Moda na brzydkie warzywa i owoce

Warzywa gorszego sortu
Ogromna część plonów rolniczych marnuje się, bo nikt nie chce kupować brzydkich warzyw i owoców. To znak czasów: już nie wystarczy, że jedzenie jest zdrowe i smaczne. Co z tym zrobić?
Dyskryminacja mniej urodziwych warzyw i owoców jest konsekwencją supermarketowych wymagań, z drugiej strony karmi się też konsumenckim apetytem na doskonałość.
Mirosław Gryń/Polityka

Dyskryminacja mniej urodziwych warzyw i owoców jest konsekwencją supermarketowych wymagań, z drugiej strony karmi się też konsumenckim apetytem na doskonałość.

Okrutna sklepowa standaryzacja ma wielu rodziców, ale jednym z nich są obśmiewane przez eurosceptyków unijne regulacje handlowe z lat 90.
Mirosław Gryń/Polityka

Okrutna sklepowa standaryzacja ma wielu rodziców, ale jednym z nich są obśmiewane przez eurosceptyków unijne regulacje handlowe z lat 90.

Na pierwszy rzut poszły marchewki, buraki i kartofle. Popakowane w foliowe woreczki z napisem „Perfectly Imperfect” pojawiły się w styczniu na półkach jednej z sieci supermarketów. Na warszawskich Kabatach, w Łodzi, Wrześni, Malborku, Żarach, w dziewięciu innych sklepach. Tam, gdzie centrala zwietrzyła szanse na nawiązanie bardziej osobistej relacji z tymi wśród konsumentów, którzy dzielą się na forach internetowych swoim oburzeniem. Boli cię marnowanie żywności? Nie chcesz się do niego dokładać? To zainwestuj w odrzuconych. Tych, którym nie udało się do tej pory wcisnąć na supermarketowe półki – między równo wybarwione jabłka, identyczne nektarynki w plastikowych pudełkach, banany o kształcie pasującym do rynienek w systemach plastikowych półek.

Pomysł nie jest nowy. W 2013 r. jedna z francuskich sieci wprowadziła do sprzedaży Le Fruits et Legumes Moches, czyli brzydkie i o 30 proc. tańsze marchewki, pomarańcze i jabłka. Rozeszły się błyskawicznie; przez weekend sprzedano ich 1,6 tys. ton. I choć stoiska zniknęły ze sklepów po trzech dniach, coś się ruszyło. Brzydkie warzywa i owoce pojawiły się na sklepowych półkach m.in. w Wielkiej Brytanii, Holandii, Kanadzie i USA.

Piękno skalibrowane

Uroda generalnie jednak ma ogromne znaczenie. Bo choć w bilansie rolniczych strat liczy się wiele czynników (nieprzewidywalna pogoda, plagi szkodników, ceny skupu, brak wyćwiczonych w zbieraniu owoców rąk do pracy), ogromna część plonu, która mogłaby trafić na talerze, przepada właśnie z powodu wyśrubowanych standardów urody.

Okrutna sklepowa standaryzacja ma oczywiście wielu rodziców, ale jednym z nich są obśmiewane przez eurosceptyków unijne regulacje handlowe z lat 90. I chociaż rozporządzenie Komisji Europejskiej z 2008 r. zlikwidowało większość z tych kuriozalnych wymagań, wciąż istnieje grupa dziesięciu produktów rolnych, które – żeby dostać się do wielkoformatowego handlu – muszą wstrzelić się w ściśle określone oczekiwania dotyczące aparycji, rozmiaru i kształtu.

W Europie niełatwo jest być jabłkiem, pomarańczą, sałatą, brzoskwinią, truskawką. Wyjątkowo trudno – pomidorem, który, żeby zrobić supermarketową karierę, musi być idealnie wybarwiony, bez zielonej piętki czy cienia blizny. Można by powiedzieć: to tylko dziesięć produktów, bez przesady. Ta dziesiątka to jednak aż 75 proc. warzywno-owocowego obrotu w całej Unii, czyli to, co najchętniej kupujemy, zjadamy albo... wyrzucamy.

Ale i tym warzywom, które teoretycznie nie mają obowiązku zachowania określonego kształtu, wcale nie jest łatwo. Supermarketowi kontrolerzy jakości wciąż wywierają presję na dostawców. Brytyjska organizacja FeedBack przeprowadziła śledztwo, w wyniku którego okazało się, że w Kenii – poważnym dostawcy witamin dla Europy – nie ma rolników, którzy nie przechodziliby regularnie przez upokarzające i rujnujące finansowo doświadczenie odrzucenia całej dostawy. Bo strączki fasolki są zbyt krzywe, kukurydziane minikolby za krótkie, za długie albo zbyt grube. Niektórzy tracą w ten sposób nawet połowę zbiorów, a z obserwacji aktywistów wynika, że gęstość odmów jest wprost proporcjonalna do dynamiki sezonu. Gdy w Europie zaczynają się zbiory, w Afryce anuluje się zamówienia – pośrednicy wykorzystują więc to narzędzie do regulowania sytuacji na globalnym rynku, nie zważając na konsekwencje dla dostawców.

Potęga obrzydzenia

W Polsce też można to robić. Kontrolerzy jakości, którzy wpuszczają transporty do centrów dystrybucyjnych, mają potężną władzę. A rolnicy są często wobec ich decyzji bezradni. Jeden z mazowieckich producentów zieleniny pamięta, że nieraz zdarzało się, że auto wysłane z dostawą do supermarketu wracało z całą zawartością. – Kilkaset pęczków szczypiorku na przykład dlatego, że do jednej łodyżki przytulił się jakiś robaczek – mówi. Co z tym zrobić? Przejrzeć, przepakować? W gospodarstwie często nie ma na to czasu. Warzywa trafiają więc na kompost.

Problem nie jest jednak jednowymiarowy. Bo choć dyskryminacja mniej urodziwych warzyw i owoców jest oczywiście konsekwencją supermarketowych wymagań, z drugiej strony karmi się też konsumenckim apetytem na doskonałość. Tak naprawdę w wyścigu kosmetycznych zbrojeń biorą udział wszyscy: sprzedawcy, pośrednicy, rolnicy i my, klienci, którzy w poszukiwaniu papryki o idealnie gładkiej skórce jesteśmy gotowi przekopać się przez całą jej skrzynkę.

Z badań wynika, że tym, co poza ceną przyciąga niekiedy ku gorzej prezentującym się owocom i warzywom, jest przekonanie, że są zdrowsze niż ich doskonała konkurencja. Bo na przykład mniej pryskane. Ale i to działa na niewielu. – Często zastanawiam się, gdzie są ci wszyscy amatorzy ekologicznych owoców? – pyta Emil Wrotek, sadownik z Mazowsza, właściciel 10-hektarowego sadu jabłkowo-gruszkowego. – Uroda owoców nie bierze się przecież znikąd; to też efekt stosowania odpowiednich środków ochrony roślin i nawożenia. A pośrednicy biorą do detalu tylko najładniejsze owoce, minimum 70 mm, klasa lux. Wystarczy byle parch, ordzawienie, które jest efektem ubocznym przymrozków, i do widzenia. Co najwyżej: przemysł.

Hurtownicy, którzy odbierają owoce od producentów takich jak Emil Wrotek, dyktują nawet, jak duży ma być rumieniec w danym sezonie. Czasem ma zajmować minimum 30 proc. powierzchni owocu, a nagle, gdy okazuje się, że podaż wzrasta, 50 proc. Biada temu, kto starał się nie przeszarżować z fosforem podkręcającym czerwone wybarwienie. Zostaje ze swoimi bladymi jabłkami na lodzie.

Dr Karolina Hansen z Centrum Badań nad Uprzedzeniami na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego tłumaczy, że konsumenckie wybrzydzanie ma podłoże ewolucyjne: – Podobają nam się symetryczne twarze, ciała bez deformacji, gładka skóra. Wybieramy silnych, zdrowych partnerów, bo mamy z nimi większą szansę na zdrowe potomstwo. Przekładając tę zasadę na żywność, niechęć do niedoskonałych warzyw i owoców może wynikać z lęku przed zatruciem. – Wszystko widać w pierwotnych odruchach. Ktoś, kto doświadcza uczucia obrzydzenia, nawet gdy nie otwiera ust, krzywi się, wysuwając język do przodu – mówi dr Hansen. – To ewolucyjna pozostałość po próbie natychmiastowego odrzucenia pokarmu, który może zaszkodzić.

I choć z sondaży przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii wynika, że aż 48 proc. klientów deklaruje zdecydowanie przychylny stosunek do warzyw i owoców o kontrowersyjnej urodzie, wspólny projekt sześciu placówek badawczych z północnej Europy – w którym sprawdzano faktyczne reakcje niemieckich, holenderskich i skandynawskich konsumentów na produkty roboczo nazwane suboptymalnymi – pokazuje, że ta przychylność jest wybiórcza. O ile bowiem jesteśmy skłonni wybaczyć warzywom i owocom nietypowy kształt, o tyle skórka odbiegająca od doskonałości całkowicie dyskwalifikuje je w naszych oczach. Szybciej sięgniemy po krzywy ogórek, a nawet przeterminowany o tydzień jogurt (o ile będą odpowiednio tańsze) niż po jabłko o poznaczonej plamkami skórce.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną