Jak w Bydgoszczy ratują wizerunek polskiej psychiatrii

Łaźnia dusz
Mamy coraz więcej kłopotów psychicznych i o połowę mniej psychiatrów niż europejska średnia. Dobrze, że są wśród nich nietuzinkowi zapaleńcy.
W Polsce każdego dnia jeden nastolatek odbiera sobie życie.
kwest/PantherMedia

W Polsce każdego dnia jeden nastolatek odbiera sobie życie.

Na depresję cierpi 1,5 mln Polaków.
Igor Morski/Polityka

Na depresję cierpi 1,5 mln Polaków.

audio

AudioPolityka Katarzyna Zdanowicz - Łaźnia dusz

Czterdzieści lat temu w bydgoskim Szwederowie, dzielnicy o złej sławie, domy nie miały łazienek. Ludzie kąpali się w miejskiej łaźni. Potem między szare kamienice wstawiono bloki z wielkiej płyty. Łaźnia – czynna najdłużej w Polsce – okazała się zbędna. Przez wiele lat niszczała, aż znaleźli się kupcy: Alicja i Aleksander Araszkiewiczowie. Gdy okazało się, że to profesor psychiatrii z żoną, którzy zamierzają w dawnej łaźni zrobić centrum oswajania zdrowych z chorymi, ludzie we wciąż złej dzielnicy patrzyli sceptycznie.

Udało się. Centrum Kultury, Higieny i Zdrowia Psychicznego Łaźnia działa. Ruszyło w 2012 r., choć remont trwa do dziś. Chorujący psychicznie mogą tu znaleźć lekarza i wsparcie. Zdrowi na neutralnym gruncie stykają się z chorobą.

Początek był trudny, bo łaźnia, która przez trzy dekady stała pusta, służyła jako pijalnia taniego wina, noclegownia i ubikacja. Młodzi amatorzy win nie byli zadowoleni, że mają oddać teren. – Od znajomych słyszeliśmy: po co to wam? – mówi Alicja Araszkiewicz. – Wówczas czuliśmy się jeszcze bardziej zmotywowani.

Dziś projekt utrzymuje się dzięki z trudem pozyskiwanym sponsorom. W bydgoskiej łaźni nie ma białych ścian ani pielęgniarek i lekarzy w fartuchach. Gabinety dla chorych to przytulne kolorowe pokoiki. Żadnych kozetek – porządne łóżka, w wazonach zawsze cięte kwiaty. – Pacjent ma się tutaj dobrze czuć, stąd klasyczne i przytulne wnętrza. Łaźnia to wypadkowa mojego życiowego doświadczenia. Jako młody lekarz pracowałem w szpitalu we Fromborku. Lata 80., nie ma pieniędzy na nic, ale dyrektor zawsze dbał, żeby w gabinetach były wygodne, głębokie fotele. Na nie zawsze musiało wystarczyć. Dlaczego? Ponieważ w psychiatrii najważniejsze jest porozumienie chorego z lekarzem, szczera rozmowa. Łatwiej było ją przeprowadzić, jak człowiek wygodnie usiądzie.

Uwagę zdrowych często przykuwają obrazy. Zbierane przez lata w całym świecie, wszystkie namalowane przez osoby chorujące psychicznie. To największa galeria takiej sztuki w Polsce, a być może i poza nią.

Co mamy i co z tego?

Łaźnia jest, jaka jest, trochę w efekcie sprzeciwu profesora wobec rzeczywistości, w jakiej przez lata musiał pracować. Jako lekarz, potem prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, wreszcie kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Collegium Medicum UMK w Toruniu, spędził w różnych szpitalach ponad 40 lat. Pamięta czasy, kiedy chorzy byli traktowani jak dzicz, gnani do pracy w polu niczym niewolnicy. W szpitalach dochodziło do takich dramatów jak pożar w Górnej Grupie, w którym żywcem spłonęło 55 osób uwięzionych w zamkniętych i zakratowanych pomieszczeniach. Skurczone od ognia zwłoki pochowano w dziecięcych trumienkach, w zbiorowej mogile, żeby było taniej. Kto by się przejmował, że na grobie nie ma nawet nazwisk ofiar? Przecież to byli wariaci.

Po 1989 r. kolejne rządy miały tyle roboty, że psychiatria zawsze schodziła na dalszy plan. Szpitale wciąż są niedofinansowane, często umieszczone w tych samych budynkach z przełomu XIX i XX w., a liczba chorych wciąż rośnie.

Dziś prawie 8 mln Polaków boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Przez ostatnie sześć lat liczba dni wolnych, branych w pracy z powodu zaburzeń psychicznych, wzrosła o 70 proc. – Gdyby do tego wziąć pod uwagę młodzież, stan zdrowia psychicznego Polaków jawiłby się jeszcze gorzej – mówi prof. Aleksander Araszkiewicz. Mimo że dawno wyszliśmy z lat 60., państwo dotychczas nie wzięło na siebie obowiązku zapewnienia obywatelom psychiatrii na właściwym poziomie. Europejskie kraje wydają na zdrowie psychiczne średnio 5 proc. ogólnych nakładów na zdrowie. W Polsce – nieco ponad 3 proc. Mamy o połowę mniej psychiatrów niż średnia europejska. Najgorzej jest ze specjalistami dziecięcymi. Pracuje ich zaledwie 300, powinno minimum 1,5 tys.

Zobaczyć siebie

Szpitale utknęły estetycznie w XIX w. Nie remontuje się ich, bo nie ma pieniędzy. A wśród pacjentów wciąż widać strach przed napiętnowaniem. Ukrywają chorobę, okłamują bliskich. Niewiele pomagają głośne publiczne coming outy. Do depresji otwarcie przyznali się m.in: Anja Orthodox, Kora, Maria Peszek, Sebastian Karpiel-Bułecka czy aktor Robert Gonera. – Potrzeba szerszej edukacji i oswojenia ludzi z myślą, że takie schorzenie może przytrafić się każdemu – mówi prof. Araszkiewicz. – Nie ma człowieka dożywotnio impregnowanego na choroby psychiczne.

W Łaźni pracuje się inaczej. Nie każdy pacjent potrzebuje leczenia farmakologicznego, ale każdy musi czuć się ważny. Tak się dzieje, jeśli – potraktowany podmiotowo – ma wpływ na wybór metody pracy.

Jedna z wielu stosowanych w Bydgoszczy, wspomagająca farmakologię lub stosowana niezależnie, to mindfulness, czyli uważna obecność. Bazując na dorobku Jona Kabata-Zinna, prof. Araszkiewicz stworzył ośmiotygodniowy program redukcji stresu, oparty ma medytacji i hatha-jodze. Wykorzystanie technik buddyjskich nie oznacza wprowadzenia do medycyny religii. Raczej to, by nauczyć człowieka uważnego skanowania własnego ciała. Bo ono zawsze wysyła sygnały, że jest przemęczone, tylko my nauczyliśmy się je bagatelizować. Lekarz wkracza zwykle dopiero, kiedy ciało „wrzeszczy”, bo jest już bardzo źle. – Trening mindfulness polega na pełnej świadomości otaczającego nas świata i tego, jak go postrzegamy – mówi Dorota Wojtczak, psycholog pracująca w Łaźni.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną