Azjaci wykorzystywani na polskim rynku pracy

Niewolnicy są wśród nas
Najpierw byli Ukraińcy, teraz czas na Azjatów. Tak powstaje trzeci świat polskiej pracy. Będą konsekwencje.
Polscy plantatorzy protestują: chcieliby jeszcze więcej i jeszcze tańszych pracowników ze Wschodu.
Li Zhongfei/123 RF

Polscy plantatorzy protestują: chcieliby jeszcze więcej i jeszcze tańszych pracowników ze Wschodu.

Wygląda na to, że wrota przed azjatyckim pracownikiem będą otwarte znacznie szerzej niż dotąd.
Łukasz Głowala/Forum

Wygląda na to, że wrota przed azjatyckim pracownikiem będą otwarte znacznie szerzej niż dotąd.

Gdyby to zależało od polskich agencji pracy tymczasowej, to Azjatów byłoby w Polsce nawet… 10 razy więcej.
Stefan Maszewski/Reporter

Gdyby to zależało od polskich agencji pracy tymczasowej, to Azjatów byłoby w Polsce nawet… 10 razy więcej.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Niewolnicy są wśród nas

Oferta nazywa się „Jobs Plus” i została przygotowana przez krakowską agencję pracy Job Service. Zaczyna się dość niewinnie. „Wychodząc naprzeciw rosnącym potrzebom rynku poszerzyliśmy zakres swoich usług o pracowników z Dalekiego Wschodu, głównie pochodzących z Indii, Nepalu, Bangladeszu czy Wietnamu”. Czytając dalej, można się jednak poczuć, jakby się wróciło do szkolnej ławki i znów musiało czytać o przypisanych do ziemi i w pełni dyspozycyjnych chłopach na folwarku pańszczyźnianym. „Co daje współpraca z Jobs Plus?” – pyta w ogłoszeniu krakowska firma. „Dostarczamy pracownika gotowego do rozpoczęcia pracy z gwarancją pełnej dyspozycyjności. Brak zwolnień L-4. Brak dopłat za nadgodziny. Brak dodatkowych kosztów za urlopy. Brak dopłat za pracę w niedziele i święta”. Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, taka przynęta dla potencjalnych pracodawców: „Ze względu na koszt oraz czas podróży pracownicy ci nie opuszczają miejsc pracy z powodów rodzinnych oraz świąt”. Albo: „Ich dodatkowym atutem jest lojalność wobec pracodawcy”.

Trzy światy polskiej pracy

Czytanie takich ogłoszeń ma sens. Dla wielu Polaków to pewnie jedyna szansa, by zajrzeć na zaplecze współczesnego polskiego kapitalizmu. Nie do klimatyzowanych biur, na wyjazdy integracyjne czy informatyczne szkolenia. Tylko do ubojni, stoczni, sadów albo na budowy. Właśnie tam, gdzie uwija się coraz więcej pracowników z zagranicy. W ich coraz bardziej egzotycznych językach oraz odmiennym kolorze skóry nie ma oczywiście niczego niewłaściwego. Pracownik to pracownik i powinien mieć te same prawa niezależnie od tego, gdzie się urodził. Sęk w tym, że tu nie ma mowy o żadnej równości.

W Polsce zaczyna być tak, że świat pracy rozjeżdża się na trzy części. Świat pierwszy to domena polskiego pracownika. Tu szału wciąż nie ma (ostatnio PIP wykryła nieprawidłowości z płacą minimalną w jednej trzeciej firm). Ale przynajmniej się trochę poprawia. Spadło bezrobocie, wzrosła płaca minimalna oraz oczekiwania płacowe. Ożywiły się też po latach zapaści (i dobrze!) związki zawodowe.

Obok mamy drugi świat, zdominowany przez ponad milion pracowników z Ukrainy. Jest on dużo trudniejszy od tego „polskiego”, a przypadki ordynarnego wyzysku (różne jego barwy opisaliśmy w POLITYCE 9) są tutaj bardzo częste. Ale i ten świat podlega szybkim przemianom. Pomaga w tym pokrewieństwo językowe oraz duża mobilność pracowników z Ukrainy.

I jest wreszcie świat trzeci. Pełen Nepalczyków, Bengalczyków, Hindusów, Filipińczyków czy Pakistańczyków. Tu polskie prawo pracy obowiązuje wybiórczo, a często tylko teoretycznie. No bo gdyby obowiązywało w pełni, to czy komuś przyszłoby do głowy chwalić się, że dostarczy pracownika o „pełnej dyspozycyjności”, i gwarantować, że nie będzie się on domagał nadgodzin? Gdy pytamy przedstawicieli firmy Job Service, czy nie uważają swojej oferty za kontrowersyjną, słychać konsternację. Pada odpowiedź, że taki mamy rynek. Że na tym polega tzw. leasing pracowniczy. Czy wreszcie, że przecież… wszyscy tak robią.

Przyglądając się branży pośrednictwa pracy tymczasowej, trzeba przyznać, że krakowski Job Service nie jest bynajmniej jakąś czarną owcą. Wiele agencji pracy tymczasowej nie ukrywa nawet, że Nepalczycy, Bengalczycy czy Hindusi to towar jak każdy inny. A oni – agencje pracy tymczasowej – są jakby odpowiednikiem średniowiecznego handlarza niewolników, który zachwala ich swoim klientom na podobnej zasadzie jak zwierzęta gospodarskie albo rodzaj nowego narzędzia. „Pracownicy z Azji dzięki wielowiekowym tradycjom agrarnym są doskonale przygotowani do prac powtarzalnych (np. w rolnictwie) – pisze na swojej stronie warszawska agencja East West Link. Firma dodaje, że „ze względu na specyfikę zezwoleń na pracę są oni [pracownicy] przypisani do danego pracodawcy na okres umowy”. Czytaj: nie ma szans, że ci nawieją do konkurencji, więc nie kłopocz się zbytnio ich dobrostanem.

„Dlaczego pracownicy z Nepalu?” – pyta z kolei Nepalska Agencja Zatrudnienia z Łodzi. „Nepalczykom nie jest obca ciężka i wymagająca praca. Chętnie z dużą ilością godzin”. Czyli: nie miej, kochany pracodawco, żadnych skrupułów. Oni po prostu lubią tyrać. Taka już ich azjatycka natura. „Duże koszty dotarcia do Europy sprawiają, że pracownicy z Dalekiego Wschodu są niezwykle zmotywowani i lojalni. Solidnie wykonują swoją pracę, ciesząc się z oferowanych im w Polsce warunków – to cytat z folderu reklamowego toruńskiej agencji GP Remedy. To całkiem, jakby w Wielkiej Brytanii czy Niemczech reklamować polskich pracowników jako nawykłych do ciężkiej, monotonnej pracy podludzi, którzy i tak u siebie mają gorzej.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną