Społeczeństwo

Ich love тебя

Jak się dogadują pary mieszane narodowościowo – rozmowa z prof. Agnieszką Stępkowską

Język, który jest naszym rodzimym, determinuje myślenie, opisywanie świata. Język, który jest naszym rodzimym, determinuje myślenie, opisywanie świata. Mirosław Gryń / Polityka
Prof. Agnieszka Stępkowska, socjolingwistka, mówi o tym, jak i jakimi językami dogadują się Polacy żyjący w związkach z obcokrajowcami.
Prof. Agnieszka StępkowskaPiotr Skórnicki/Agencja Gazeta Prof. Agnieszka Stępkowska

MARTYNA BUNDA: – W jakim języku mówią do siebie pary ludzi różnych narodowości?
PROF. AGNIESZKA STĘPKOWSKA: – Podziały językowe w związkach nie są sztywne, nie obowiązują raz na zawsze. Często używa się języka w określonym kontekście emocjonalnym.

Co to znaczy?
Na przykład: inny język do kłótni, a inny do miłosnych wyznań. Badana przeze mnie żona Brytyjczyka w kłótni przechodzi na angielski po to, by dobrze zrozumiał. Inna, przeciwnie, krzyczy w swoim języku, który partner zna słabo, bo to, że on jej nie rozumie, jest też rodzajem szykany, formą manifestacji złości. Ale taka zmiana języka może też działać ochronnie. Para polsko-amerykańska przyznała, że partnerka, Amerykanka, pozytywne emocje zwykle wyraża po polsku, a negatywne – po angielsku, bo to tak bardzo jej męża nie dotyka. Może to żonglowanie utrudnia porozumienie, ale chroni partnera przed ładunkiem emocjonalnym, który niosą słowa. W swoim rodzimym języku ten ładunek zawsze jest większy.

Przybyło nam par mieszanych narodowościowo.
Jesteśmy świadkami rewolucyjnej wręcz zmiany. Wstąpiliśmy do Unii, na to nałożył się kryzys gospodarczy w Europie Zachodniej i zjawisko ogromnej imigracji ekonomicznej. Wszystko to sprawiło, że Polska w ostatnich latach przyciągnęła szczególnie wielu ludzi, którzy zdecydowali się tu zostać. Badania, które prowadziłam, były jakościowe i ukierunkowane lingwistycznie, dlatego nie wiem, czy międzynarodowe związki tworzą się trudniej, czy może np. łatwiej niż relacje z Polakami, ale można żartem powiedzieć, że jeśli na przykład wziąć pod uwagę tylko ślubne pokłosie międzynarodowego programu wymiany studentów Erasmus, to idzie całkiem łatwo. Kilkanaście lat istnienia Erasmusa przełożyło się na całe pokolenie międzynarodowych par.

Swoje dołożyła migracja z Ukrainy. W ostatnich latach po raz pierwszy w historii więcej Polaków żeni się z Ukrainkami niż Polek wychodzi za obywateli Wielkiej Brytanii.
W dużych miastach nie sposób już znaleźć osoby, która nie mogłaby wskazać mieszanej pary wśród znajomych, a i w mniejszych ośrodkach obcokrajowcy wrośli w pejzaż. Z kolei z mojego doświadczenia badawczego wynika, że mamy lekką przewagę związków Polek z obcokrajowcami. Być może to zaszłości z poprzednich lat albo przynajmniej tak ułożyła się moja próba. W każdym razie wszyscy ci unici, ekspaci, imigranci obojga płci, przywieźli do Polski swoje języki. Nieraz bardzo odległe. Francuz żyjący w Polsce, to jeszcze możemy sobie wyobrazić. Ale teraz coraz częściej to także Chinka, Indonezyjczyk, Etiopczyk.

Jak badani przez panią trafiali do Polski?
Różnie. Był Francuz, który nigdy nie chciał mieszkać we Francji. Bardzo się ucieszył, gdy kobieta, z którą był związany, zaproponowała przenosiny. I on, i Polka, która wyszła za Włocha i przywiozła go do Polski, mają partnerów z Erasmusa. Od bardzo dawna w związki wchodzą ludzie, którzy gdzieś tam wspólnie studiowali, a później, na drodze negocjacji, zapada decyzja, że będą żyli w Polsce. Wśród moich badanych była np. para polsko-czeska, która poznała się jeszcze w Związku Radzieckim.

Wielu z badanych to były osoby, które przyjechały nad Wisłę uczyć swojego języka. Jest Duńczyk, Holender, wielu innych. Jest grupa ekspatów, np. Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy przyjechali na kontrakty prowadzić oddziały wielkich koncernów. Wielu partnerów Polek z trochę młodszego pokolenia wybrało nieznany kierunek „Polska” po tym, jak w wyniku załamania gospodarczego zabrakło dla nich pracy w ich krajach. Bywają bardzo indywidualne ścieżki. Japonka uczyła się francuskiego, ale zawsze interesował ją polski, ze względu na Chopina. Miała romantyczną, wyidealizowaną wizję Polski jako kraju, gdzie wszyscy grają na fortepianie i jeżdżą na nartach, i chciała wyjść za Polaka. Z kolei Chinka wyszła za Polaka poznanego na kursie esperanto.

Bardzo częstym zjawiskiem są związki polskich emigrantów z innymi emigrantami. Na przykład Brazylijka, która przyjechała do Polski za mężem, poznała się z nim na praktyce w hotelu w Walii. To zresztą bardzo ciekawe lingwistycznie przypadki, bo takie pary funkcjonują zwykle w pierwszym okresie, używając lingua franca, czyli roboczego języka do codziennych kontaktów, który jest obcy zarówno dla niej, jak i dla niego, a często jest językiem kraju, w którym się spotkali. Przeważnie bywa to angielski, ale nie zawsze. Z czasem lingua franca zmienia się na inny język, bo tak jest jeszcze wygodniej, prościej. W ramach mojego badania język, który nie był rodzimy i pozostał na stałe jako język komunikacji pary, wystąpił zaledwie w pięciu związkach, w pozostałych przypadkach ustąpił pola innemu językowi.

Jakiemu?
W praktyce zwykle jest to rodzima mowa mężczyzny. Choć kobiety z mojej próby badawczej wyjściowo znały mniej języków niż mężczyźni, to w efekcie związków, w których żyły, znały je lepiej. Jeśli nie działo się to wcześniej, wchodziły głębiej w język partnera po narodzinach dzieci.

Nowy język jakoś człowieka zmienia? Język wydaje się czymś znacznie więcej niż narzędziem komunikacji.
Język, który jest naszym rodzimym, determinuje myślenie, opisywanie świata. Słowa niosą za sobą skojarzenia, pewne odruchy, może także blokady. Nie znaczy to, że nie możemy opanować języka i poszerzyć tego spektrum, ale język przyjęty w dorosłości zapewne będzie niekompletny, uboższy o te naleciałości, ten background, ogromnie trudny do przekazania. Języki nabywane w kontekstach naturalnych budują nam część świadomości, pozostawiają ślady – wrośnięte w nas obrazy mentalne. Jedna z moich badanych opowiadała wręcz o tym, że ma inną osobowość, gdy przechodzi na włoski. Samą siebie odbiera jako obdarzoną większym temperamentem osobę. Z kolei Kazaszka mówiła, że już by się wstydziła kląć po rosyjsku, bo to jest za silne, za wulgarne. Za to nie ma problemu z przeklinaniem po angielsku. Słowo asshole swobodnie przechodzi jej przez gardło, i w jej poczuciu ma natężenie wulgarności porównywalne gdzieś z „osłem”.

Język służy także do tworzenia intymności w związku, co z kolei przekłada się na to, czy związek jest szczęśliwy i trwały. Budowanie intymności w nie swoim języku przeszkadza czy, przeciwnie, pomaga?
Odpowiem tak: jeśli nie przeszkadza, to pomaga. Pytałam w badaniach o głęboką komunikację, o poczucie wyizolowania, osamotnienia. Niektórzy nie przeskakują bariery językowej, nawet o tym mówią. Jedna z par polsko-niemieckich opowiada, że ona tak źle reaguje na jego język, że wręcz rykoszetem obrywa polski. Para porozumiewa się w angielskim, choć on świetnie opanował polski. Żona woli, żeby pozostał angielski. Z kolei mąż opowiada, że nie będzie się wyzłośliwiał czy cieszył po niemiecku, bo żona tego nie zrozumie, ale odczuwa to jako rodzaj spętania. Jakoś się z tym pogodzili. Obchodzą te rafy, na ile się da.

Są też pary, które uważają język za sprawę kompletnie nieznaczącą. Tak jest w przypadku męża Chinki. Dla niego język pełni funkcję wybitnie użytkową.

Ci ludzie, którzy mają jakąś wrażliwość metajęzykową, którzy robią z języka obiekt swoich rozmów, z powodzeniem wykorzystują język jako nowy obszar do budowania intymności. „Kobliszku” – mówi Polak do swojej czeskiej żony. Kobliszek to pączuszek. Częścią intymności każdej pary jest jej sekretny język, te wszystkie zdrobnienia, skróty myślowe, hasła, których nie trzeba tłumaczyć. Dodatkowy język daje im nowe możliwości stworzenia czegoś tylko swojego. Tajnego.

Ale też pamiętajmy, że partnerzy patrzą na siebie nie przez pryzmat języka, ale przez pryzmat osoby. Polka żyjąca z Włochem wprost mówi, że nie widzi już w nim Włocha; kategorie narodowe z perspektywy życia z kimś okazują się abstrakcyjne, absurdalne – bo co to właściwie znaczy, że on jest Włochem? Może wzrusza się na widok innej flagi, może wcale nie. Para polsko-hiszpańska dodaje: my chcemy wychować nasze dzieci na ludzi otwartych, a nie „patriotów z flagą i szabelką”.

Po czasie przenicowania multi-kulti wraca stara, dobra maksyma, że kontakt z innością rozwija. Byle odpowiednio bliski…
Inna kultura jest narzędziem poznania samego siebie, szansą na weryfikację skali wartości, na ponowne przyjrzenie się sobie, a język otwiera nam drzwi do tej kultury. W innym języku mamy dostęp do innych kontekstów, innego akcentowania gradacji ważności, innych tabu. A czasem, jak w przypadku Włoszki, o której mówiłyśmy, dostęp wręcz do innej energii, do której nie sięgalibyśmy, pozostając tylko w obrębie swojego języka. Jeśli to połączyć z szerszym kontekstem kulturowym – tak, to może być ogromnie rozwijające. Oraz zaskakujące. Dla mnie wręcz humorystyczny jest ten fragment, gdy Hiszpanka opowiada o koszmarze świąt Bożego Narodzenia w Polsce. Ciemno, wszystko zamknięte, ludzie pochowani w domach… Z jej perspektywy coś nie do pojęcia.

Oczywiście wartością jest też sama w sobie znajomość języka. To fantastyczne ćwiczenie dla mózgu.

Ale jednak dorosłym trudniej opanować nowy język.
Nie jest tak, że dzieci fantastycznie przyjmują języki, a my, dorośli, już nie. Polacy nie mieli gdzie i po co używać obcych języków, ale ostatnie lata przynoszą zmianę. Za sprawą migracji, wszechdostępnej telewizji obcojęzycznej, internetu, Facebooka, na którym pojawiają się teksty we wszystkich językach, przynajmniej angielski stał się lingua franca, którą opanowujemy coraz bieglej. Tak zdarza się nawet wśród osób, które dorosły za żelazną kurtyną.

Weźmy Donalda Tuska w roli szefa Parlamentu Europejskiego. Na naszych oczach nauczył się biegle języka w bardzo dojrzałym wieku, choć wypomina mu się, że wciąż mówi ze słyszalnym akcentem.
Przywykliśmy oceniać biegłość językową właśnie poprzez pryzmat swobody. Tak też intuicyjnie oceniają sprawę ludzie w związkach dwujęzycznych. Moim zdaniem to błąd. Dlatego telewizyjną albo wręcz imigrancką szkołę języka koniecznie trzeba oprzeć na realnej nauce: bez znajomości gramatyki nie sposób czytać w innym języku, a bez czytania – nie ma mowy o dostępie do kultury.

Jest chyba moment, kiedy instynkt powrotu do rodzimego języka działa wyjątkowo silnie. To narodziny dziecka.
Niemal wszystkie badane przeze mnie matki o tym wspomniały. Że do małego, do niemowlęcia, są w stanie mówić tylko we własnym języku. Że to wyjątkowo silny atawizm.

Są jakieś zasady, wedle których wychowuje się dzieci w wielojęzycznych rodzinach?
Są, nawet bogato opisane w literaturze. W przypadku Polski najrozsądniejsza strategia jest taka, by każdy rodzic w rozmowie z dzieckiem używał swojego języka, natomiast w rozmowach rodzinnych, gdy wszyscy w niej uczestniczą, żeby rozmawiano w języku rodzica, który nie jest z Polski. Jak to się mówi żargonowo – w języku mniejszościowym. Bo gdy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły i tak umacnia się w nim język polski. Gdy dziecko idzie do przedszkola, szkoły, bardzo wzmacnia się język dominujący. Większość badanych przeze mnie par przyjęła właśnie ten model. Część działała na wyczucie, część wzorowała się na innych, znanych sobie parach. Niektórzy zapytali lekarzy i usłyszeli właśnie taką poradę.

W zasadzie nie należy też języka mieszać. Ale trzeba wyrozumiale potraktować fakt, że dziecko samo wejdzie w fazę mieszania. Dzieci na przykład łączą słowa z jednego języka z zasadą końcówek czasowników z drugiego. Tato, tu devi latare zamiast volare – latać. Dlatego trzeba w jakimś momencie wytłumaczyć dziecku, że dobra znajomość języka to wartość.

Ciekawą, wyłapywalną już statystycznie grupą są dzieci powrotowców. Dwoje polskich rodziców, ale dziecko urodzone np. w Wielkiej Brytanii, wyposażone w brytyjski paszport. Żeby nie utraciło języka, rodzice zwykle stosują tę samą szkołę: jedno z nich mówi do dziecka po angielsku. Prawidłowego akcentu te dzieciaki uczą się na „Śwince Peppie” i z wybranych filmów na Netfliksie. I to, o dziwo, działa.
Taka metoda rzeczywiście może być skuteczna. Ja mam obserwację pary dwujęzycznej, w której ojciec jest native speakerem, a mama mówi z nie najlepszym akcentem. Dzieci i tak złapały ten właściwy. Angielski w ciągu kilku lat zrobił się w Polsce zupełnie popularnym językiem. Para mówi: gdy mieszkaliśmy w Grodzisku, był problem, żeby się rozumieć, wysyłałam męża po ogórki, a wracał z cukinią. Odkąd zamieszkaliśmy w Poznaniu – żaden problem. Można żyć w angielskim i nie wychodzić poza ten język.

Rodziny małżonków też są na to – językowo – gotowe?
Z tym gorzej. Dla najbliższej rodziny obcokrajowiec zwykle nie jest stymulacją do nauki języka. Nie słyszałam, żeby to zadziałało jako bodziec, prócz nauczenia się kilku pojedynczych słów, którymi potem żongluje się przy wspólnym stole. Oczywiście są języki, których ludzie chętniej się uczą niż innych. Ale każda badana przeze mnie para chciała, żeby dziecko znało język ojca i matki. No, ale potem życie weryfikuje…

Język polski jest atrakcyjny?
Okazuje się świetny do przekleństw. Ze względu na to errrrr. Kilkoro badanych o tym mówiło.

ROZMAWIAŁA MARTYNA BUNDA

***

Polak szuka żony na Wschodzie, Polka męża na Zachodzie

Przez lata najczęstszym typem związku było małżeństwo Polki i cudzoziemca, zwykle z Zachodu: Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, trochę rzadziej Kanady i USA. Po 2004 r., po rozszerzeniu UE, takich małżeństw wyraźnie przybyło. Tylko w 2016 r. zawarto ich ponad 13 tys. – nie uwzględniając małżeństw, których nie wpisano do krajowego rejestru; wpis taki nie jest obowiązkowy. W tym samym 2016 r. tendencja po raz pierwszy w historii odwróciła się; zaczęły przeważać liczebnie związki Polaków z Ukrainkami, rzadziej Białorusinkami i Rosjankami. W ciągu trzech lat ich liczba potroiła się. Najwięcej, bo prawie 200 takich małżeństw zawiązało się w Warszawie. W tym czasie za Ukraińców wyszło ponad 200 Polek. Niespełna 600 wyszło za Brytyjczyków; nieco mniej za Niemców i Włochów.

Rośnie tolerancja wobec obcokrajowców w rolach żon czy mężów własnych córek i synów. W dwie dekady liczba Polaków, którzy nie mieliby nic przeciw – wzrosła z 60 do 70 proc. Kłopoty zaczynają się, gdy dochodzi do pytań o konkretną nację. Romów i Arabów Polacy się boją.

Małżeństwa mieszane to trend globalny. W Wielkiej Brytanii już co dziesiąty ślub jest międzynarodowy. Szybko topnieją też bariery etniczne. Ostatni ślub w brytyjskiej rodzinie królewskiej był właśnie taki: żoną księcia została Amerykanka pochodzenia afroamerykańskiego po matce, pół Holenderka, a pół Irlandka po ojcu. Wedle popularnej w socjologii teorii drugiego przejścia demograficznego współczesność sprzyja różnorodności form związków – i choćby dlatego będzie ich przybywało. Za wartość większą niż stabilność społeczeństw, wynikającą ze sztywno rozpisanych ról, współcześnie w zachodniej kulturze uznaje się bowiem indywidualny rozwój.

***

Prof. Agnieszka Stępkowska, socjolingwistka, pracuje na Uniwersytecie Szczecińskim. Jest członkinią grupy badawczej Inicjatywa Helwecka, autorką monografii i szeregu wywiadów, m.in. z Henrym Kissingerem, Javierem Solaną i Joschką Fischerem. Książka prof. Stępkowskiej „Pary dwujęzyczne w Polsce”, podsumowująca jej najnowsze badania, ukazuje się nakładem Wydawnictwa Naukowego UAM.

Polityka 11.2019 (3202) z dnia 12.03.2019; Społeczeństwo; s. 31
Oryginalny tytuł tekstu: "Ich love тебя"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną