Społeczeństwo

Kto pójdzie po parawan?

Pacjenci pozbawieni godności

Gdy rozmawia się z lekarzami o godności pacjenta i o szacunku, każdy zapewnia, że jest owymi wartościami autentycznie przejęty. Gdy rozmawia się z lekarzami o godności pacjenta i o szacunku, każdy zapewnia, że jest owymi wartościami autentycznie przejęty. PantherMedia
To, że pacjent w polskich szpitalach wciąż jest narażony na niewygodę, grubiaństwo i poniżenie, zwala się na bezosobowy „system” lub „czynnik ludzki”. Jedno i drugie niewiele wyjaśnia.
Komfort psychiczny i dobre samopoczucie bardzo powoli stają się w Polsce wartościami, o które chce się zabiegać.EAST NEWS Komfort psychiczny i dobre samopoczucie bardzo powoli stają się w Polsce wartościami, o które chce się zabiegać.
Troska o intymność i godność pacjentów jest w Polsce dość nowym zjawiskiem.PantherMedia Troska o intymność i godność pacjentów jest w Polsce dość nowym zjawiskiem.

Artykuł w wersji audio

To nie jest tekst o wszystkich lekarzach, pielęgniarkach i salowych. Ani o wszystkich szpitalach. Empatycznych i życzliwych ludzi w służbie zdrowia jest wielu, może nawet ich powoli przybywa (tak jak elegancko wyremontowanych oddziałów). Szkopuł w tym, że to, czy człowiek chory trafi na życzliwość i wsparcie, czy też na arogancję i poniżenie, wygląda na niemożliwe do przewidzenia. Zależne od szczęścia. Co wzmacnia przypisane chorobie niepewność i lęk.

Zauważyli to kontrolerzy NIK przy okazji niedawnego badania „Ochrona intymności i godności pacjentów w szpitalach”. – Największe problemy z poszanowaniem praw pacjenta były tam, gdzie jest przestarzała infrastruktura: wieloosobowe sale, pacjenci przyjmowani ponad możliwości techniczne i umieszczani na korytarzach. W większości szpitali toalety i prysznice znajdowały się na korytarzach i często było ich za mało – opowiada dyrektor Sławomir Sierański z NIK.

Warszawski szpital Solec: na 32 pacjentów Oddziału Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej trzy sanitariaty, w tym jeden dla kobiet, jeden dla mężczyzn i jedna wspólna damsko-męska łazienka – dwa prysznice oddzielone od siebie tylko ścianką działową i zasłoną. Ale nie ma prostych zależności, że tam, gdzie przestarzała infrastruktura, pacjenci częściej doznają obcesowego zachowania lekarzy czy pielęgniarek niż tam, gdzie czyściej i przestronniej. Bywa, że elegancko jest tylko w przestrzeni fizycznej. Stołeczny szpital położniczy (nieobjęty kontrolą NIK), chluba systemu, pastelowe ściany niczym w serialowej Leśnej Górze, łazienki przy pokojach, zapach świeżości, regulowane łóżka. Lekarka z położną odwiedzają pacjentki z dziećmi. Jedna pyta, czy z bioderkami noworodka wszystko jest w porządku: „Pfy – prycha lekarka – co wy dzisiaj z tymi bioderkami?! Czwarta pyta o to samo!”. „Pewnie w TVN Style coś było” – wtóruje w twarz pacjentce położna.

Badanie NIK było dość skromne – objęło cztery województwa, 12 szpitali, poruszało m.in. temat monitoringu – czyli nadużywanych również w służbie zdrowia kamer, więc niejako z automatu dotyczyło większych placówek w większych miastach. Skarg na naruszenie prawa pacjenta do intymności i godności przez dwa lata zliczono tam 59. Przede wszystkim na arogancję, lekceważenie pacjenta przez lekarza, długie oczekiwanie na pomoc, przekazywanie informacji o stanie zdrowia w obecności obcych osób. W Biurze Rzecznika Praw Pacjenta w 2014 r. podobnych spraw było 13, rok później – 31, w 2016 r. – 40. Rzecznik opisuje prawo do poszanowania intymności i godności jako na tle innych praw „nieprzestrzegane w stopniu średnim”. – Ale formalnych skarg jest relatywnie mało wobec tego, co na co dzień mówią pacjenci o tym, jak czują się w szpitalach traktowani – zauważa Joanna Pietrusiewicz z Fundacji Rodzić po Ludzku. – W badaniach, które teraz prowadzimy, kobiety przyznają, że doświadczyły łamania różnorakich praw, także naruszeń godności, ale ostatecznie przede wszystkim cieszą się, że poród się udał i że wyszły ze zdrowym dzieckiem. „Zachowali się beznadziejnie, ale trudno – następnym razem zrobię sobie cesarkę” – kwitują.

Opowiada pacjentka oddziału wewnętrznego w dużym szpitalu klinicznym: – Pielęgniarka przychodzi do mnie ze sprzętem do badania EKG. Rozbiera mnie do pasa, chociaż u pacjentki, która leży na drugim łóżku, siedzi gość. Sprzęt do EKG nie działa. Pielęgniarka kilkanaście minut próbuje naprawić, wzywa kogoś do pomocy, ja cały czas leżę rozebrana, przy sąsiednim łóżku ten gość. W końcu pojawia się oddziałowa i zaczyna krzyczeć na pielęgniarkę, dlaczego przynajmniej nie postawiła parawanu. Przełożona krzyczy, a ja wciąż leżę rozebrana. Ta pacjentka też nie złożyła żadnej skargi.

Dr Mariola Kosowicz, psycholog z warszawskiego Centrum Onkologii, się temu nie dziwi: – Człowiek, który staje się pacjentem, jest bardziej podatny na skrzywdzenie. Z jednej strony jeszcze bardziej, niż będąc zdrowym, potrzebuje, by zachowano jego intymność, z drugiej – godzi się niemal na wszystko, bo obawia się, że może być odebrany jako „problemowy” pacjent, co może odbić się na relacjach z personelem medycznym. Nie powie, że nie zgadza się np. na rozbieranie przy obcych czy na obecność studentów w czasie badania, choć przeżywa tę sytuację dotkliwie.

Komfort psychiczny i dobre samopoczucie bardzo powoli stają się w Polsce wartościami, o które chce się zabiegać. Ludzie zaczynają się nad tym zastanawiać. W sondażu CBOS „Opinie o funkcjonowaniu opieki zdrowotnej” oceniających, że pacjenci są traktowani z życzliwością i troską, przez dziewięć lat ubyło o 26 proc. – z 75 proc. do 49. O ile to, na jakie traktowanie w szpitalu się trafi, może się wydawać kwestią losową, o tyle jeśli choroba się wydłuża, jakieś naruszenie godności i intymności ostatecznie niemal na pewno pacjenta spotka.

Jak rodziła się troska. I (nie) rosła

Faktycznie troska o wartość, którą stanowi intymność i godność pacjentów, jest w Polsce dość młoda – jeżeli za jej wyraz przyjąć prawne regulacje. Osobna ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, wymieniająca obok prawa do m.in. świadczeń zdrowotnych, informacji i tajemnicy, właśnie prawo do godności i intymności, została w Polsce przyjęta ledwie 10 lat temu, w 2008 r., w konsekwencji głośnej sprawy Alicji Tysiąc. Wcześniej o tych pojęciach wspominano niejako mimochodem, np. w ustawie o zawodzie lekarza czy w przyjętej w latach 90. Karcie Praw Pacjenta, która jednak była tylko rozporządzeniem.

Poza legislacyjnym awansowaniem prawa do godności i intymności niewiele zrobiono, by faktycznie je upowszechnić – i wśród pacjentów, i wśród samych lekarzy. Pacjenci zyskali możliwość składania skarg do swojego rzecznika, lecz korzyści z tego płyną symboliczne: – Rzecznik może wystąpić np. do szpitala, w którym stwierdzi naruszenie jakiegoś prawa pacjenta – tłumaczy Michał Grabiec, radca prawny zajmujący się prawem medycznym. – Ale ma to charakter de facto pouczenia. Co też wyjaśnia powściągliwość w składaniu przez pacjentów skarg. Konsekwencje ze strony środowiska zawodowego, np. sądu lekarskiego, za naruszenie akurat prawa do godności są teoretyczne – jeśli się zdarzają, to niezwykle rzadko. – W sądach powszechnych tego typu zarzuty też są trudne do udowodnienia. Pacjentka powie: „Lekarz mnie obraził”, lekarz: „Nie obraziłem”. A do niedawna w najlepszym razie i tak można było liczyć na zadośćuczynienie na poziomie 2 tys. zł – kontynuuje mec. Grabiec.

Za dyżurne wyjaśnienia niedogodności i niezręczności, których ofiarami padają chorzy, służą „system” lub też „czynnik ludzki”. Jakaś część prawdy w tym jest. Lekarz czy pielęgniarka harujący trzecią dobę mogą być na granicy fizycznego wyczerpania, chować się za drzwiami bez klamki, warczeć „teraz się je”.

Jednak system nie rodzi i nie napędza się sam. O tym, że głównym powodem naruszeń praw jest za mało pieniędzy – i tych na remonty, i tych na świadczenia zdrowotne – mówi prezes Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja. Mówiło to wielu jego poprzedników i kolegów – także ci, którzy zostali potem ministrami. A z chwilą wchodzenia w politykę wpadali w tę samą, zastanawiającą, koleinę myślenia: obawa przed karą wyborców za podniesienie kosztów opieki medycznej jest silniejsza niż nadzieja na – także polityczny – zysk płynący z poprawy jakości służby zdrowia. To kolejny moment, który coś mówi o polskiej hierarchii wartości (pisowski minister Łukasz Szumowski w lutym, zdawało się, przekroczył Rubikon: zawarł porozumienie ze strajkującymi lekarzami rezydentami, że nakłady na służbę zdrowia wzrosną do 6 proc. PKB w 2024 r., ale niedawno pojawiły się obawy, że i ta umowa może nie zostać dotrzymana).

Wciąż paternalizm

Na niedoskonały z natury „czynnik ludzki” też można próbować wpływać. – Jeszcze 10, a nawet pięć lat temu zajęcia z komunikacji z pacjentami proponowano studentom uczelni medycznych tylko w ramach fakultetów. Na części uczelni były, na innych nie, trochę przypadkowo i chaotycznie – przyznaje dr Antonina Doroszewska, pełnomocnik rektora ds. utworzenia Centrum Edukacji Medycznej na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Prof. dr hab. Paweł Łuków, etyk, który kształci przyszłych lekarzy, dostrzega luźny stosunek do kompetencji wpływających na sposób traktowania przyszłego pacjenta już przy rekrutacji na studia. Przez to, że odbywa się ona wyłącznie na podstawie wyników matur, na kierunki medyczne mogą się dostać osoby, które nie mają jakichkolwiek predyspozycji do pracy z ludźmi. I – jeśli tylko są wystarczająco pilne – mogą ukończyć studia z niezłym wynikiem. Do tego z badań przeprowadzonych kilka lat temu przez Uniwersytet Gdański wśród studentów medycyny wynika, że ich motywacja do pracy w zawodzie z roku na rok spada. Przybywa tych, którzy uważają, że popełnili błąd, wybierając zawód lekarza.

A gdy ostatecznie zaczną pracę, stają wobec pomieszania ról. Bo z jednej strony w Polsce mocno trzyma się przekonanie, że „doktor” to autorytet nie tylko medyczny (lekarze mieszczą się w pierwszej dziesiątce różnorakich rankingów prestiżu zawodów od lat). Z drugiej sam lekarz często ma przekonanie, że pacjenta interesuje kwestia poprawy jego stanu zdrowia – wyłącznie i tak bardzo, że na technicznych kwestiach medycznych skupia całą uwagę. Część lekarzy przejawia więc skłonność, by zachowywać się z wyższością i paternalizmem. Rzetelna i naukowa medycyna jednak wobec wielu problemów wciąż pozostaje bezradna, a lekarze mniej lub bardziej przesadnie obawiają się odpowiedzialności prawnej, więc na wszelki wypadek zachowują się defensywnie, usztywniają, mało mówią. Choć z badań wynika, że pacjenci lepiej poinformowani mają mniejszą skłonność do wytaczania procesów.

Kolejna niejasność panuje wokół tego, co w języku polskim oznacza godność. – Mówi się o „poczuciu godności” w znaczeniu, że komuś można zrobić coś, przez co będzie czuł się gorszy, skrępowany – tłumaczy prof. Łuków. – I według mnie o tym mówi ustawa o prawach pacjenta. Ale jest też drugie znaczenie pojęcia „godność” – jako przyrodzonej własności istoty ludzkiej. Gdy toczą się dyskusje publiczne, np. wokół eutanazji, przeciwnicy jej dopuszczalności prawnej mówią o tym drugim znaczeniu, a zwolennicy – o pierwszym, że ktoś będzie czuł się poniżony, będzie cierpiał itd. Mam wrażenie, że w klinikach bardzo często ta druga godność, „przyrodzona”, jest tym, na co się patrzy przede wszystkim, a ta pierwsza gdzieś znika. Godność ludzka jest tak wielka, że zasłania ludzi. Dlatego etyk sam na zajęciach unika podobnych sformułowań, mówi raczej o szacunku wobec innego człowieka.

Smartfon zamiast sądu

Gdy rozmawia się z lekarzami o godności pacjenta i o szacunku, każdy zapewnia, że jest owymi wartościami autentycznie przejęty. Co ciekawe, nie są zbyt chętni, by mówić o tym w mediach pod nazwiskiem. Często mają też kłopot z wymienieniem codziennych przejawów owego szacunku (że nie należy się spóźniać), prostych zasad sprzyjających komunikacji: jak usadowić się z pacjentem przy biurku (przy sąsiadujących krawędziach, nie naprzeciwko siebie).

A świadomość i oczekiwania pacjentów, choć powoli – rosną, tak jak poczucie prawa do komfortu w innych sferach życia. Widać to także w wysokości odszkodowań za naruszanie prawa do godności – w ostatnim czasie sądy wyceniają je już na 10–15 tys. zł.

W niektórych miejscach „systemu” „czynnik ludzki” próbuje wprowadzać więc zmiany, co jednak nieraz wychodzi chaotycznie, a wręcz groteskowo. Kontrolerzy NIK w swoim raporcie pochwalili procedury dotyczące praw pacjenta m.in. w Szpitalu Praskim w Warszawie, gdzie pracownikom wprost nakazano postępować w sposób zapewniający poszanowanie intymności i godności, wykorzystywać parawany, zasłony, oddzielne sale i pokoje badań. W tym samym szpitalu pacjenci skarżyli się właśnie na aroganckie zachowanie personelu, długie (do 11 godzin!) oczekiwanie na pomoc w szpitalnym oddziale ratunkowym, umieszczanie kobiet i mężczyzn za jednym parawanem i brak zainteresowania pacjentem.

Jednocześnie współczesność przynosi pacjentom możliwości reakcji na upokorzenie szybsze i skuteczniejsze niż abstrakcyjne wnoszenie skarg.

Szpital w Łowiczu. Rodzice pacjentów oddziału pediatrycznego mogą towarzyszyć swoim dzieciom – ale miejsca dla nich są piętro wyżej, w „hotelu dla matek”. Kto chce być przy łóżku dziecka, nocuje na krześle lub materacu, normalnie płacąc za hotel. Tak było przez lata, ostatnio matki i ojcowie chorych zrobili dym na Facebooku. Dyrekcja szpitala opracowała nowy regulamin opłat, zapewnia, że wdroży go tuż po remoncie oddziału.

Kliniczny Szpital Wojewódzki nr 2 w Rzeszowie. Pacjenta z problemem neurologicznym na sali intensywnego dozoru położono z kobietami. Jak opowiada mężczyzna, dopiero po licznych prośbach oddzielono chorych parawanami, wcześniej pacjentki myto i przebierano przy nim. Dyrektor szpitala twierdzi, że to nieprawda, ale mężczyzna zrobił zdjęcie, szpital został opisany przez „Fakt”. Na całą Polskę zrobił się wstyd (powściągliwość w używaniu parawanów też potwierdza NIK; w niektórych szpitalach rozstawiano je między łóżkami na czas umówionej wizyty kontrolerów, wcześniej były chowane w magazynach).

Znaczenie infamii z przyczyn oczywistych najprędzej pojęły szpitale prywatne, gdzie wewnętrzne standardy dotyczące komunikacji z pacjentem nie tylko powstają, ale też na ogół są pilnowane. Mówią o tym, jak personel ma być ubrany, że spotkanie z pacjentem lekarz zaczyna i kończy podaniem ręki, że rozmowy o kwestiach medycznych przeprowadza się w gabinecie. Pacjenci w ankietach wystawiają oceny lekarzom – i oni, i ich przełożeni widzą, jak wypadają na tle średniej. Nawet ci, którzy bywają obcesowi, pracując równolegle w placówce publicznej, w niepublicznej często przestawiają się na inny bieg. Z czego można wnosić, że wyjaśnienie, iż za stosunek do pacjenta odpowiada jakiś stały „czynnik ludzki” to tylko wytrych.

Uczyć empatii

Dr Antonina Doroszewska z WUM podkreśla, że od kilku lat w kolejnych uczelniach medycznych zajęcia z komunikacji z pacjentem i tzw. umiejętności miękkich zyskują status obowiązkowych. – Tak jest u nas, a także m.in. w Collegium Medicum UJ, na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie, w Collegium Medicum UMK. Wielu studentów żywo interesuje się tym tematem. Wczoraj pod koniec moich zajęć sami rozpoczęli dyskusję, jak zapewnić intymność, gdy trzeba zbadać pacjenta i porozmawiać z nim na wieloosobowej sali chorych. I sami wpadli na to, że wystarczy przynieść parawan – opowiada dr Doroszewska.

Naczelna Izba Lekarska przygotowuje szkolenia i warsztaty poświęcone kompetencjom miękkim oraz skutecznej komunikacji z pacjentami. To odpowiedź na wyniki wewnętrznych badań. 97 proc. lekarzy do 35. roku życia oceniło, że znaczenie tego w relacjach z pacjentami jest co najmniej tak samo ważne, jak wiedza i umiejętności fachowe. Ale starsi podzielają tę opinię znacznie rzadziej.

Dr Mariola Kosowicz zgadza się, że poszanowania godności pacjentów trzeba uczyć w szkołach wyższych, uważa jednak, że to nie wystarczy: – Należałoby zapewnić lekarzom i reszcie personelu systematyczne wsparcie, superwizję trudnych sytuacji w relacji z pacjentem, co pozwoliłoby przeciwdziałać nabywaniu negatywnych schematów w komunikacji. Bez tego, nawet jeśli wyjdą z uczelni dobrze przygotowani, ich zasoby mogą okazać się niewystarczające w zderzeniu ze stresem, zmęczeniem, trudnymi rozmowami.

Ale to by oznaczało nałożenie na ludzi dodatkowych obowiązków, wydanie systemowych pieniędzy.

Na razie zatem wiele sal szpitalnych to pola walki o szacunek i znaczenie, wszystkich ze wszystkimi: przemęczonych lekarzy strofujących personel i pacjentów, źle opłacanych pielęgniarek osłaniających chorych według własnego widzimisię, salowych trzaskających drzwiami od świtu, i pacjentów, którzy zaczynają dostrzegać, że to wszystko jednak nie tak powinno wyglądać. A ich godność najlepiej pilnowana jest tam, gdzie działają poważnie traktowane procedury i gdy pojawia się realne zagrożenie – jakkolwiek pojmowaną – karą. Empatia wymuszona? Lepsza niż żadna.

Polityka 25.2018 (3165) z dnia 19.06.2018; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Kto pójdzie po parawan?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną