nielegalni migranci, głównie z Bliskiego Wschodu, wjeżdżają do Polski w naczepach tirów, mknących autostradami dalej na Zachód. Dla organizatorów przemytu tą drogą, mieszkających legalnie w Niemczech czy Austrii, jak i dla pracujących dla nich kierowców tirów, Polska to tylko kraj tranzytowy. Straż Graniczna nawet nie próbuje szacować skali ani stopnia wykorzystywania tego szlaku, bo nie da się zatrzymywać i kontrolować wszystkich wjeżdżających z południa ciężarówek, których są tysiące dziennie. Wpadki zdarzają się w zasadzie tylko przypadkiem, jak ostatnio w lutym, gdy na parkingu przy autostradzie A4 w Opolskiem, niedaleko Niemodlina, funkcjonariusze Straży Granicznej w ramach rutynowej kontroli otworzyli naczepę tira na tureckich tablicach i odkryli w środku 13 nielegalnych imigrantów – Syryjczyków, Irakijczyków i Turków, w tym dwoje dzieci w wieku 4 i 5 lat. Według dokumentów przewozowych tir wiózł części samochodowe do Szwecji. W środku, między paletami, były prowizoryczne posłania, koce i śpiwory.

Moskiewska centrala

Druga trasa przerzutowa to Rosja, Ukraina, Białoruś, Polska i dalej zachodnia Europa. W marcu tego roku zatrzymano nową grupę polsko-czeczeńską, która organizowała tą drogą przerzut ludzi, głównie z Zakaukazia, na Zachód. Patent był prosty – na granicy polskiej ludzie występowali o status uchodźcy, ale zamiast udać się do ośrodka, wsiadali do podstawionych przez organizatorów przerzutu aut czy taksówek i tak docierali prosto do Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii.

Trzecim szlakiem jest właśnie nadbałtycki, prowadzący z Rosji przez lasy Litwy lub Łotwy, które mają granice strefy Schengen, do Polski – z przystankiem w Warszawie. Wykorzystywany jest głównie do przerzutu na Zachód Wietnamczyków, którzy bez problemu dostają się do Rosji z uwagi na ułatwienia wizowe. Nielegalni imigranci są przewożeni pod granicę z Litwą bądź Łotwą i w kilku-, kilkunastoosobowych grupach, prowadzeni są przez przewodników przez dobrze strzeżoną zieloną granicę Rosji z Litwą, i dalej, lasami, w kierunku granicy Polski. Blisko polskiej granicy odbierają ich auta z polskimi kierowcami i zabierają do Warszawy – po kilka osób, żeby nie rzucać się w oczy. Przez lata na tym szlaku wpadali co najwyżej kierowcy wiozący imigrantów.

– Jeżeli sprawa nie ma szerszego kontekstu, mamy kierowcę, który wiezie pięciu Wietnamczyków, na tym sprawa się zwykle kończy, nie ma żadnego postępowania karnego – przyznaje funkcjonariusz operacyjny Straży Granicznej.

Samo organizowanie przemytu w Kodeksie karnym obwarowane jest warunkami: „używając przemocy, groźby, podstępu lub we współdziałaniu z innymi osobami”. A gdzie tu groźba, przemoc, podstęp? Kierowca powie, że dostał telefoniczne zlecenie, odebrał ludzi z punktu A, wiezie do punktu B, i tyle. „Współdziałanie z innymi osobami” wymaga zmowy osób co najmniej trzech. Jak takiemu kierowcy złapanemu na drodze z nielegalnymi imigrantami udowodnić, że brał udział w procederze organizowania przemytu? – pyta retorycznie funkcjonariusz operacyjny. Dotarcie do organizatorów szlaku wymagało dwóch lat pracy operacyjnej i funkcjonariuszy działających pod przykryciem, którzy przedostali się do hermetycznej grupy, tworzonej głównie przez Czeczenów. W rozpracowywanie grupy zaangażowane były też Służby Ochrony Granicy Państwowej przy MSW Litwy i Zarząd Operacyjny Głównego Zarządu Straży Granicznej Łotwy.

Polskim odcinkiem przerzutu zarządzała garstka Czeczenów mieszkających od lat w Warszawie. To dzieci uchodźców z czasów wojny rosyjsko-czeczeńskiej w latach 90. Wszyscy wykształceni, roczniki 80., bez stałych dochodów, jak podawali potem do protokołów – utrzymujący się z prac dorywczych, zero majątku, mieszkania wynajmowane, związani ze środowiskiem sportów walki, MMA. Według śledczych szefem był 32-letni Umar T., trener sportów walki. Latem ubiegłego roku podczas kontroli drogowej okazało się, że jest poszukiwany przez Litwę za organizowanie przemytu, został im wydany, obecnie przebywa tam w areszcie.

– Wpadł Umar, ale reszta działa. Struktura grupy jest tak zorganizowana, żeby w razie wpadki miał kto tę przestrzeń wypełnić. Bo grupa musi działać dalej, gdyż zapotrzebowanie na przerzuty i pieniądze ciągle płyną – zwraca uwagę prokurator Maciej Forkiewicz, szef lubelskiego wydziału przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej. – To duża, silna grupa z wieloma mocnymi ośrodkami, wszędzie, gdzie są skupiska czeczeńskie, bardzo mobilna, przemieszczająca się po całej Europie. Stery przejął najbliższy współpracownik w grupie – 30-letni Daut T., student na wydziale stosunków międzynarodowych, obecnie zatrzymany w areszcie. Obaj mają zarzut zorganizowania i kierowania grupą przestępczą. Reszta to wykonawcy konkretnych zleconych zadań. Na niższych szczeblach działało w sumie może kilkunastu Czeczenów, sami zaufani ludzie. Niektórzy zostali zatrzymani w ostatnich miesiącach, inni, rozpracowywani, zdążyli wyjechać na Zachód, zastąpiły ich nowe twarze. – Oni wszyscy to byli jednak tylko żołnierze, bo prawdziwi szefowie, centrala, znajdują się w Moskwie – mówi Maciej Forkiewicz. – To Moskwa decydowała o stawkach, terminach i miejscach, skąd i kiedy trzeba odebrać imigrantów, o tym, jak wielu przerzucano i jakich samochodów używano, stamtąd szły niekiedy nawet polecenia, żeby kierowcy zabrali ze sobą podstawowe produkty żywnościowe, bo trzeba tam na miejscu podtrzymać imigrantów przy życiu.

Bo też bywało, że po nadbałtyckich lasach kręcono się całymi tygodniami – choć innym razem „zaledwie” trzy dni i cztery noce. Moskwa inkasowała gotówkę z góry, po ok. 15 tys. dol. od głowy. Bezpośrednim łącznikiem z Moskwą i nadzorcą działalności grupy w Polsce, prowadzącym rozliczenia, był Risvan Ch., zwany Austriakiem. – Czeczen z kartą stałego pobytu w Austrii, przyjeżdżający do Polski jeepem na austriackich blachach. Koordynował, decydował, rozliczał i też sam organizował. Został aresztowany, ma zarzut kierowania grupą przestępczą. Oraz zarzut przemytu 24 obywateli Wietnamu – dodaje Florkiewicz.

Polski łącznik

Jedynym Polakiem włączonym przez Czeczenów do grupy był 44-letni emerytowany pułkownik Żandarmerii Wojskowej, szef szkolenia Krzysztof G. Jego zadaniem było zorganizowanie transportu i kierowców, którzy mieli odbierać z lasu nielegalnych emigrantów i przywieźć ich na miejsce. Jest w areszcie, z zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Krzysztof G. w 2012 r. sam został zatrzymany jako taksówkarz pod Frankfurtem nad Odrą podczas przewożenia trzech nielegalnych Czeczenów. Przyznał się do przemytu, za co dostał 400 euro grzywny. Teraz Krzysztof G. już sam szukał kierowców. Koleżance z korporacji taksówkarskiej za zwerbowanie kierowcy dał 11 tys. zł, ale kobieta szybko wycofała się z interesu. Pułkownik szukał przewoźników przez ogłoszenia. Podczas przeszukania w jego mieszkaniu zabezpieczono notatki, wycinki prasowe, informacje dotyczące osób, które oferowały usługi transportowe. – Przekaz był prosty. Pełna dyspozycyjność, dostajesz telefon i masz odebrać grupę osób ze wskazanego miejsca. Kierowcy dostawali po 10–15 tys. zł za wyjazd. Tak dla grupy pracowali kierowcy z Kalisza czy Łodzi – mówi prokurator.

Sygnał do drogi zawsze nadawała Moskwa. Stamtąd monitorowano na bieżąco, w którym miejscu przeprawy znajdują się przewodnicy z grupą. Kierowcy dostawali sygnał, że za 2–3 dni będzie wyjazd, czekali w pogotowiu. Gdy grupa zbliżała się już do polskiej granicy, kierowcy dostawali esemesa ze współrzędnymi geograficznymi celu – miejscem odbioru emigrantów i godziną. Ruszać musieli natychmiast. – Informacja, kiedy i gdzie mają się pojawić, celowo była przekazywana im w ostatniej chwili – mówi oficer operacyjny Straży Granicznej. Nie wszystkie grupy, na których czekali kierowcy, docierały do celu. Bywało, że 20–30 osób znikało. Dlaczego? – Nikt z kierowców się o to nie pytał – opowiada funkcjonariusz. Wiadomo, że zdarzały się przypadki porzucania grup przez przewodników, część zaliczała wpadkę na terenie Rosji.

Miejsce odbioru imigrantów nigdy się nie powtarzało. Czasami było to szczere pole czy przecinka w lesie. Na miejscu okazywało się niekiedy, że grupy docierały wyczerpane, miały za sobą dłuższe pobyty w lasach.

Kosowska dziupla

W Polsce grupy się rozdzielały. Kierowcy brali do samochodu tylko po kilka osób i przewozili do Warszawy albo do Wólki Kosowskiej, w pobliże centrum handlowego, pod największe skupisko Wietnamczyków w Polsce. Tam już czekali inni Wietnamczycy, którzy – za 100 zł od osoby – odbierali przywiezionych i przewozili dalej, do „dziupli”. Do mieszkań, w których przechowywano przez pewien czas nielegalnych emigrantów, często przed dalszą drogą. Dodatkowe 5 tys. dol. kosztowała przeprawa do Niemiec. Ilu ludzi, jak i przy czyjej pomocy pojechało dalej na Zachód, nie wiadomo.

Taką dziuplą okazało się np. mieszkanie bogatych wietnamskich biznesmenów w samym centrum Warszawy, gdzie przebywało jednocześnie ponad 20 osób, czy wolnostojący dom w Wólce Kosowskiej, na tyłach centrum handlowego. Za zaopatrzenie, wyżywienie uciekinierów odpowiadała już inna osoba. Tu z kolei łącznikiem między polskimi strukturami wietnamskimi a grupą czeczeńskich przemytników okazał się handlowiec Wanh P. ps. Ngoc. Też jest aresztowany.

W sumie w dwóch akcjach – jesienią 2016 r. i w lutym tego roku – zatrzymano kilkanaście osób: siedmiu Czeczenów, pułkownika, dwóch polskich kierowców, Wietnamczyka od dziupli i Ngoca. Służby litewskie zatrzymały kolejnych pięciu Czeczenów – członków grupy. Zdaniem prokuratora, choć urobek już jest duży, będzie ciąg dalszy.

Polityka 19.2017 (3109) z dnia 09.05.2017; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Przerwany szlak"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną