Społeczeństwo

Obywatelu, bądź ekoistą!

Moda na miejską zieleń

Ogrody nad Zatoką Marina w Singapurze Ogrody nad Zatoką Marina w Singapurze Getty Images
Nie tylko właściciel ogródka, ale nawet parapetu może być ekoistą – działać egoistycznie i ekologicznie, czyli robić coś dla swojej korzyści i przyjemności, a zarazem poprawiać stan całego środowiska. Najlepiej zacząć już tego lata.
Nasi roślinni sprzymierzeńcy, od lewej: wierzbówka kipszyca, topinambur, sumak octowiec, lędźwian, rdestEast News/BEW Nasi roślinni sprzymierzeńcy, od lewej: wierzbówka kipszyca, topinambur, sumak octowiec, lędźwian, rdest
Nowy ul w miejskim ogrodzie na dachu w londyńskiej dzielnicy IslingtonDan Kitwood/Getty Images Nowy ul w miejskim ogrodzie na dachu w londyńskiej dzielnicy Islington
Uprawa dachowa w centrum kongresowym McCormic Place w ChicagoAntonio Perez/Chicago Tribune/TNS/Getty Images Uprawa dachowa w centrum kongresowym McCormic Place w Chicago
Projekt „pionowego lasu” w chińskim mieście NanjingStefano Boeri Architetti/AN Projekt „pionowego lasu” w chińskim mieście Nanjing
Zielone filary autostrady w SzanghajuPatrick Strattner/Getty Images Zielone filary autostrady w Szanghaju
Małe kroki w masowej skali mogą zdziałać naprawdę wiele.UIG/Getty Images Małe kroki w masowej skali mogą zdziałać naprawdę wiele.

Artykuł w wersji audio

Mamy w świecie naturalnych sprzymierzeńców. Drzewa, pomniejsze rośliny, żyjące na nich owady i zwierzęta. Każdy skrawek mchu czy metr kwadratowy liści oprócz tego, że wytwarza tlen, gromadzi też zanieczyszczenia. Krzaczek najzwyczajniejszej surfinii na drobnych, za to licznych, pokrytych meszkiem liściach zbiera aż kilkadziesiąt dekagramów pyłów i zanieczyszczeń pospalinowych. Każda domowa doniczka może współtworzyć łańcuch pokarmowy dla ginących owadów. I nie chodzi „tylko” o produkcję żywności (pszczoły zapylają ponad 70 proc. wszystkich upraw), lecz także o równie ważną walkę ze smogiem. Jeden balkon może zastąpić w roli filtra/natleniacza średniej wielkości drzewko, a modny „mebel miejski” – czyli instalacja plenerowa wykorzystująca specjalne gatunki mchu (pochłaniają pył, magazynują wodę, w okresie suszy nawilżają i dotleniają powietrze) – zastąpi kilkadziesiąt drzew.

Zieleń nie tylko zbierze kurz. Latem, w upały, schłodzi rozgrzane powietrze, a my oszczędzimy prąd, nim go na dobre zabraknie. W tym roku, 28 czerwca o godz. 13.30, nim letnie upały rozkręciły się na dobre, padł kolejny niepokojący rekord wysokiego poboru mocy z sieci energetycznej. Całej Polsce groziły przerwy w dostawach prądu. Główny powód – sztuczna klimatyzacja, nawiewy itd. włączone na pełną moc w milionach pomieszczeń. Zastosowane w tysiącach biurowców wielkie zielone markizy z pnączy walnie odciążyłyby tę klimatyzację. Ale i zwyczajne drzewa i trawniki redukują lokalnie upał nawet o kilkanaście stopni, bo osłonięty asfalt i beton nagrzewa się o wiele wolniej i osiąga znacznie niższą temperaturę.

Zieleń dla miast

Lato to czas niezwykle bujnej wegetacji. Czas roślin. Niektóre gatunki (np. odmiany ozdobnego rdestu) mają kilkanaście metrów przyrostu. Jak podkreśla Peter Wohlleben w książce „Sekretne życie drzew”, jeden metr kwadratowy lasu to aż kilkadziesiąt metrów kwadratowych powierzchni liści. W przypadku doniczek, skrzynek i rabatek ten przelicznik też jest imponujący. Efemeryczne ozdoby zwiędną jesienią, lecz w okresie lata – czyli szczególnie wzmożonego smogu – będą produkowały tlen i filtrowały, chłodziły i nawilżały powietrze. We wnętrzach mogą pracować okrągły rok. Stan polskiej zieleni jest jednak coraz gorszy. „Tajfun Szyszko lex” powalił ponad 3 mln drzew, tsunami koszenia, czyli pielęgnacja-degradacja trawników „do gołej ziemi”, trwa właśnie od gór aż do morza. „Jest porządek” wzdycha z ulgą większość rodaków, nie pamiętając o zjawisku fotosyntezy.

Szczęśliwie, powoli rośnie nam także wiedza o tym, jak zagospodarować zieleń dla własnego – i ogólnego pożytku. Świadomość, jak groźny świat właśnie sobie zgotowaliśmy, zaczyna powszechniej się przebijać. Krakowscy architekci w ramach światowego już trendu projektują imponujące „zielone dachy”, zastanawiają się nad bardziej masowym wykorzystaniem małych roślin doniczkowych. Na warszawskich i lubelskich dachach powstają miejskie pasieki, a przy autostradach – pierwsze zielone korytarze (których jednak wciąż jest stanowczo zbyt mało). Najszybciej rośnie jednak grono ekoistów, którzy robią coraz dziwniejsze rzeczy z roślinami, z roślin, dzięki roślinom. Oto krótki przegląd, dla inspiracji i wspólnego dobra.

Autostrady i drogi

Naszym wielkim, a wciąż niedocenianym sprzymierzeńcem w świecie smogu i spalin jest zwyczajny bluszcz. W Meksyku, specjalnie sadzony, obrasta filary autostrad. To prosty, skuteczny i tani sposób redukowania smogu, w przypadku Meksyku – rekordowego w skali świata. Bluszcz jest wielosezonowy, stale zielony i co ważne w naszym klimacie – wytrzymuje mróz i śnieg.

Przy drogach sprawdza się też amerykańska sosna żółta. Przyrasta powoli, jest wytrzymała na upał, jałową glebę, jej cienkie długie igły o kształcie rurek mają dużą powierzchnię i są odporne na pył. Jej płaskie korzenie (w przeciwieństwie do topoli, która rośnie równie szybko w głąb, jak w górę) nie rozsadzają asfaltu, chodników czy rur.

Inny rekordzista w konsumpcji smogu to po macoszemu traktowany sumak octowiec. Roślina też pochodzi z kontynentu amerykańskiego. Rozrasta się jak chwast, tworzy rozległą sieć korzeni z mnóstwem odrostów. Nadawałby się do uprawy między pasami autostrad. Oczywiście niezbędny byłby nadzór fachowych botaników, aby przeciwdziałać ekspansji na obszary chronione. Rdest sachaliński też szybko przyrasta, kwitnie efektownie i jest nektarodajny. Kontrolowane plantacje pełniłyby podwójną funkcję – ozdobną i ekologiczną.

Nasypy wiaduktów, pobocza, ziemię wzdłuż niekończących się rowów porasta dziś trawa, którą regularnie nawiedza prawdziwa plaga – latem, w największą suszę jest koszona do samej ziemi. Zamienia się wówczas w żółtoszarą, suchą jak pieprz powierzchnię. Na wypalonych słońcem plackach piasku natychmiast pojawiają się chwasty. W ten właśnie sposób w sam środek biotopu Rospudy z odległych okolic, niesione wiatrem, także wzdłuż torowisk kolejowych, trafiły nasiona parzącego, niebezpiecznego barszczu Sosnowskiego.

Place miejskie i podwórza

Trawniki są osobnym tematem. Walcząc ze smogiem (co roku na skutek chorób spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza w Polsce umiera ponad 40 tys. ludzi; w pierwszych miesiącach 2017 r. zmarło o 11 tys. osób więcej niż w tym samym okresie 2016 r., i jako jeden z istotnych podaje się stale zwiększający się smog), może warto zacząć od sprawy najprostszej – innej pielęgnacji przydomowej trawy? Trawniki to dziesiątki kilometrów kwadratowych. Ale czy zielone? Zwykle i te miejsca, podobnie jak skraje autostrad, kosi się przy samej ziemi. Ogłuszający sezon żniw zaczyna się w kwietniu, a kończy w listopadzie. Latem słońce wypala odsłonięte korzenie, zimą niszczy je mróz, trawa nie rośnie, lecz wegetuje w szczątkowej postaci pojedynczych kępek. „Pracuje” jedną tysięczną swoich możliwości. A gdyby tak część (naprawdę sporych) pieniędzy za koszenie przeznaczyć na podlewanie i rekultywację?

Wizytówką typowego traktowania miejskiej zieleni jest trawnik przy Zamku Królewskim w Warszawie. W połowie składa się z gołej ziemi, spalonej już na popiół, jednak całość jest koszona trzy razy w miesiącu. Nawet założona na warszawskim Powiślu „bieszczadzka łąka wielokwietna” (w ramach projektu artystycznego Karoliny Grzywanowicz) była ścięta dwukrotnie, jak wszystkie okoliczne trawniki. Zabija nas ta krótkowzroczna rutyna; kosiarki ryczą, a gwoli opłacalności zarzucono tymczasem zraszanie ulic, które obniża upał (chłodzi asfalt nagrzewający się do temp. 45 st. C), redukuje smog, a zwłaszcza zanieczyszczenia pyłowe.

Lato to czas remontów torowisk tramwajowych. W Warszawie to ponad 300 km. Zaledwie 17 km (15 odcinków na terenie całej aglomeracji) to „zielone torowiska”. Na betonowym podłożu i warstwie torfu rośnie mieszanka niskich traw. Rozwiązanie to, sprawdzone w kilku krajach (Francja, Niemcy, Holandia), jest tanie w montażu i eksploatacji (29 zł/1 m.b. w skali roku), ma szereg zalet nie tylko estetycznych. Warstwa ziemi i zieleni (15–22 cm) dogodna przy remontach (bo nie wymaga skuwania, łatwa do odtworzenia) tłumi hałas i drgania podłoża, pochłania smog, zatrzymuje opady, emituje tlen. Gdyby zagospodarować choć część torowisk kolejowych? Ileż to setek kilometrów zieleni!

Dachy i balkony

Skrzyknijmy więc antysmogowe pospolite ruszenie. Nie czekajmy na ustawy i programy unijne. Małe kroki w masowej skali i zmiana świadomości problemu mogą zdziałać naprawdę wiele.

Rozwój miejskich ogrodów, balkonowych winnic i pasiek jest coraz silniejszym trendem na całym świecie zmieniającym największe nawet metropolie. Liczne gatunki – roślin, ale też zwierząt – zdają egzamin „trzy w jednym” – jako oręż walki ze smogiem, część miejskiej zieleni i producent zdrowej żywności.

Poczynając od pszczół. To ogromnie ważny element ekosystemu. Pszczoły miodne, także dzikie zapylacze, w tym pszczoły samotnice, są niezbędne do lepszej wegetacji większości roślin. To nie przelewki: z 29 gatunków trzmieli część już wyginęła, a całość populacji pszczół zmniejszyła się o 95 proc. Wraz z nimi giną bezpowrotnie niektóre gatunki dzikich ziół i kwiatów, łąki i miedze nie są już tak kolorowe jak niegdyś. Trzmiele gwarantują znacznie większy plon pomidorów i o wiele lepszy smak, zwłaszcza pomidorów „malinowych”; czy wyobrażamy sobie nasz świat bez pomidorów?

Można pszczoły wspierać, stosując odpowiednie rozwiązania w architekturze. Misierka (Megachile) i spojnica lucernowa (Melitta leporina) są używane w hodowli pszczoły miodnej – zawiesza się je na ścianach budynków gospodarczych umieszczone w grubych płytach glinianych zalężonych jajami owadów. Takie rozwiązanie można zastosować wszędzie tam, gdzie to potrzebne, a pracowici „dzicy lokatorzy” obsłużą okolicę. Tę stosowaną w rolnictwie technikę łatwo powtórzyć z masowym sukcesem w miastach, i to bez obawy przewrażliwionych o użądlenia lokatorów, bowiem pszczoły samotnice są pozbawione żądeł. Ponieważ prowadzona przez fundację WWF akcja „Hotele dla owadów” ma w Polsce nikły zasięg, warto ją wspomóc na własną rękę – na działce czy nawet balkonie. Niektórym pszczołom do założenia gniazda wystarczy byle kępka trawy, mała wiązka suchej słomy czy trzciny. Wystarczy jedna grządka, doniczka, skrzynka. Pożytków dla pszczół miodnych dostarcza bluszcz, choć kwitnie niepozornie. Równie przydatnych gatunków jest wiele, można je rozsadzić szybko, nawet na terenie blokowisk.

Małe, acz dzikie, bo niekoszone i nieplewione zakątki chętnie też wykorzystują motyle. Warto je sobie „zasadzić” jesienią, jako inwestycję w przyszłą wiosnę. Zwraca się przez lato i następne lata – trudno o lepszą dekorację balkonu.

Jeszcze bardziej opłacają się żywe karmniki dla ptaków, czyli owocujące krzewy i drzewa, które żywią ptaki znacznie lepiej niż wyrzucany chleb. Gołąb to jedyny gatunek, który zjada kleszcze, często spotykane już nie tylko w lesie, ale i w mieście. Jedna para sikorek w okresie lęgów pochłania kilka kilogramów komarów, zimą wyjada je także z zakamarków kory drzew – i betonowych bloków. Dorosły jerzyk w ciągu jednej doby łyka 20 tys. drobnych owadów, w tym dokuczliwych meszek. Na wsi każdy bocian to niższa cena chleba; przed odlotem, czyli tuż po żniwach, polują na myszy, które zjadają setkami. Jak nakłonić ptaki do bliskiego sąsiedztwa w miastach? Nie przeszkadzać, nie niszczyć siedlisk, nie zamurowywać żywcem.

Ptaki chętnie jedzą np. owoce cisu z czerwoną osnówką. Po strawieniu rozsiewają gołe nasiona. Może warto się nimi wyręczyć w antysmogowej akcji sadzenia roślin?

Szafki i garnki

Parapetowe hodowle pomidorów i papryki przynoszą spore plony (5–7 kg z jednej doniczki) i wyraźnie redukują upał w pomieszczeniach, ale można pójść jeszcze dalej i używać naturalnych surowców do wyrobu domowych kosmetyków, w kuchni ziół z trawników, a taniej ekologii do tworzenia mebli czy budowy domów.

W listopadzie 2016 r. Instytut Francuski zorganizował wystawę „Textifood – Moda i design inspirowane Matką Naturą”. Autorzy zebrali dziesiątki efektownych przykładów, jak produkty zwykle przeznaczone do jedzenia mogą być wykorzystane do wytwarzania ubrań i rozmaitych przedmiotów codziennego użytku. Kłopotem była droga technologia – dzięki której np. osad ze starego wina przerabiano na tkaninę. Nie miała takiej oprawy wcześniejsza, polska wystawa wyróżnionych dyplomów ASP. Joanna Pieczyńska zebrała w swoim poradniku „Z Natury” zestaw pomysłów inspirujących i tanich. Np. podsuszone listki brzozy chronią owoce przed pleśnią znacznie lepiej od lodówki, która pochłania tyle energii elektrycznej. Burak, czarny bez, czerwona kapusta, nagietek lekarski, orzech włoski, brzoza – odpowiednio wykorzystane jako barwniki do tkanin o przeróżnych fakturach dają znakomity i trwały efekt. Poradnik Joanny Pieczyńskiej ma nakład sztuk jeden, ale jest dostępny w necie. A powinien trafić do szkół.

Podhalańscy i podlascy cieśle meblują dziś nowojorskie apartamenty, używając rozwiązań, które pozwalały postawić cały budynek, np. pojemnego lamusa lub spichlerza bez użycia jednego gwoździa. W Polsce wciąż nie udało się wypromować takiej mody. Cieśle znają też techniki stosowane tradycyjnie, a warte odkopania. W regionie świętokrzyskim ocalały np. arcydzieła ergonomii – misterne więźby dachowe „storczykowe”. Wytrzymują ciężar dachu oraz zmienny napór wiatrów, rozkładając ich siłę na pajęczynę belek i dźwigarów. Polskie uczelnie techniczne i wydziały architektury nie uczą już tajników tych dębowych i modrzewiowych konstrukcji, ale każdą tradycję można odtworzyć, jeśli są pieniądze oraz duma z osiągnięć wyjątkowych w skali Europy. A warto, bo klimat nam się zmienia i stawia nowe wymagania. Nasze budynki i miasta nie są gotowe na uderzenia gwałtownych nawałnic, gradobicia, trąby powietrzne, których z roku na rok mamy coraz więcej.

Szczególnym polskim dorobkiem jest budownictwo z wykorzystaniem ziemi, gliny i słomy. I za tym stoi dobra kalkulacja. W kilkudziesięciu wsiach mazowieckich na terenie dawnej Ordynacji Krasińskich (np. w osadzie śródleśnej Rzy niedaleko Opinogóry) zachowały się jeszcze budynki o grubych ścianach lepionych z gliny. Minęły dziesiątki lat, niszczył je deszcz, śnieg, mróz, roztopy, a one stoją. Ta technika powoli się odradza. Fanpage „Domy ze słomy i glin” skupia już ponad 2 tys. zwolenników, ale mógłby więcej.

Po nowemu

Niby „wszystko już było”, ale wszystko może mieć nowe wcielenie. Po różne „stare nowinki” sięga Leszek Skrodzki, podlaski ekorolnik i pszczelarz. Topinambur, lędźwian, wierzbówka kipszyca – te nazwy brzmią egzotycznie, a mają długie, chwalebne rodowody. Topinambur przypomina słonecznik, ale ma jadalne korzenie, a nie ziarna. Raz sadzony, odradza się co roku. Jego małe żółte kwiaty można wykorzystywać dekoracyjnie, młode liście nadają się na sałatki, zaparzone łodygi są remedium na różne dolegliwości. Mówi się, że topinambur leczy wszystko prócz śmierci. Można go uprawiać na balkonie czy maleńkiej działce.

Lędźwian to archaiczny gatunek (podobno węgierska nazwa Polaków – Lengyel, fonetycznie „lendziel” – pochodzi od tej nazwy). Wysoka zawartość białka pasuje go na idealny produkt do wegetariańskich potraw. Odporny na schorzenia, przy równie minimalnym nakładzie pracy jak topinambur dałby plony plus życiodajny tlen.

Wierzbówka kipszyca bujnie rośnie, kwitnie efektownie i jest wybitnie nektarodajna. Warszawskie Bractwo Pszczelarskie, które zamierza zagospodarować zdegradowane do cna tereny praskich torowisk, mogłoby wykorzystać właśnie ten gatunek, temat na epopeję historyczno-kulturowo-rolniczą, rozległą jak jej zasięg na całej półkuli północnej. Indianie kanadyjscy wierzą, że obłoki kwiatów wierzbówki to „duchy lasów wyciętych przez białego człowieka”, Rosjanie twierdzą, że nie mogliby przetrwać bez naparu z liści tej rośliny (zawierają siedem razy więcej witaminy C niż cytryna, leczą wiele schorzeń) oraz wielu domowych przetworów.

Kto zasadził tej wiosny – może już korzystać. Reszta powinna pomyśleć o przygotowaniach do kolejnego sezonu.

Polityka 29.2017 (3119) z dnia 18.07.2017; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Obywatelu, bądź ekoistą!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną