Społeczeństwo

Łaźnia dusz

Jak w Bydgoszczy ratują wizerunek polskiej psychiatrii

W Polsce każdego dnia jeden nastolatek odbiera sobie życie. W Polsce każdego dnia jeden nastolatek odbiera sobie życie. kwest / PantherMedia
Mamy coraz więcej kłopotów psychicznych i o połowę mniej psychiatrów niż europejska średnia. Dobrze, że są wśród nich nietuzinkowi zapaleńcy.
Na depresję cierpi 1,5 mln Polaków.Igor Morski/Polityka Na depresję cierpi 1,5 mln Polaków.

Artykuł w wersji audio

Czterdzieści lat temu w bydgoskim Szwederowie, dzielnicy o złej sławie, domy nie miały łazienek. Ludzie kąpali się w miejskiej łaźni. Potem między szare kamienice wstawiono bloki z wielkiej płyty. Łaźnia – czynna najdłużej w Polsce – okazała się zbędna. Przez wiele lat niszczała, aż znaleźli się kupcy: Alicja i Aleksander Araszkiewiczowie. Gdy okazało się, że to profesor psychiatrii z żoną, którzy zamierzają w dawnej łaźni zrobić centrum oswajania zdrowych z chorymi, ludzie we wciąż złej dzielnicy patrzyli sceptycznie.

Udało się. Centrum Kultury, Higieny i Zdrowia Psychicznego Łaźnia działa. Ruszyło w 2012 r., choć remont trwa do dziś. Chorujący psychicznie mogą tu znaleźć lekarza i wsparcie. Zdrowi na neutralnym gruncie stykają się z chorobą.

Początek był trudny, bo łaźnia, która przez trzy dekady stała pusta, służyła jako pijalnia taniego wina, noclegownia i ubikacja. Młodzi amatorzy win nie byli zadowoleni, że mają oddać teren. – Od znajomych słyszeliśmy: po co to wam? – mówi Alicja Araszkiewicz. – Wówczas czuliśmy się jeszcze bardziej zmotywowani.

Dziś projekt utrzymuje się dzięki z trudem pozyskiwanym sponsorom. W bydgoskiej łaźni nie ma białych ścian ani pielęgniarek i lekarzy w fartuchach. Gabinety dla chorych to przytulne kolorowe pokoiki. Żadnych kozetek – porządne łóżka, w wazonach zawsze cięte kwiaty. – Pacjent ma się tutaj dobrze czuć, stąd klasyczne i przytulne wnętrza. Łaźnia to wypadkowa mojego życiowego doświadczenia. Jako młody lekarz pracowałem w szpitalu we Fromborku. Lata 80., nie ma pieniędzy na nic, ale dyrektor zawsze dbał, żeby w gabinetach były wygodne, głębokie fotele. Na nie zawsze musiało wystarczyć. Dlaczego? Ponieważ w psychiatrii najważniejsze jest porozumienie chorego z lekarzem, szczera rozmowa. Łatwiej było ją przeprowadzić, jak człowiek wygodnie usiądzie.

Uwagę zdrowych często przykuwają obrazy. Zbierane przez lata w całym świecie, wszystkie namalowane przez osoby chorujące psychicznie. To największa galeria takiej sztuki w Polsce, a być może i poza nią.

Co mamy i co z tego?

Łaźnia jest, jaka jest, trochę w efekcie sprzeciwu profesora wobec rzeczywistości, w jakiej przez lata musiał pracować. Jako lekarz, potem prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, wreszcie kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Collegium Medicum UMK w Toruniu, spędził w różnych szpitalach ponad 40 lat. Pamięta czasy, kiedy chorzy byli traktowani jak dzicz, gnani do pracy w polu niczym niewolnicy. W szpitalach dochodziło do takich dramatów jak pożar w Górnej Grupie, w którym żywcem spłonęło 55 osób uwięzionych w zamkniętych i zakratowanych pomieszczeniach. Skurczone od ognia zwłoki pochowano w dziecięcych trumienkach, w zbiorowej mogile, żeby było taniej. Kto by się przejmował, że na grobie nie ma nawet nazwisk ofiar? Przecież to byli wariaci.

Po 1989 r. kolejne rządy miały tyle roboty, że psychiatria zawsze schodziła na dalszy plan. Szpitale wciąż są niedofinansowane, często umieszczone w tych samych budynkach z przełomu XIX i XX w., a liczba chorych wciąż rośnie.

Dziś prawie 8 mln Polaków boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Przez ostatnie sześć lat liczba dni wolnych, branych w pracy z powodu zaburzeń psychicznych, wzrosła o 70 proc. – Gdyby do tego wziąć pod uwagę młodzież, stan zdrowia psychicznego Polaków jawiłby się jeszcze gorzej – mówi prof. Aleksander Araszkiewicz. Mimo że dawno wyszliśmy z lat 60., państwo dotychczas nie wzięło na siebie obowiązku zapewnienia obywatelom psychiatrii na właściwym poziomie. Europejskie kraje wydają na zdrowie psychiczne średnio 5 proc. ogólnych nakładów na zdrowie. W Polsce – nieco ponad 3 proc. Mamy o połowę mniej psychiatrów niż średnia europejska. Najgorzej jest ze specjalistami dziecięcymi. Pracuje ich zaledwie 300, powinno minimum 1,5 tys.

Zobaczyć siebie

Szpitale utknęły estetycznie w XIX w. Nie remontuje się ich, bo nie ma pieniędzy. A wśród pacjentów wciąż widać strach przed napiętnowaniem. Ukrywają chorobę, okłamują bliskich. Niewiele pomagają głośne publiczne coming outy. Do depresji otwarcie przyznali się m.in: Anja Orthodox, Kora, Maria Peszek, Sebastian Karpiel-Bułecka czy aktor Robert Gonera. – Potrzeba szerszej edukacji i oswojenia ludzi z myślą, że takie schorzenie może przytrafić się każdemu – mówi prof. Araszkiewicz. – Nie ma człowieka dożywotnio impregnowanego na choroby psychiczne.

W Łaźni pracuje się inaczej. Nie każdy pacjent potrzebuje leczenia farmakologicznego, ale każdy musi czuć się ważny. Tak się dzieje, jeśli – potraktowany podmiotowo – ma wpływ na wybór metody pracy.

Jedna z wielu stosowanych w Bydgoszczy, wspomagająca farmakologię lub stosowana niezależnie, to mindfulness, czyli uważna obecność. Bazując na dorobku Jona Kabata-Zinna, prof. Araszkiewicz stworzył ośmiotygodniowy program redukcji stresu, oparty ma medytacji i hatha-jodze. Wykorzystanie technik buddyjskich nie oznacza wprowadzenia do medycyny religii. Raczej to, by nauczyć człowieka uważnego skanowania własnego ciała. Bo ono zawsze wysyła sygnały, że jest przemęczone, tylko my nauczyliśmy się je bagatelizować. Lekarz wkracza zwykle dopiero, kiedy ciało „wrzeszczy”, bo jest już bardzo źle. – Trening mindfulness polega na pełnej świadomości otaczającego nas świata i tego, jak go postrzegamy – mówi Dorota Wojtczak, psycholog pracująca w Łaźni.

Ta metoda wyleczyła żołnierzy ze stresu bojowego, pomogła też kobietom po przejściach onkologicznych. Obecnie bardzo często stosowana jest jako forma szkoleń w edukacji i biznesie. – Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielu z nas cierpi na bezsenność, wypalenie zawodowe czy powracające stany depresyjne. W większości odpowiedzialny jest za to stres i nic na to nie poradzimy, bo to część naszej cywilizacji. Nie jesteśmy w stanie zlikwidować czynników stresotwórczych, ale możemy nad nimi zapanować – mówi Wojtczak.

Przy okazji terapeuci i lekarze starają się zaszczepić podopiecznym, że praca nad sobą nie kończy się w Łaźni. Jeszcze ważniejsza jest późniejsza praktyka w domu. Tylko dzięki systematyczności możemy nauczyć się samych siebie: jak funkcjonuje nasz umysł, jakie rodzą się w nas emocje, odczucia. – I tak odkrywamy, że sami jesteśmy kreatorami naszego świata, jego twórcami. Wówczas już mniej chodzi o terapię, a bardziej o rozwój – podkreśla Wojtczak. – Każdy odpowiada sam za siebie, za swój proces zdrowienia. Jeśli pacjent nie zrozumie, że to w nim tkwi siła, nie zmieni swojego podejścia.

Dla ludzi trafiających do Łaźni tutejsze podejście to nierzadko przełom w myśleniu o życiu. Bo standard jest inny – zachowujemy się autodestrukcyjnie, pracujemy powyżej możliwości, zatracamy w korporacjach. Nie przywiązujemy wagi do bezinteresownych relacji z ludźmi, brakuje nam na to czasu.

Bywają jednak przypadki na tyle poważne, że potrzebna jest rozbudowana farmakologia. Araszkiewicz stara się także i w tych pacjentach zaszczepić przekonanie, że ich choroba niesie jakiś sens. – Od kiedy zostałem lekarzem, fascynowała mnie sztuka, pasja ludzi chorych – opowiada. – Sztuka to również element terapii. Przez nią człowiek wyraża swoje emocje, obrazy pacjentów mówią często więcej niż sami chorzy. Ta sztuka jest niezwykła, barwna, oryginalna. Chorzy inspirują się głównie swoim wnętrzem. I dodaje: są to obrazy pozbawione pychy twórczej. Autorzy nie zamierzają robić karier, nie myślą o tym, by na twórczości zarobić. Tworzą, bo taki mają impuls, malowanie może pomóc wyjść z psychotycznych przeżyć. Są więc te obrazy obdarzone niezwykłym ładunkiem emocjonalnym, niedostępnym dla artystów zdrowych.

Od ponad 30 lat Araszkiewicz jeździ na aukcje organizowane najczęściej przez szpitale i kupuje. Ale wcześniej nie było dobrego miejsca na eksponowanie tych dzieł. Tutaj wpasowały się idealnie. Profesor podkreśla, że jego zdaniem granica między geniuszem a obłędem jest płynna. – Zawsze powołuję się na badania amerykańskiej psychiatry Nancy Andreasen. Zgłębiła wpływ genów na ludzki geniusz i choroby psychiczne – tłumaczy. – Okazało się, że locus geniuszu jest umiejscowiony blisko obszaru, w którym powstają choroby psychiczne. Z historii wiemy, jak niesamowite jest połączenie talentu z chorobą, jak wielkimi artystami byli Salvador Dali, Vincent van Gogh czy Edvard Munch. Też mam w swojej kolekcji obrazy namalowane przez osoby chore, a zarazem wykształcone plastycznie, po Akademiach Sztuk Pięknych.

Z czasem Araszkiewicz polubił wyszukiwanie w obrazach pewnych cech. Wtedy odzywa się w nim psychiatra. – Nie ma możliwości, żeby z obrazu postawić diagnozę. Ale już o stanie chorego podczas malowania coś mogę powiedzieć – opowiada. – U schizofreników ornamenty nakładają się na siebie, detale namalowane są jedne na drugich. Chorzy z manią szałowo-posępniczą również zostawiają ślad swojego stanu na obrazach. To ich sposób na komunikowanie się ze światem rzeczywistym.

Poprosić o pomoc

Łaźnia to nie tylko gabinety psychiatrów, ale też miejsce spotkań i centrum edukacji społecznej. Twórcom zależy, żeby przełamać strach zdrowych przed chorującymi. Problem nietolerancji dla chorych psychicznie jest olbrzymi, i nie dotyczy tylko Polski. Uprzedzenie i lęk są tak silne, że wejście do przychodni psychiatrycznej traktowane jest jak kara. Łatwiej łudzić się, że depresja minie jak katar. A ona postępuje, przechodzi w kolejne fazy, prowadzi nawet do samobójstwa. Na depresję cierpi 1,5 mln Polaków.

Co roku skutecznie targa się na życie około 4 tys. osób. Presji czasu, otoczenia zaczynają nie wytrzymywać również najmłodsi. W Polsce każdego dnia jeden nastolatek odbiera sobie życie.

Araszkiewicz wierzy, że dzięki kontaktowi z Łaźnią przynajmniej część bydgoszczan zagrożonych chorobą na czas zgłosi się po pomoc. – Dzięki wystawom, wernisażom, debatom to miejsce żyje. I ciągle przewijają się przez nie ludzie i zadają pytania: „Kto namalował ten piękny obraz? Schizofrenik?”. Tak, schizofrenik, taki sam człowiek jak każdy inny, w dodatku z niezwykłą wrażliwością i talentem – mówi. I dodaje, że dzięki takim rozmowom rośnie tolerancja. Cieszy twórców Łaźni, że tak wielu odwiedzających to ludzie młodzi. Bo to oni będą niebawem narzucać ton debacie publicznej. Może będzie on już inny, lepszy.

Autorka jest dziennikarką TVN24.

Polityka 42.2017 (3132) z dnia 17.10.2017; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Łaźnia dusz"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną