Fundusz Kościelny plus. PiS jak zawsze hojny dla duchownych
Dziwnym trafem mniejszości religijne korzystają – w osobliwych warunkach ustroju demokratycznego – z dobrodziejstw państwa wyznaniowego, którym nadal, tak teraz, jak przed wiekami, jest Polska.
Fundusz Kościelny to szczególnie wredny przywilej – bo dlaczego akurat ksiądz ma mieć emeryturę państwową i to całkiem za darmo?
delfi de la Rua/Unsplash

Fundusz Kościelny to szczególnie wredny przywilej – bo dlaczego akurat ksiądz ma mieć emeryturę państwową i to całkiem za darmo?

Dobrze mają protestanci i wyznawcy judaizmu, tudzież islamu. Ich kapłani dostają od państwa składki emerytalne i zdrowotne – i to coraz wyższe. A wszystko dlatego, że mamy równość i demokrację, przez co przywileje Kościoła rzymskiego muszą być rozszerzane na „inne wyznania”. W ten to sposób pod parasolem pozorów demokratycznego państwa prawa chowają się skuleni i niewidoczni „wierzący inaczej”, siedząc cicho, przełykając niewybrzmiałe wyrazy swych znanych skądinąd poglądów na temat wiary katolickiej i Rzymu.

Czytaj także: Prześwietlamy majątek Kościoła

Polska państwem wyznaniowym

Tak to dziwnym trafem mniejszości religijne korzystają – w osobliwych warunkach ustroju demokratycznego – z dobrodziejstw państwa wyznaniowego, którym nadal, tak teraz, jak przed wiekami, jest Polska. Jednym z mniej kosztownych dla społeczeństwa jego przejawów jest tzw. Fundusz Kościelny, który zapewnia składki emerytalne i zdrowotne księżom. Niewielka to kwota, bo zaledwie sto kilkadziesiąt milionów rocznie (nauczanie religii rzymskokatolickiej kosztuje „neutralną światopoglądowo” Polskę co najmniej dziesięć razy tyle) – za to stale rosnąca. Jeszcze kilka lat temu było to niewiele ponad 100 mln – a w roku 2017, jak podaje raport NIK, 159 mln. Wzrasta bowiem płaca minimalna, od której liczone są wysokości składek, a tym samym i rządowa wpłata na Fundusz Kościelny.

Czytaj także: Skąd Kościół ma pieniądze?

Skąd się wziął Fundusz Kościelny

Fundusz Kościelny to wynalazek stalinowski. Miał być rekompensatą za odebrane Kościołowi dobra. Na szczęście ta nieprzystojna doktryna poszła w zapomnienie. Dobra zostały z nawiązką oddane za pośrednictwem monstrualnej Komisji Majątkowej, od której wyroków – zawsze zgodnych z najbardziej nawet fantastycznymi życzeniami Kościoła i wynajętych przez niego „rzeczoznawców” – nie było żadnego odwołania. I, rzecz jasna, żadnego wpływu na Fundusz Kościelny fakt ten nie wywarł. Stał się on bowiem nagim przywilejem kleru, zapisanym w długim szeregu zobowiązań państwa polskiego wobec Stolicy Apostolskiej w umowie hołdowniczej, zwanej konkordatem, do której zawarcia z Rzymem zobowiązuje nas (z pewnością mocą suwerennej decyzji Polski i beż żadnych nacisków ze strony żadnego obcego państwa) konstytucja. Bronimy dziś ustawy zasadniczej jak niepodległości, jakkolwiek warto pamiętać, że nie jest to konstytucja suwerennego państwa. A już na pewno nie państwa świeckiego.

Ta sama konstytucja mówi jednakże (w art. 25) o neutralności religijnej i światopoglądowej państwa. Wobec tego nie ma żadnych konstytucyjnych przesłanek, aby państwo finansowało kult religijny. Nie uważa go bowiem ani za słuszny i prawdziwy, ani za niesłuszny i nieprawdziwy. Tymczasem zasady racjonalnego gospodarowania nakazują, aby środki publiczne wydawane były wyłącznie na cele, które w świetle przepisów prawa i doktryny konstytucyjnej mogły być uznawane za słuszne i pożyteczne.

Polska płaci Kościołowi haracz?

Skoro tak, to Fundusz Kościelny i inne przepływy finansowe na rzecz agend Stolicy Apostolskiej w Polsce, niemające oparcia w konstytucji, a wręcz stojące z nią w sprzeczności, należy uznać po prostu za nielegalne finansowanie działalności obcego podmiotu w Polsce, jakim jest Kościół katolicki, stanowiący zespół osób prawnych dzięki swej podległości prawnej (w sensie prawa kanonicznego i międzynarodowego) obcemu państwu, tj. Stolicy Apostolskiej, podmiotu de facto eksterytorialnego. W sensie traktatowym tego rodzaju płatności są kontrybucjami, a po naszemu – haraczem.

Haracz Kościołowi płaci polskie państwo od zarania. Nie mogłoby bowiem w ogóle takowe powstać w X w., gdyby nie zgoda Kościoła, słono opłacona nadaniami i przywilejami, idącymi za „chrztem Polski” i „chrystianizacją”. Gdyby nie niewątpliwie szczere nawrócenie Mieszka I i jego dworu, a następnie ustanowienie biskupstw i nadanie ziem, papież wiedziałby dobrze, co ma zrobić i z kim rozmawiać, aby żadne „państwo szatana” na wschodnich rubieżach Germanii nie powstało. Jak ktoś bardzo jest ćwiczony w zakłamaniu i odwracaniu kota ogonem, może sobie ten szantaż i przymus przełożyć na „byt państwa polskiego bez Kościoła byłby niemożliwy”. Cóż, prostym ludziom długotrwały ucisk wydaje się tym samym co długotrwała opieka i zasługa.

Kościół z pierwszeństwem w procesie prywatyzacji

Polski Kościół dorobił się wielkich majątków w taki sam sposób jak państwo i arystokracja – przez wyzysk, pracę niewolniczą i podatki. W dawnej Rzeczypospolitej każdy chłop musiał na Kościół pracować, a każdy, kto miał jakieś płody rolne, musiał część z nich odstawiać, gdzie trzeba. Za niesubordynację groziły kary cielesne. Nawet za niestawiennictwo na mszy, a co dopiero za niestawiennictwo w robocie. Prawdziwy biznes polegał jednakże na rozmaitych „fundacjach” i testamentach. Księżom udało się przez stulecia wmawiać ciemnym szlachciurom, że jak ufundują kościół albo zapiszą parę wiosek plebanowi, to łatwiej trafią do nieba. A nawet jak kto nie wierzył w te bajki, to i tak presja społeczna i obyczajowa były tak silne, że płacili, zapisywali i fundowali aż miło.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj