Znaleźć ciało pod wodą nie jest łatwo

Misja
Chodziło o to, żeby odnaleźć ciało i oddać je rodzicom. Jak sam otarłeś się o śmierć, rozumiesz, ile ważą proste gesty.
Pod wodą nie można pokłócić się z żoną, nie trzeba płacić rachunków ani martwić się naprawą samochodu. Zupełnie jak na misji.
Rostislavv/PantherMedia

Pod wodą nie można pokłócić się z żoną, nie trzeba płacić rachunków ani martwić się naprawą samochodu. Zupełnie jak na misji.

Tomek (z lewej) w czasie swoich pierwszych nurkowań
archiwum Szkoły Ratownictwa „Podwodnik”

Tomek (z lewej) w czasie swoich pierwszych nurkowań

Spali mocno. Niczego się nie spodziewali. Nawet gdy w środku nocy zaczęła dzwonić komórka młodszego syna, to pomyśleli, że ktoś sobie żartuje. Zignorowali pierwszą serię sygnałów. Później drugą. Dopiero za trzecim razem odebrała mama Alberta. Dzwoniła koleżanka, do której pojechał na urodziny. Nikt nie widział go już od trzech godzin. Na pomoście znaleziono tylko ubranie. Równo złożone spodnie, koszulka. Albert był w Liceum Lotniczym w Dęblinie. Wcześniej w harcerstwie. Lubił porządek. Czy ktoś, kto chciałby się zabić, układałby równo rzeczy?

Nad ranem Alberta szukała już policja, żandarmeria wojskowa, a straż pożarna szykowała sprzęt do nurkowania. Na miejsce ściągnięto nawet drona. Rzeczy leżały na pomoście przy plaży Irys nad jeziorem Orzysz. Później przy pomoście stali również rodzice. Około godziny 10 akcję poszukiwawczą pod wodą uznano za zakończoną. Przynajmniej na ten dzień.

Tata Alberta postanowił wznowić własną akcję poszukiwawczą. Zanurkować w tajemnym świecie syna. Komórkę zajęła policja, ale w domu został jego laptop. Pojechał do domu i próbował się do niego zalogować. Komputer zabezpieczony był hasłem. Spakował go w reklamówkę i pojechał do znajomego informatyka. Obejście zabezpieczeń nie trwało długo. Poszukiwania również. W zasadzie wiedział, czego szuka.

Policjanci dużo o tym mówili. Intuicja też mu to podpowiadała. Jeśli Albert chciał odejść, to musiałby zostawić list. Przecież zawsze zostawiają. Przeszukał wszystkie możliwe zakamarki komputera syna. Dowiedział się paru rzeczy, których o nim nie wiedział. Ale nie było tam żadnego listu. Zresztą był przekonany, że go nie będzie. Albert jako pierwszy uczeń w historii szkoły zdobył stypendium dyrektora już w pierwszej klasie. Koledzy z gimnazjum mówili na niego Arni. Raczej był lubiany. Angażował się. Pomagał. Imponował samozaparciem. Na zdjęciu z pierwszych skoków spadochronowych mocno kontrastuje dziecięca jeszcze buzia i postawa dorosłego człowieka. Nie bał się skoków. Lubił stawiać sobie wyzwania. W czasie przeszukiwania laptopa znowu zadzwonił telefon.

Skrajny

Joanna Skopińska ze Szkoły Ratownictwa, Sportów Wodnych i Obronnych „Podwodnik”, która razem z mężem wpadła na pomysł szkoleń dla weteranów i prowadzi je od ponad czterech lat, wspomina, że telefon zadzwonił o godz. 10.25. Dzwonił komendant policji w Orzyszu. Nie wiedział, że właśnie są obok nad jeziorem i mają tam turnus rehabilitacyjny dla weteranów. Po prostu znalazł ich numer na stronie MSWiA i zadzwonił. Rozmowa nie była długa. Zaginął 17 latek. Jego rzeczy znaleziono na pomoście. Podobno świetnie pływał, ale jest podejrzenie, że mógł utonąć. Czy mogliby wziąć udział w akcji poszukiwawczej. I w zasadzie tyle.

Pytanie, które zadał komendant policji, teraz oni sami musieli zadać sobie. Czy mają prawo prosić ludzi, którzy otarli się o śmierć w Iraku albo w Afganistanie, żeby poszukiwali ciała 17-latka. Czy nie oczekują od nich za dużo? Jak to na nich wpłynie? Czy coś, co miało być terapią, nie zamieni się w kolejną traumę?

Pierwszy turnus dla weteranów zorganizowali w 2013 r. Początkowo chętnych było mniej, bo poszkodowani mają sporo blokad. Niektórzy bali się, że sobie nie poradzą. Inni nie widzieli sensu. Ludzie z syndromem stresu pourazowego łatwiej dostrzegają minusy. Plusy przychodzą później. Po pierwszym turnusie chętnych zaczęło szybko przybywać, bo wśród weteranów rozeszło się, że nurkowanie jest jednak super.

Andrzej Skrajny na swój pierwszy turnus pojechał w 2014 r. Trzy lata po tym, jak pojazd, którym dowodził, wyleciał w powietrze na minie pułapce. Na zdjęciach z wypadku na pierwszy rzut oka trudno się domyślić, czym jechali. Pourywane koła, wybebeszone i osmolone wnętrze. Na sporej części wozu brakuje płyt pancernych, które były tak ciężkie, że jedną musiało montować co najmniej trzech ludzi. Po wybuchu płyty po prostu zmiotło. Skrajnemu przelatujące akumulatory połamały nogi. W opisie urazu w rubryczce złamane kości wpisano po prostu – wszystkie. Lekarze, którzy zajmowali się jego przypadkiem, dzielili się na tych, którzy chcieli amputować: od razu lewą stopę, najpierw prawą stopę, oraz tych, którzy proponowali uciąć obydwie. Na szczęście wśród lekarzy był dr Marcin Wojtkowski, który nalegał, żeby nie ucinać ani jednej. Dzięki niemu Andrzej Skrajny chodzi na własnych stopach.

W samym Afganistanie ciężko rannych zostało prawie 400 żołnierzy. W takiej grupie obieg informacji jest błyskawiczny. Któryś z kolegów pochwalił się, że w czasie nurkowania mniej boli. Trudno było o lepszą rekomendację. Dziś Skrajny nie wyobraża sobie życia bez nurkowania. Każda czynność, którą wykonuje, wiąże się z bólem. Pod wodą go nie odczuwa, bo eliminuje go pływalność neutralna. Wisisz w wodzie, jakbyś był w stanie nieważkości.

To nie przypadek, że większość ćwiczeń kosmonauci wykonują w basenie. Woda jest namiastką kosmosu. Dla Skrajnego również psychicznego – schodząc pod wodę, problemy zostawia się na brzegu. Pod wodą nie można pokłócić się z żoną, nie trzeba płacić rachunków ani martwić się naprawą samochodu. Zupełnie jak na misji. Tyle że tu nikt nie chce wysadzić cię w powietrze.

Są inne niebezpieczeństwa i dlatego najlepiej nurkować we dwóch. Po zrobieniu uprawnień kupił książkę o nurkowaniu swojemu młodszemu bratu – Tomkowi. Nie powiedział mu, że wybrał go na swojego podwodnego partnera. Postanowił zaczekać, aż Tomek sam się wkręci. Nie czekał długo. Tomek zaczął jeździć z nim na turnusy dla weteranów. Zaliczył misję w Kosowie, więc spełniał kryteria.

Lęk

Rodzice Alberta nie rozmawiali o tym za dużo, jakby bali się nazwać po imieniu niektóre lęki, ale Ełk to małe miasto, a sprawa była głośna. 30 stycznia 2011 r. zaginął Łukasz Chomik. Około piątej nad ranem wyszedł z pubu. W mieście nie było wtedy pełnego monitoringu. Na nagraniu widać tylko, że wychodzi. W którą poszedł stronę, co się z nim działo dalej? Styczeń w tamtym roku był rekordowo zimny. Jezioro Ełckie skute takim lodem, że w nocy co bardziej napaleni wjeżdżali na nie samochodami, żeby kręcić bączki na lodzie. Akcja poszukiwawcza była utrudniona. Rodzice usłyszeli, że trzeba czekać. Jeśli utonął, to ciało samo wypłynie. Nie wypłynęło.

Było jeszcze podejrzenie, że Łukasz postanowił zniknąć. W programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” rodzice opowiadali o wniosku rozwodowym, który przysłała mu żona. O jego miłości do niej. Prowadzący program zachęcał: „Łukasz, jesteś fajnym, młodym człowiekiem. Jeszcze całe życie przed tobą. I naprawdę szkoda, żebyś sam je sobie komplikował. Wracaj do domu. A jeśli mimo wszystko z jakichś względów nie chcesz tego zrobić, odezwij się przynajmniej do swoich bliskich i powiedz, co się z tobą dzieje”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną