Czego uczą poradniki dla rodziców

Instrukcje obsługi
Nigdy dotąd w historii nie drukowano tylu poradników dla rodziców. Co można z nich wyczytać? Którym ufać?
Choć w ostatnich latach ukazało się wiele mądrych i ważnych książek, w zetknięciu z kakofonią ofert, rodzicielstwo staje się trudniejsze niż kilkadziesiąt lat wcześniej.
PantherMedia

Choć w ostatnich latach ukazało się wiele mądrych i ważnych książek, w zetknięciu z kakofonią ofert, rodzicielstwo staje się trudniejsze niż kilkadziesiąt lat wcześniej.

Dziś zainteresowanie autorów i czytelników budzą coraz starsze dzieci, nastolatki, młodzież, pokolenia rosnące wraz z rynkiem rodzicielskich poradników.
Igor Morski/Polityka

Dziś zainteresowanie autorów i czytelników budzą coraz starsze dzieci, nastolatki, młodzież, pokolenia rosnące wraz z rynkiem rodzicielskich poradników.

Syn, dziesięciolatek, z byle powodu trzaska drzwiami i przestał się uczyć. Matka rozważa spotkanie z terapeutą, ale na razie postanowiła „coś poczytać”. Stoi więc przed regałem „Poradniki. Rodzina i dziecko” w sieciowej księgarni. Czy powinna zacząć od kształtowania motywacji wewnętrznej („Dodaj mu skrzydeł” Joanna Steinke-Kalembka), czy może postawić na wyznaczanie granic („Kiedy pozwolić? Kiedy zabronić?” Robert J. MacKenzie)? Wyjść od treningu „umiejętności wykonawczych – podstawowych nawyków umysłowych potrzebnych, żeby dziecko umiało się zorganizować, utrzymać koncentrację oraz kontrolować impulsy i emocje” („Zdolne, ale roztrzepane” Peg Dawson, Richard Guare)? Ustalić, czy aby nie przegapiła zaburzeń integracji sensorycznej i im przeciwdziałać („Jak wychować sensorycznego bystrzaka” Lindsay Biel, Nancy Peske)? A może należałoby rozpocząć od zlustrowania rysowanych przez syna obrazków („Bazgroły. Poradnik dla rodziców. Jak dzięki rysunkom zrozumieć charakter i uczucia dzieci?” Crotti Evi)? Po 40 minutach przed regałem matka czuje się umysłowo obezwładniona.

Rodzice mają z czego wybierać. Niemal każde wydawnictwo wypuściło na rynek przynajmniej kilka pozycji. Niektóre spychają się nawzajem ze szczytów list bestsellerów. Na około 120 tys. tytułów, sprzedawanych przez Empik, klasyczna już pozycja Adele Faber i Elaine Mazlish „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” (poświęcona temu, jak pogłębiać kontakt z dzieckiem, stawiając mu granice) zakończyła rok na wysokim 40. miejscu. Od pierwszego polskiego wydania sprzedało się pół miliona egzemplarzy; niewiele książek w historii osiągnęło taki wynik. Ale w kolejce czekają już inne „biblie współczesnego rodzicielstwa”: Duńczyka Jespera Juula (który pisze, że „dzieci nie potrzebują wychowania, ale przyjaznego przewodnictwa”) czy Jean Liedloff „W głębi kontinuum” (która każe pamiętać, że nawet małe dziecko najwięcej uczy się poprzez angażowanie go do ról społecznych). Jednocześnie w rankingach wciąż nieźle trzyma się „Dziecko. Pielęgnacja i wychowanie” amerykańskiego pediatry Benjamina Spocka z 1946 r.! A w drugim obiegu krąży, dotycząca trochę starszych dzieci, „Bojowa pieśń tygrysicy” Amy L. Chua, traktująca o tym, dlaczego „chińskie matki są lepsze” (bo bezwzględne i skrajnie wymagające) – wydana tylko raz, w 2011 r., ale za to sprzedana w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy.

Czarna czy biała pedagogika

Eksperci od rodzicielstwa i sami wydawcy widzą to tak: w ostatnich dekadach daleko odeszliśmy od wychowania tradycyjnego, surowego czy wręcz autorytarnego, zasilanego systemem kar. – Współcześni dorośli już nie chcą, żeby podstawą relacji z dzieckiem był konflikt – ocenia Dariusz Syska z wydawnictwa MiND, współzałożyciel fundacji FamilyLab Polska. – Ale nie wiedzą, jak działać inaczej niż poprzez całkowite unikanie konfliktów i bezstresowe wychowanie. Wahają się między tymi skrajnymi możliwościami.

Dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW uważa zapoczątkowany około stu lat temu odwrót od dawnej pedagogiki, ochrzczonej później „czarną”, za spóźnione zejście zdobyczy rewolucji francuskiej na niższe piętra. Z praw człowieka zaczęto wyprowadzać prawa dziecka; nauczyciele, lekarze i inni specjaliści szukali nowych metod pracy, uwzględniających indywidualność i zróżnicowane tempo rozwoju dzieci. We Włoszech pracowała Maria Montessori, w Wielkiej Brytanii powstała pionierska szkoła Summerhill, w Polsce rewolucjonizował myślenie o dzieciach Janusz Korczak.

– Równolegle psychologia przechodziła przez podejścia psychometryczne i behawioryzm, psychoanalizę, do perspektywy poznawczej, a wreszcie – do humanistycznej, co kształtowało podejście do wychowania dziecka – podkreśla dr Marta Majorczyk, wykładowca poznańskiego Collegium Da Vinci, doradca rodzinny w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS. Ostateczny wstrząs w myśleniu o wychowaniu przyniosła druga wojna światowa, przez wielu zachodnich psychologów i pedagogów wyjaśniana m.in. błędnymi i upokarzającymi metodami wychowawczymi, stosowanymi przez setki lat wobec kolejnych pokoleń.

Do pogrążonej w totalitaryzmie Polski przez kolejne dekady na szerszą skalę nie przebijały się jednak myśli ani książki twórców tzw. białej pedagogiki, jak Alice Miller, ani też antypedagogiki, jak Hubertus von Schoenebeck. Z poradników było kilka tytułów dotyczących pielęgnacji i zdrowia niemowląt, wśród nich wspomniana książka Spocka. Własną koncepcję – pedagogiki serca – rozwijała Maria Łopatkowa, myśl wychowawcza Janusza Korczaka też była w obiegu, ale raczej w kręgach fachowców. Te idee nie przebijały się do codziennego życia.

Gdy po transformacji, na początku lat 90., otwierano rynek wydawniczy, rozwijająca się psychologia, a za nią pedagogika, nie doszły wciąż do konsensu, jak budować myśl wychowawczą. A skoro wśród pedagogów nie było jasnego stanowiska, nie mogło być go w poradnikach.

Razem czy osobno

I nie ma go do dziś. Rodzicom, którzy nie wiedzą, co czytać, przychodzi w sukurs sieć. Na Facebooku, przy okazji forów poświęconych noszeniu dzieci w chustach, wymianie niepotrzebnych rzeczy, toczą się dyskusje. Co myśleć o tym, co się przeczytało? Zostawiać dziecko samo w łóżeczku czy nie? Brać na ręce często czy czasami? Pod listą porad – listy lektur obowiązkowych, do czytania najlepiej jeszcze w ciąży, bo potem nie będzie czasu. Wraz z instrukcją, co słuszne, a co już nie.

Za najsłuszniejsze uchodzą dziś między innymi książki Jespera Juula. To teraz główny nurt. Najgłośniejszy tytuł „Twoje kompetentne dziecko” sprzedało się w kilkunastu tysiącach egzemplarzy, ciągle są dodruki. – Juul podoba się w Polsce chyba z tego samego powodu co w Niemczech czy w krajach skandynawskich. Wchodzi w środek między tradycyjnym rygorystycznym wychowaniem a stylem zbliżonym do tzw. bezstresowego wychowania, gdzie dziecko znajduje się w centrum, a wysiłki rodziców są skierowane głównie na zaspokajanie jego potrzeb – opowiada Dariusz Syska, tłumacz i wydawca prac Duńczyka. Jull mówi rodzicom, że relacja z dzieckiem powinna być podobna do relacji z partnerem pod względem wzajemnego szacunku i zaufania, ale to rodzic z racji życiowego doświadczenia powinien pozostać przywódcą stada wyznaczającym kierunki działania. Nie może tracić głównego głosu w rodzinie, ale nie musi gonić dziecka batem. Ale też myśl Juula nie jest łatwa, wymaga autorefleksji.

Nurt rodzicielstwa bliskości, zachęcający na przykład do długiego, wręcz kilkuletniego, karmienia piersią, dla wielu rodziców okazał się rewolucją mentalną. Nawet jeśli konkretne postulaty nie wszystkich przekonały, to dały im wiedzę, wedle jakich zasad tworzy się więź matki z dzieckiem – i jak jej jakość przekłada się np. na konstrukcję mózgu dziecka. Czyli jak wpływa na całe życie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną