Społeczeństwo

Kto zamyka i otwiera

Śląski kłopot prezydenta

Oto przybył do miasta, które wreszcie daje pracę, a naród nie musi tułać się za nią po świecie. Oto przybył do miasta, które wreszcie daje pracę, a naród nie musi tułać się za nią po świecie. Jarek Praszkiewicz / Forum
Wpadki prezydenckie potrafią wyjść innym na dobre. Omal nie przekonali się o tym hutnicy z Pieńska.
Zamknięta huta Lucyna. Wyrzut sumienia Andrzeja Dudy?Szymon Furmański Zamknięta huta Lucyna. Wyrzut sumienia Andrzeja Dudy?

Artykuł w wersji audio

Prezydent jeżdżący po Dolnym Śląsku, regionie będącym z władzą w nie najlepszych sondażowych stosunkach, nie mógł się nachwalić prosperity miasteczek, w których miał przyjemność stanąć na mównicy. Biegle operował faktami z ich chlubnej historii. Niestety, czasem zbyt spontaniczny, poniósł kilka wizerunkowych strat.

Jedną z wpadek zaliczył w Zgorzelcu, lekceważąc hutników z pobliskiego Pieńska, którym obcy kapitał wymówił pracę. Wymieniając uściski z przywiezionymi autokarami kołami gospodyń wiejskich, ignorował człowieka z tłumu, ponawiającego prośby o wstawienie się za 230 ojcami rodzin, de facto utrzymującymi pół gminy: – Zamykają nasz zakład! – krzyczał za prezydentem. Ten jednak pozostawał obojętny. Dopiero po dłuższej chwili oderwał się od fanów, rzucając: – Proszę się nie martwić, otworzą następny. Po czym wrócił do domagających się uścisków dłoni oraz autografów.

Prezydencka spontaniczność

Owe faux pas pogrążyło prezydenta na dwie godziny. Docierając wieczorową porą na wiec w Lubaniu, zadeklarował natychmiastową interwencję, chwaląc przy tym swój kraj, który tak szybko wyciąga rękę do ludu. W załamanych hutników wstąpiła nadzieja. By za chwilę zgasnąć. Ale, nie uprzedzając faktów, wróćmy do Zgorzelca.

Zanim prezydent wstąpił na podest, zatańczyły przed nim na ludowo przedszkolaki dostarczone z Sulikowa. Zespół regionalny odśpiewał prezydentowi pieśń o czułym dotyku matczynych rąk. Tak uświetniony przemówił. Oto przybył do miasta, które wreszcie daje pracę, a naród nie musi tułać się za nią po świecie. Bo państwo – puentował – niegwarantujące zatrudnienia u siebie nie jest w dobrej kondycji. Prezydent nie chce niczego ponad to, by było normalnie dla normalnych. Następnie zszedł z podestu uścisnąć się z masami w asekuracji panów w ciemnych okularach od Ray-Bana.

Janusz Pawul, lokalny działacz i prowokator rzeczonej wpadki, naprawdę nie chciał podnosić głosu na głowę państwa. Liczył, że ten poklepie go, zapyta, co się stało, i powie coś w stylu: Teraz nie mam czasu, ale pan da telefon, przekażę ministrom. Pawul wrzuciłby na Facebooka, że prezydent pochyla się nad skrzywdzonymi, i byłoby po temacie. Tymczasem został potraktowany jak śmierdzące jajo. Duda ostentacyjnie udawał, iż go nie słyszy, a z oddali cisnął osławioną kwestię: Proszę się nie martwić, otworzą następny, i niewzruszony powrócił do uścisków ze zwiezionym na plac elektoratem.

Pawul nie dowierzał: – To tak? Mówi pan, odczep się, gościu? Pawul poprzysiągł, że zapamięta. Zresztą tę prezydencką spontaniczność zarejestrował w telefonie komórkowym i zamierzał jej użyć.

Wizerunkowych doradców musiała ogarnąć panika. Przecież odtwarzającym to na YouTube nasuną się naturalne podprogowe konotacje z Bronisławem Komorowskim, który podobnym afrontem zawalił wybory w 2015 r., radząc pytającemu, jak przeżyć za 2 tys., by wziął kredyt i zmienił pracę. Toż to dla opozycji gotowy klip wyborczy.

Niestety, ocyfrowany kraj z szerokopasmowym internetem (swoją drogą jeden z programowych priorytetów władzy) sprawił, że incydent wyrwał się spod kontroli. Śmiano się z Dudy do rozpuku, trawestując wypowiedź: Niech prezydent też się nie martwi, będzie następny; W następnym roku znów sezon na grzyby, mirabelki i szczaw; Zwalniają, znaczy się będą przyjmować; Otworzą następny zakład, karny; Boli cię noga? Daj spokój, masz jeszcze drugą; Chęć riposty nie zawsze się opłaca, gdy nie towarzyszy temu zimna kalkulacja.

Podwójnego prześmiewczego dna przydawał zdarzeniu fakt, że odtwórca roli Adriana w „Uchu Prezesa” jest urodzony i wychowany w Zgorzelcu. Retorycznie zwracano się także do niego.

Choć wiecujący nie wzięli prezydentowi za złe palniętych beztrosko słów (w drodze powrotnej do autokarów mówiło się: Człowiek dusza, pofatygował się na sam koniec kraju; Jaka klasa; Coś z niego emanuje), doradztwo wszczęło natychmiastowe czynności mające na celu zneutralizowanie niesmaku. A trzeba wziąć pod uwagę, że na uaktualnienie przemowy mieli tylko dwie godziny, podczas których przemieszczali się z prezydentem do Lubania.

Zanim prezydent wstąpił na podest, odegrała koncert orkiestra dęta. Machała flagami na patyczkach tutejsza podstawówka, która przybyła robić aplauz za przyzwoleniem rodziców, poświadczonym podpisem pod dokumentem następującej treści: „Wyrażam zgodę na udział mojej córki/syna w spotkaniu z prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej. Jednocześnie oświadczam, że ponoszę odpowiedzialność za samodzielne dojście dziecka na miejsce zbiórki oraz jego powrót do domu”. Burmistrz zapewnił znamienitego gościa, iż jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, jeżeli będzie wspierany przez czynniki wysokie, takie jak pan.

Tak uświetniony prezydent wstąpił na podest. Przekazał smutną wiadomość, która dotarła do niego przed chwilą w Zgorzelcu. Przejęty hutniczym losem już porozumiał się z lokalnymi strukturami, pytając je, czy łatwo będzie znaleźć ludziom pracę. Ponieważ usłyszał, iż to nie jest takie proste, zaraz po powrocie podejmie dalsze kroki, rozmówi się z adekwatnymi ministrami, w tym z premierem Morawieckim. – Naprawa Polski – puentował sam siebie – polega na tym, że rękę do pomocy wyciągamy od razu.

Hutnicy z Pieńska czepili się słów najważniejszego człowieka RP jak tonący brzytwy. Słowo prezydenta droższe od pieniędzy – uspokajali matki swych dzieci. Porozmawia z obcym kapitałem i może jakoś go udobrucha. Może powie managementowi, że przed transformacją hutnik to był w Pieńsku szlachcic, zaopatrujący w znicze i weki połowę Europy. Jeśli nie przemówi się z managementem, przyjdzie im dołączyć do robiących u Niemca na taśmie. Codziennie przekraczać kładkę nad Nysą, by przyklejać podeszwy do butów, mieszać dietetyczne twarożki grani lub rżnąć na pieńki drzewa w tartakach.

Przywiązanie do ziemi

Trzeba przyznać, że w głębi dusz nie spodziewali się po prezydencie zbyt wiele. Wszak przed 10 laty jako podsekretarz stanu u Lecha Kaczyńskiego gościł w Pieńsku pod portiernią upadającej huty szkła Lucyna, obiecując zwalnianym odzyskanie zaległych wypłat i dalsze dostatnie życie. W domu kultury siedział między ludźmi na krześle pokrytym ceratą, zdawało się, swój. Niestety, podczas gdy sam trafił na europejski etat, po Lucynie zaczął hulać wiatr, a na dachu wyrosły żywopłoty. Dziękować Bogu, nie nażyto się zbyt długo na tym bezrobociu z powodu ponadprzeciętnej śmiertelności w regionie, wywołanej oparami z zakładowych pieców. Ale ktoś taki jak najistotniejszy człowiek w kraju, który ma na głowie mnóstwo spraw, pewnie tego nie pamięta.

Media rządowe życzliwie zinterpretowały zgorzelecką ripostę, odwrotnie niż internet. Kiedy tylko – minister Paweł Mucha zwracał się do słuchaczy Polskiego Radia – przedstawiono sprawę prezydentowi, rozpoczął on niezwłoczne działania monitorujące, gdyż jest ponadprzeciętnie zaangażowany w sprawy społeczności lokalnych. Co potwierdzał Krzysztof Szczerski, szef prezydenckiego gabinetu, apelując do mediów o wsparcie wysiłków na rzecz nagłośnienia kwestii likwidacji i jej skutków.

Niestety, wzywany na dywanik obcy kapitał pozostawał obojętny na zaproszenia w papeteriach z emblematami państwa, wymawiając się brakiem wolnych terminów.

Uczestniczący w zwołanym na gorąco prezydium Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego analizowali sytuację. Nie wyglądała dobrze. Gremia polskie nie mogą się bowiem doprosić od managementu irlandzkiego z siedzibą w Luksemburgu (co też coś mówi o postawie merkantylnej) żadnych konkretów. Pozostaje on w dalszym ciągu nieugięty, nie mając respektu ani dla prezydenta RP, ani dla delegowanych do negocjacji ministrów rozwoju, już zapoznanych z tematem. A przecież – debatowało się – to nie jest Trzeci Świat. Management, jako właściciel stu fabryk na całej kuli ziemskiej, posiadający międzynarodowe obycie, musi wiedzieć, że instrumenty państwowe zwykle nie zabiegają tak usilnie o względy przedsiębiorcy. Gremia już nie wiedzą, co robić. Czy są w stanie pomóc na siłę komuś, kto najwyraźniej unika kontaktu?

Gdyby mieli szansę, zapytaliby management, jak miał się poczuć prosty polski hutnik, utalentowany szklarsko od pradziada, potraktowany tak przedmiotowo? W sierpniu się mu schlebia, że zaspokaja najbardziej wybrednych klientów (z jednej wytworzonej formy szklanej taki holenderski browar odlewa blisko dwa miliony butelek), a z początkiem grudnia dowiaduje się, iż jest nikim. Zawiadomiony po amerykańsku, że dołoży się wszelkich starań, by trudny proces zwolnień grupowych został przeprowadzony z poszanowaniem godności osobistej. Dla managementu to pewnie tylko Pieńsk, dla hutnika – cały świat.

Może by – debatowało się – nawiązać współpracę z szefem Heinekena? Niesamowicie ludzki, choć też obcy. Zawiadomiony, co przeżywa upadający browar cieszyński, zdołał go uratować. A gdyby jakoś legislacyjnie przeszkodzić w procesie likwidacji? Skoro nas biorą w ryzy, weźmy i ich.

Tak sprawa pieńska sprowokowała dysputę nad polską niepodległością sensu largo. Bo tu nie chodzi tylko o pracę, ale ogólne przywiązanie do ziemi. Tymczasem traktuje się hutę niczym kolonię, nawet zainteresowany kapitał hinduski był już fotografować obiekty. Nie wypada, biorąc pod uwagę dobrą wolę prezydenta, by obcy odwiecznie skazywał ten uciemiężony naród na tułaczkę. Gremium dysponuje telefonem oraz mailem do managementu. Pozostaje czekać, aż zmięknie, usłyszawszy o ludzkiej rozpaczy.

Gdy środowiska Polsce nieprzychylne zaczęły rozsiewać po internecie kawały podważające prezydencki międzynarodowy autorytet, przystąpiły do kontrataku niezastąpione gospodynie wiejskie oraz liczni patrioci. Czy to – ripostowali – Duda prywatyzował? Niech obrońcy zwalnianych drą mordy przed tymi, którzy oddali nasz ojczyźniany majątek, zamiast manipulować niewykształconą opinią ludzką; A co ma kijem zmusić obcych do niezamykania fabryki, w której państwowy bodaj jest tylko grunt?; Może niech go odkupi?; Gdyby w ogóle się nie odezwał, stwierdzilibyście, że lekceważy, jak się odezwał, też źle; Przecież ten człowiek się nie rozerwie, czy musi wiedzieć o każdej dziurze w płocie?; Stara się skupić na podawaniu wyciągniętych do niego rąk, jednocześnie pewnie myśli o setce polskich spraw, a z zamyślenia wyrywa go jakiś tuman; Spieprzajcie dziady, skoro nie chcecie centralizmu PiS, czemu za przeproszeniem zawracacie mu dupę?; Dzwońcie do Jandy homo sowieticusy, ostatnio żaliła się, że musi sama sprzątać, bo nie znalazła gosposi; Kraj kwitnie, chyba głupki telewizora nie macie.

Tymczasem Janusz Pawul wraz z dyrektorem domu kultury, gdzie przed 10 laty przyszły prezydent siedział na krześle obitym ceratą, zdając się swoim człowiekiem, zawiózł do Kancelarii Premiera petycję, pod którą podpisali się ci, co – zgodnie z życzeniem przebywającego w głębi kraju na kampanijnym tournée – chcą jeść polski chleb. Miła pani w okienku podawczym podbiła pieczątkę, nic jednak nie obiecując.

Polityka 42.2018 (3182) z dnia 16.10.2018; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Kto zamyka i otwiera"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną