Polskie opiekunki niemieckich emerytów

Zmęczony anioł stróż
Rozmowa z Anną Wiatr, socjolożką i autorką książki „Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei”, o Polkach opiekujących się osobami starszymi w Niemczech.
„Polki pracują w więcej niż co dziesiątym niemieckim domu, gdzie mieszka osoba zależna”.
Karl-Heinz Spremberg/BEW

„Polki pracują w więcej niż co dziesiątym niemieckim domu, gdzie mieszka osoba zależna”.

Anna Wiatr
J. Szafrański

Anna Wiatr

audio

AudioPolityka Anna Maziuk - Zmęczony anioł stróż

Anna Maziuk: – Ile Polek pracuje w Niemczech jako opiekunki?
Anna Wiatr: – Szacuje się, że od 200 do 500 tys. Głównie kobiety po pięćdziesiątce, nawet po sześćdziesiątce. Często z problemami zdrowotnymi.

Trzeba mieć jakieś kwalifikacje?
Ja nie miałam żadnego doświadczenia. To była pierwsza rzecz, jaką powiedziałam pani rekrutującej mnie przez telefon. Pracę opiekuńczą traktuje się jako coś naturalnego, co kobiety wysysają z mlekiem matki. Nic nie trzeba umieć. Potem oczywiście okazuje się, że np. warto wiedzieć, jak podnosić osobę, która sama nie wstaje, w innym wypadku można sobie zrobić krzywdę. Ale wymogów formalnych, konieczności skończenia jakichkolwiek szkół czy kursów, nie ma. W konsekwencji takiej osoby nie zatrudnia się jako opiekunki, tylko jako pomoc domową, co oznacza też, że stawki są niższe.

Wykształcone opiekunki nie podejmują się całodobowej opieki?
Nie ma takiej możliwości. Jeśli ktoś chciałby bliskiej osobie zapewnić w Niemczech 24-godzinną ambulatoryjną opiekę pielęgniarską, wyniosłoby go to 8–10 tys. euro brutto. Poza tym konieczne byłoby zatrudnienie trzech, czterech osób. Dla większości to kwota nie do udźwignięcia.

Alternatywą jest wykorzystywanie pracujących bez przerwy opiekunek z innych krajów. Z tym Niemcy nie mają problemu?
Większość z nich nie zatrudnia opiekunek bezpośrednio, w przypadku pań z Polski robią to polskie agencje pośrednictwa. Podpisują umowy-zlecenia, a potem wysyłają kobiety do Niemiec w ramach delegacji. Stąd bierze się mnóstwo problemów. Państwa przerzucają się odpowiedzialnością i nie wiadomo, kto właściwie powinien się tym zająć. Sytuacja jest wygodna dla obu stron. W Polsce trzeba by uporządkować wiele innych branż, ucywilizować kwestie związane z umowami śmieciowymi. W Niemczech z kolei jest zapotrzebowanie na tanie usługi opiekuńcze, dlatego nie spieszy im się, żeby ten problem rozwiązać. Sporo w ten sposób oszczędzają. Polki pracują w więcej niż co dziesiątym niemieckim domu, gdzie mieszka osoba zależna. W filmie dokumentalnym „Karawana opiekunek” jeden z urzędników, zapytany przez dziennikarzy, jak to możliwe, że ta sytuacja jest wciąż nierozwiązana, odpowiada lekko: „W Niemczech dom to miejsce święte, nie można tam wchodzić z kontrolą”.

Oficjalnie niemiecki rząd nie ma się chyba do czego przyczepić, w końcu to polskie firmy zatrudniają opiekunki.
Z tym że przy umowie-zleceniu polskie firmy nie powinny wysyłać opiekunek w delegacje, tylko zapewnić im umowę o pracę. Agencje tymczasowe wykorzystują fakt, że opiekunka nie podlega ich poleceniom, tylko poleceniom rodziny czy starszej osoby, co oznacza, że pewne aspekty stosunku pracy są wyłączone. I rzeczywiście, zgodnie z dyrektywą o delegowaniu, czyli tymczasowym powierzeniu pracy poza granicami kraju, opiekunki powinny podlegać pod prawo kraju przyjmującego. W Niemczech rozróżnia się zatrudnienie i samozatrudnienie. To oznacza, że ta opiekunka w Polsce jest zleceniobiorczynią, a w Niemczech pracownicą. Państwo przyjmujące powinno dbać o przestrzeganie przepisów z zakresu minimalnych warunków pracy, ale – jak wspomniałam – w Niemczech jest np. problem z kontrolą w prywatnych mieszkaniach.

Zajmująca się doradztwem w branży opiekuńczej w Berlinie Sylwia Timm zgłasza to różnym instytucjom, ale dostaje odpowiedzi, że nic nie da się zrobić. W Polsce też jest pat, bo umowa-zlecenie nie daje żadnej ochrony, brak w niej minimalnego wynagrodzenia, norm czasu pracy czy odpoczynku. Kodeks pracy chroni jedynie pracowników, czyli osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę. W związku z tym, że mowa o delegowaniu, polskie agencje muszą przestrzegać niemieckiej minimalnej stawki godzinowej – 8,84 euro, dlatego w umowach wpisują, że panie pracują po 38,5 godz. tygodniowo, żeby liczba godzin zgadzała się z niemieckimi przepisami o wynagrodzeniu. W praktyce praca nigdy nie kończy się na 38 godz., bo panie zazwyczaj mieszkają z podopiecznymi. Podopieczni są zwykle od nich w pełni zależni, to osoby z dużą niepełnosprawnością. Zwykle zresztą opiekunka myśli, że jedzie do kogoś w miarę samodzielnego, a zastaje sytuację wymagającą o wiele więcej czasu, uwagi i siły.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną