Szkoła w domu. Lek na skutki deformy edukacji?

Ucieczka do Bullerbyn
O nauczaniu domowym mówi się, że to trzecia gałąź edukacji – obok szkół publicznych i niepublicznych. Na polskim gruncie tamte dwie gałęzie ostatnio dziczeją, trzecia się rozrasta.
Wolna Szkoła Przygoda na Boernerowie - zajęcia w plenerze.
Eliza i Przemysław Danowscy

Wolna Szkoła Przygoda na Boernerowie - zajęcia w plenerze.

Ucieczka z ogarniętych chaosem szkół państwowych do niepublicznych bywa pierwszym krokiem rodziców w odpowiedzi na reformę edukacji.
PantherMedia

Ucieczka z ogarniętych chaosem szkół państwowych do niepublicznych bywa pierwszym krokiem rodziców w odpowiedzi na reformę edukacji.

Klara, córka Sabiny i Piotra, potwornie się rozchorowała. Zapalenie płuc – trzy tygodnie w szpitalu. – Wtedy naprawdę doszło do mnie, cośmy jej zafundowali – wspomina Sabina. Klara była w tzw. dobrej szkole niepublicznej. Wysoko w rankingach, angielski, francuski, zajęcia od rana do nocy, grasz, śpiewasz, tańczysz. W czwartej klasie zaczęło się rozjeżdżać. Po lekcjach obiad z termosu w samochodzie, trening (woltyżerka, kadra narodowa, do pięciu razy w tygodniu), do tego szkoła muzyczna, bo to pasje. Ale potem prace domowe do godz. 22–23. Coraz gorsze wyniki i wyrzuty w szkole. Korowody zmieniających się co rusz nauczycieli. Regularne poranne bóle brzucha i płacz: Nie pójdę do szkoły. – Gdy usłyszałam: Nie chce mi się żyć, powiedziałam: Koniec. Jeśli nie chcesz, to więcej nie pójdziesz – kontynuuje Sabina.

Ucieczka z ogarniętych chaosem szkół państwowych do niepublicznych bywa pierwszym krokiem rodziców w odpowiedzi na reformę edukacji. Liczba uczniów w prywatnych i społecznych podstawówkach wzrosła przez ostatni rok o prawie połowę – do ponad 140 tys. W części szkół niepublicznych uciążliwości życia daleko nie odbiegają od tych w szkołach rejonowych. Różni się poziom kosztów i presji. Na okresowych zebraniach pani dyrektor prezentowała słupki: tu rośnie liczba udziałów w konkursach, tu dzieci z nagrodami. Kropka w kropkę jak prezentacje kwartalnych wyników spółki.

– Decyzja o rzuceniu systemu to był żywioł – przyznaje Sabina. – Niewiele wiedziałam o edukacji alternatywnej, ale zaczęłam obdzwaniać znajomych. I nagle okazało się, że pozasystemowa edukacja to rozrośnięty równoległy świat, który jest tuż obok, dosłownie.

Tych, którzy robią następny krok, już poza system, też wyraźnie przybywa. We wrześniu 2017 r. MEN doliczyło się ponad 14 tys. uczniów w edukacji domowej. To 0,3 proc. wszystkich uczniów w systemie edukacji, ale i tak dwa razy więcej niż dwa lata wcześniej. Ale wśród samych edukatorów domowych słychać, że te tendencje budowały się przez lata.

Pierwszymi, którzy decydowali się na wyjście z dziećmi ze szkół na początku lat 90., od kiedy stało się to możliwe, byli ludzie o skrystalizowanym światopoglądzie, najczęściej zaangażowani katolicy, ale też protestanci lub ateiści. Chcieli łączyć edukację z wychowaniem osadzonym w wyznawanych wartościach.

Z drugiej strony w kolejną fazę rozwoju własnych rodzin weszły rzesze kobiet i mężczyzn od wczesnej dorosłości starających się żyć w świadomości: siebie, ciała, środowiska. Gdy doczekali się dzieci, nosili je w chustach, wychowywali w rodzicielstwie bliskości, według zaleceń poradników Mazlish i Faber oraz Jespera Juula, zdrowo karmili. Empatycznie reagowali na sygnały aspergera i dysleksji, posyłali do przedszkoli Steinerowskich i Montessori, czasem zresztą zostają przy szkołach tego nurtu.

Podstawówka z dzwonkami co 45 minut, twardymi ławkami i pytaniem, czy można iść na siku, nijak się z takim życiem nie spina.

Joanna i Mariusz Dzieciątkowie, współtwórcy Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie, byli jednymi z tych pierwszych uczących w domu. 12 lat temu Joanna zorganizowała naukę domową dla średniego syna Mateusza. Nie spełniał kryteriów gotowości szkolnej w ujęciu systemowym. Z czasem na taką edukację przeszedł też starszy Jakub, a potem najmłodsza Ania.

Dzieciątkowie musieli walczyć w sądzie o prawo do zorganizowania nauki według własnej wizji. W kolejnych latach łatwiej było uchylić drzwi wyjściowe z systemu. Wystarczał wniosek rodziców złożony do dyrektora szkoły, rutynowe oświadczenia, wśród nich o tym, że dziecko przystąpi do egzaminów potwierdzających realizację podstawy programowej, oraz opinia z poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Minister Anna Zalewska furtkę próbuje przyblokować. Od września ubiegłego roku opinia ma być z poradni publicznych (na ogół niechętnych edukacji pozaszkolnej), a szkoła, w której dziecko zdaje egzaminy, musi być w województwie, w którym mieszka. Jednocześnie subwencja dla szkół za prowadzenie dzieci w edukacji domowej spadła o 40 proc. w porównaniu z kwotą przyznawaną na uczniów systemowych. Sympatyzująca z PiS katolicka odnoga „domowych” doznała szoku – jak nominalnie prorodzinna partia może tak bezceremonialnie godzić w prawa rodziny do wyboru formy kształcenia własnych dzieci?

Życie codzienne w szkole

Odpływ z systemu na razie jednak nie hamuje. W krajach z dłuższą tradycją edukacji domowej korzysta z niej ok. 2 proc. populacji dzieci szkolnych, u nas wciąż jeszcze dziesięć razy mniej. Młoda fala oświatowych dysydentów często – obok klasycznej nauki dzieci pod okiem rodziców – wybiera inne formy: społeczności działające na podobieństwo modnych kooperatyw. Najczęściej w duchu edukacji pozbawionej przymusu oraz autorytarnego traktowania uczniów, unschoolingu, zakładającego, że dziecku należy stworzyć przestrzeń, by mogło rozwijać się zgodnie z własnym potencjałem – poprzez zabawę, realizację naturalnych potrzeb, wspieranie w sytuacjach społecznych. W Poznaniu pionierem tego ruchu był Michał Jankowski, w Warszawie – Marianna Kłosińska, założycielka Fundacji Bullerbyn. Przez lata idee rozpączkowały na większe i mniejsze ośrodki. Mapa grup i szkół nieustająco się tworzy, toteż nie sposób ich zliczyć.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną