Społeczeństwo

Upiór w eterze

Mobbing za ekranem – rozmowa z Gretą Gober o dyskryminacji w mediach

Nowa siedziba TVP przy ul. Woronicza w Warszawie. Nowa siedziba TVP przy ul. Woronicza w Warszawie. Andrzej Bogacz / Forum
Rozmowa z kulturoznawczynią Gretą Gober, autorką książki o nierównościach płciowych w mediach, o tym, jak telewizja publiczna łamie kręgosłupy pracownikom.
Greta GoberArchiwum Greta Gober

JOANNA PODGÓRSKA: – Co to jest kreariat?
GRETA GOBER: – To pojęcie stworzone przez badaczy tzw. przemysłu kreatywnego; połączenie prekariatu z creative labour, ludźmi, którzy pracują jako twórcy. Prekariat definiuje warunki ich pracy – w niepewności, bez kontraktów, bez żadnych socjalnych zabezpieczeń. Nie mają poczucia ciągłości, nigdy nie wiedzą, kiedy i skąd przyjdzie następny projekt. A jednocześnie muszą być w pełni dyspozycyjni, co prowadzi do samowyzysku. To jest kreariat.

Tak to wygląda w przypadku telewizji publicznej?
Większość pracowników nie ma etatów. Jeśli mają jakieś umowy, to o dzieło albo umowy-zlecenia, które niewiele gwarantują. Mają bardzo niskie pensje podstawowe, za które w żadnym wypadku nie da się wyżyć. Muszą dorobić wierszówką czy, inaczej, dyżurami grafikowymi. I te honoraria stają się narzędziem kontroli nad pracownikiem, biczem ekonomicznym, który nad nim wisi. Gdy robiłam badanie etnograficzne wśród pracowników newsroomów TVP, rozmawiałam z ludźmi, którzy na umowach o dzieło byli od 10 czy 15 lat.

Taka niepewność może skutkować konformizmem, większą podatnością na presję?
To oczywiście bardziej zależy od osoby. Spotkałam ludzi, którzy, nawet mając umowę o pracę, rezygnowali z niej, gdy uznali, że ich granice zostały przekroczone. Ale na pewno łatwiej jest pozbyć się pracownika bez umowy i może być on bardziej podatny na naciski, by realizować założenia programowe danego newsroomu. Straszakiem na dziennikarzy jest grafik. Jest wywieszany w ostatnim dniu miesiąca i dziennikarz nagle się dowiaduje, że z 15 dyżurów zostały mu dwa. Mimo że nowy szef zapewniał go, że wszystko jest w porządku i chce z nim dalej współpracować.

Te dwa dyżury łatwo przeliczyć na miesięczną wypłatę, że nie starczy na życie, opłaty, ratę kredytu. Dyktatura grafika pozwala manipulować ludźmi; pozbywać się ich w białych rękawiczkach. To, co stało się w ciągu ostatnich trzech lat z telewizją publiczną, w ogóle mnie nie zaskoczyło, bo to na mniejszą skalę działo się tam zawsze. Ludzie są do tego po prostu przyzwyczajeni.

Nie zaskoczyło pani, jak łatwo i szybko telewizja zmieniła się w narzędzie tępej propagandy?
Nie zaskoczyło mnie, że PiS mogło w taki sposób przejąć telewizję i zrobić z niej tubę propagandową w stylu, który – jak myśleliśmy – znamy już tylko z historii. Mechanizmy i kultura tej instytucji były na to podatne. Grunt był przygotowany. W telewizji ludzie od zawsze byli przyzwyczajeni, że są zdani na łaskę rządzących. Większość kadry zarządzającej była wprowadzana na zasadzie politycznych spadochroniarzy. Ale jeśli takie osoby miały kulturę osobistą, coś sobą reprezentowały, dziennikarzom dobrze się z nimi współpracowało.

Uważam, że instytucja medialna nie może funkcjonować na takiej zasadzie, że być albo nie być każdego pracownika jest w rękach jednego pana, który decyduje o wszystkim. Bo może się trafić człowiek o kiepskim charakterze, który zaczyna się na pracownikach wyżywać, mobbingować ich, poniżać. A telewizja publiczna stwarza możliwości, żeby być właśnie takim szefem burakiem. Bez wątpienia jednak to, co dziś się tam dzieje, to nowa jakość. Mówią o tym sami dziennikarze z długim stażem, że takiego zamordyzmu nie było nawet w czasach PRL. Zresztą nasza telewizja publiczna od zawsze była tylko z nazwy, w praktyce zawsze była polityczna.

Część mechanizmów, które pani opisuje, to spuścizna PRL?
Zdecydowanie. W tamtych czasach grafik i wierszówka też funkcjonowały jako bat ekonomiczny, który sprzyjał dziennikarskiej autocenzurze. Wierszówka została wywalczona przez samych dziennikarzy w początkach tej profesji. Miała ona służyć wyróżnieniu, nagrodzie; była pewnym bonusem. W PRL została sprowadzona do roli narzędzia cenzury. Pensje zostały praktycznie ogołocone. Wynagrodzenie dziennikarza zależało od wierszówki. Zatem, przewidując linię programową, która w danym momencie obowiązuje, sam rezygnował z realizacji pewnych materiałów, bo albo dostanie za nie jakieś grosze, albo w ogóle nie zostaną wyemitowane i nie dostanie nic.

Tak działała w PRL autocenzura, bo nie było tyle kadry, by kontrolować wszystkich, a władza chciała mieć gwarancje, że dziennikarze będą robić to, co trzeba. I robili.

Dziś też robią.
Na tej samej zasadzie. Kiedy prowadziłam badania etnograficzne w newsroomach telewizji publicznej przez sześć miesięcy na przełomie 2013 i 2014 r., oprócz wierszówek i grafików, elementem dyscyplinującym były także kolegia redakcyjne. Patrzyłam na to z boku i miałam wrażenie, że to jakaś fikcja. W niektórych newsroomach był obecny tzw. inspektor, będący tak naprawdę przedstawicielem władzy. On, po porannych rozmowach z dyrektorem, już wie, co jest danego dnia wskazane do pokazania, a co nie. To sprawia, że dziennikarze są bierni. Jest kilkoro w newsroomie, którzy starają się walczyć o swoje tematy, ale większość siedzi i czeka na rozdanie: ty zrobisz to, ty zrobisz to, ty zrobisz to. I robią. W ten sposób inspektor ma gwarancje, że zostanie zrealizowane to, co ustaliła tzw. góra.

Szczerze mówiąc, byłam w szoku, że dziennikarze taką sytuację akceptują. Za plecami robią sobie jaja z inspektora-wtyki, ale ostatecznie to on decyduje. Dlatego, myślę, coraz mniej dziennikarzy traktuje ten zawód jako misję czy powołanie, ale jak robotę na akord; taką jak każda inna. Jedna ze starszych dziennikarek tłumaczyła mi, że dla niej to nie jest zawód, ale charakter. To się zmienia. Kiedyś, gdy coś się stało w kraju czy za granicą, wszyscy po prostu stawiali się w pracy, bo czuli, że dzieje się coś ważnego, i chcieli być w centrum wydarzeń. A dziś – ona użyła przykładu 10 kwietnia, gdy rozbił się prezydencki samolot pod Smoleńskiem – mówią: mój dyżur się skończył, do widzenia. Nie ma mnie już w grafiku. Młodzi, którzy idą do tej pracy z misją, a wbrew pozorom są jeszcze tacy, szybko czują się zdegustowani tym, jak wygląda zarządzanie telewizją.

W czasie swoich badań zrobiła pani około 50 wywiadów z pracownikami telewizji. Ilu z nich jeszcze pracuje po wielkiej czystce?
Część osób, z którymi rozmawiałam i które zrobiły na mnie dobre wrażenie, dziś jest kluczowymi propagandystami. To niesamowite obserwować ich dziś na wizji, mając w pamięci tamte rozmowy o etyce pracy. Większość moich rozmówców już nie pracuje. Część straciła pracę w czasie restrukturyzacji, kiedy zostali przejęci przez agencję pracy tymczasowej, a potem zwolnieni. A część musiała odejść wraz ze zmianą władzy. To też jest w telewizji stary mechanizm, a różnica między tym, co się działo i dzieje dziś, to kwestia skali.

Czystki po zmianie władzy oznaczały, że pracę traciła przede wszystkim kadra zarządzająca. Wyrobnicy, czyli ci, którzy muszą zrobić robotę, zostawali. Dlatego w telewizji było mnóstwo ludzi z długim stażem. Opowiadali mi o karuzeli stanowisk, która dotykała średniej i wyższej kadry, głównie nominowanej politycznie. Jeśli przyjmie się stanowisko na górze, jest się jakby skażonym i trudno potem wrócić do pracy dziennikarskiej. Dlatego doświadczone osoby wcale się do awansów nie rwą, nie przyjmują ich, bo wiedzą, że za kolejnym obrotem karuzeli wypadną.

W normalnej instytucji wspinanie się po szczeblach kariery postrzegane jest jako coś pozytywnego. A w telewizji, zwłaszcza ludzie starsi, którzy już niejedno widzieli, wolą powiedzieć: dziękuję bardzo. Wiedzą, że do pracy kreatywnej, do dziennikarstwa, nie mieliby już powrotu.

Z tego wynika, że telewizja publiczna to jakby dwie firmy.
To się nawet symbolicznie przekłada na jej geografię. Są dwa gmachy: przy ul. Woronicza i na placu Powstańców Warszawy. Gdy zaczynałam badania, jeszcze tak o tym nie myślałam. We wspomnieniach dziennikarzy z czasów PRL czytałam, że Plac to bardziej telewizja pracownicza, a „na Woro” więcej się politykuje. A potem okazało się, że jako badaczka w ogóle nie mam dostępu na Woronicza, nie udało mi się tam porozmawiać z nikim, kto reprezentuje tam tzw. pole polityczne.

Budynek przy placu Powstańców to telewizja prekariacka, bardziej swobodna, pełna klitek i ciasnych korytarzy wykładanych linoleum. Warunki niesamowite – stare biurka i krzesła, wszystko się rozpada, klejone na ślinę. Ale panuje atmosfera luzu, wszyscy się znają. Porównuję to do tzw. reżimów płciowych. Plac symbolicznie reprezentuje reżim kobiecy: nieformalny, luźny, intymny. Woronicza to biegun przeciwny – męski, autorytarny. Nowy, luksusowy budynek uosabia niedostępną władzę. W założeniu architekta miał podobno przypominać rolkę filmu. Innym bardziej kojarzy się ze statkiem, zwieńczonym szklaną wieżą, jak mostkiem kapitańskim, do którego nikt niepowołany nie może mieć dostępu.

Gdy prezentowałam na konferencji wyniki swoich badań i pokazałam zdjęcia tych dwóch budynków, jeszcze bardziej dobitnie uświadomiłam sobie, że to dwa światy. To wręcz fizycznie widać.

Chyba jeszcze bardziej upokarzający niż różnice w warunkach pracy musi być dla doświadczonych dziennikarzy fakt, że przychodzą ich oceniać spadochroniarze, którzy nie mają zielonego pojęcia o tej robocie. Nauczyli się z tym żyć?
Za bardzo nie mają wyboru. Pół biedy, jeśli spadochroniarz się nie zna, ale zdaje sobie z tego sprawę i akceptuje fakt, że ma pod sobą w newsroomie kompetentnych wydawców i dziennikarzy, którym można powierzyć odpowiedzialność. Ale kiedy przychodzi ktoś, kto wcześniej zajmował się elektryką, był piekarzem albo kierował cukrownią, uważa, że wszystko wie najlepiej i podważa profesjonalizm swoich podwładnych, to jest upokarzające. A bywa i dolegliwe ekonomicznie. To wydawca wie najlepiej, jak wycenić materiał dziennikarski, w zależności, ile w niego włożono pracy. Czy ktoś tydzień szukał rozmówców i informatorów, czy pojechał sfilmować przecięcie wstęgi. A spadochroniarz, bez dania racji, może tę wycenę zakwestionować. To też jeden ze sposobów kontroli dziennikarzy.

Jak ten system zwolnień i czystek przekłada się na relacje: mistrz–uczeń, na dziennikarskie czeladnikowanie?
Tego już nie ma. Starsi dziennikarze ubolewają, że przychodzi ktoś nowy i po roku, a czasami nawet po kilku miesiącach uznaje się za doświadczonego dziennikarza i tak też jest traktowany. I „wdraża” kolejnych: tak się robi, tu się jedzie, tak się montuje, pyk, pyk i jest. Tempo pracy i zmiany powodują, że na czeladnikowanie nie ma czasu. Po stronie młodych też specjalnie nie ma na to chęci, bo oni często dziennikarzy z długim stażem postrzegają jako starą szkołę, która nie rozumie zasad komercji.

Niedoświadczeni dziennikarze plus grupa politycznych spadochroniarzy – brzmi jak przepis na mieszankę wybuchową. W książce cytuje pani Irenę Dziedzic, która wieszczyła, że któregoś dnia będzie o jednego fachowca za mało, o jednego „protegusa” za dużo i wszystko się posypie.
To jest mieszanka wybuchowa. Dziś dziennikarze bywają tak niekompetentni, że potrafią jedynie trzymać mikrofon. Nie są w stanie zweryfikować niczego, o czym mówi rozmówca, bo nie mają o tym pojęcia. Nie wiedzą, czy ten człowiek kłamie, czy przypadkiem wczoraj nie mówił czegoś innego. Dziennikarz jedzie, podstawia mikrofon, nagrywa „setkę” i do widzenia. Daje to władzy nieograniczone możliwości mówienia, co jej się żywnie podoba.

Irena Dziedzic spuentowała, że jak się wszystko posypie, to i tak tego nikt nie zauważy. Przyszły mi na myśl te słowa, gdy TVP Gdańsk, transmitując pogrzeb Pawła Adamowicza, dało autodeskrypcję z filmu przyrodniczego. Abp Głódź wygłasza homilię, a napis na ekranie głosi: „Stado pawianów rozchodzi się”. I nikt się nie spalił ze wstydu.
I nikt przez dwa miesiące nie zauważył, że Irena Dziedzic, legenda polskiej telewizji, zmarła. Jej słowa pokazują, że to, co dziś dzieje się w telewizji, to nic nowego. Tak się działo już w jej czasach.

Dlaczego po 1989 r. nie udało się odpolitycznić telewizji publicznej?
Karol Jakubowicz, publicysta i medioznawca, pisał, że nie byliśmy wtedy gotowi na przyjęcie demokratycznej kultury. Ustawa była napisana dobrze, zabezpieczała interes społeczny, ale zadziałały nieformalne ograniczenia, pewne niepisane reguły i normy, które się nawet nie do końca świadomie akceptuje. Mnie, jako człowieka z zewnątrz, szokowała obecność inspektora na kolegiach redakcyjnych, a dla ludzi tam pracujących on jest niemal niewidoczny; jego obecność traktują jako coś normalnego. Przez lata są przyzwyczajeni do konformizmu, do siedzenia cicho. Nikt się nie wychyla, bo każdy się boi. Dlatego PiS poszło tak łatwo.

Nie udało się odpolitycznić mediów publicznych, bo z jednej strony zadziałała „pamięć instytucji”, a z drugiej zabrakło woli politycznej. Nie ma jej do dziś. To smutne, co dziś rządzący wyprawiają z publiczną telewizją, ale odpowiedzialność za to ponoszą całe grupy ludzi, które rządziły od lat. PiS po prostu wzniosło tę instytucję na kolejny poziom żenady.

Gdy PiS wygrało wybory, planowało projekt ustawy o mediach narodowych, która – jak pani pisze – całkowicie legalizowałaby zależność telewizji publicznej od rządzących. Projekt utknął, ale też okazał się niespecjalnie potrzebny. Telewizję skolonizowano i bez ustawy.
Nowelizacja ustawy z 2006 r. za pierwszych rządów PiS już wtedy ściśle upolityczniła telewizję publiczną, zmieniając ją w system łupów. Każdy łatwo mógł się zorientować, z jaką partią związany jest prezes TVP. Tylko że do tej pory rządziły koalicje, trzeba było negocjować, dzielić się: ta partia brała Jedynkę, tamta Dwójkę, ten Info, tamten telewizje regionalne. Aż samodzielnie wygrał PiS, wziął media publiczne i potraktował jak podbitą ziemię. Problem w tym, że funkcjonujące tam mechanizmy łatwo na to pozwoliły.

Może po 1989 r. nie byliśmy jeszcze gotowi na przyjęcie demokratycznej kultury, ale przecież przez lata wiele się zmieniło. Zaczęło funkcjonować społeczeństwo obywatelskie, podejmowano próby odpolitycznienia mediów publicznych. Był „Pakt dla kultury”, umowa zawarta między władzą a ruchem Obywatele Kultury, w którym była mowa m.in. o nowej ustawie odbierającej media politykom i przywróceniu ich misji publicznej. Podpisał go premier Donald Tusk. Takich inicjatyw było więcej. Nie da się już mówić, że społeczeństwo nie rozumie wartości demokratycznych i nie jest gotowe na prawdziwie publiczne media. Zabrakło woli politycznej. No i mamy to, co mamy.

ROZMAWIAŁA JOANNA PODGÓRSKA

***

Greta Gober, doktor nauk humanistycznych, kulturoznawczyni, badaczka mediów. W latach 2005–09 była zawodowo związana z telewizją publiczną. Od tamtej pory naukowo zajmuje się badaniem mediów i działa na rzecz eliminacji dyskryminacji ze względu na płeć w mediach. Stypendystka Fulbrighta. Badania naukowe prowadziła m.in. w Centrum Badań Genderowych na Uniwersytecie w Oslo, w Departamencie Gender i Studiów Kobiecych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, w Departamencie Mediów na Uniwersytecie Sztokholmskim. Autorka książki „Instytucja medialna przez pryzmat płci”, Katedra Wydawnictwo Naukowe, 2018 r.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Giszowiec i Nikiszowiec: miasta dla ludzi

Są od siebie diametralnie różne, ale wyglądają tak, jakby podawały sobie ręce. Były na Górnym Śląsku fenomenem kapitalizmu z ludzką twarzą.

Aleksandra Dziadul
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną