Społeczeństwo

Błędy na maturze: kiedy dyskwalifikują? Jest się czego bać?

Co roku powtarza się sytuacja, że maturzyści ze śmiertelną powagą pytają, czy dany błąd oznacza dyskwalifikację. Co roku powtarza się sytuacja, że maturzyści ze śmiertelną powagą pytają, czy dany błąd oznacza dyskwalifikację. fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
O skutkach danego błędu wciąż decyduje człowiek. Sprawdzanie, bądźmy szczerzy, jest nadal bardzo subiektywne. Gdyby ocenianie było obiektywne, niezależne od człowieka, maturzyści nie wpadaliby w panikę.

Matura to przede wszystkim egzamin z cierpliwości. Na wyniki trzeba czekać prawie dwa miesiące. W tym roku będą 4 lipca. Od 6 maja (początek matury) do dnia ogłoszenia wyników minie aż 59 dni. Trzeba mieć cierpliwość anioła, aby nie zwariować. No cóż, maturzyści aniołami nie są. Zdający wpadają w panikę nieomal natychmiast po wyjściu z sali egzaminacyjnej. Zachowują się jak człowiek, który w drodze na imprezę zastanawia się, czy zamknął mieszkanie na klucz. A jeśli zostawił otwarte? Może lepiej wrócić i sprawdzić?

Wyobraźnia podpowiada najgorszy scenariusz. Trzeba się upewnić, inaczej zdarzy się nieszczęście. Podobnie rozumują maturzyści. Uświadamiają sobie, że prawdopodobnie napisali coś niewłaściwego, pomylili się. Niestety, nie mogą wrócić i sprawdzić, a jeśli trzeba, poprawić błąd. Arkusze zostały już zapakowane do specjalnej koperty i czekają na kuriera, który zawiezie je do siedziby Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej. Teraz wszystko w rękach egzaminatorów. Żaden licealista nie chce czekać 59 dni na decyzję osoby sprawdzającej. Takie rzeczy trzeba wiedzieć już. Dlatego maturzyści pytają, kogo się da, jakie mogą być skutki popełnionego błędu.

Czytaj także: Czwórki dostawali, matury oblali

W edukacji nie ma prostych spraw

Z pozoru sprawa jest banalnie prosta. Przecież w każdej szkole pracują nauczyciele, którzy są czynnymi egzaminatorami. Wystarczy więc powiedzieć im, jaki błąd został popełniony, a ci podadzą skutki. Niestety, w edukacji nie ma prostych spraw. Podczas szkoleń dla egzaminatorów nieraz byłem świadkiem, jak ta sama praca została sprawdzona na wiele różnych sposobów i uzyskała skrajnie różne oceny: od dyskwalifikacji po maksimum punktów. W praktyce takie różnice też się zdarzają. Nie ma i pewnie długo nie będzie obiektywnego sposobu oceniania prac maturalnych z języka polskiego (o innych przedmiotach się nie wypowiadam).

Czytaj także: Czy egzamin dojrzałości ma sens?

O skutkach danego błędu wciąż decyduje człowiek. Sprawdzanie, bądźmy szczerzy, jest nadal bardzo subiektywne. Gdyby ocenianie było obiektywne, niezależne od człowieka, maturzyści nie wpadaliby w panikę. Sami wiedzieliby, jakie są skutki danego błędu. W końcu po 12 latach nauki rozumieliby, że zniekształcenie imienia najważniejszego nawet pisarza czy bohatera literackiego nie może skutkować dyskwalifikacją pracy. Dlaczego więc pytają, czy otrzymają zero punktów za całą pracę, jeśli napisali, że Wyspiański miał na imię Stefan, a Wokulski – Bolesław? Są jednak śmiertelnie przerażeni, ponieważ w trakcie swojej nauki szkolnej byli tak właśnie traktowani przez nauczyciela, czyli zbyt surowo, albo też uważają, że egzaminator może zrobić z nimi wszystko, np. uznać każdą pomyłkę za błąd główny i zdyskwalifikować pracę.

Maturzyści nie mają pojęcia o wadze błędów

Co roku powtarza się sytuacja, że maturzyści ze śmiertelną powagą pytają, czy dany błąd (w 99 proc. przypadków są to drobne wpadki) oznacza dyskwalifikację. Dlaczego nie mają świadomości, że nawet dziesięć podobnych wpadek w jednej pracy oznacza stratę maksimum 4 punktów (na 50 możliwych)? O żadnej dyskwalifikacji nie może więc być mowy. Coś złego dzieje się w praktyce przygotowywania uczniów do matury, skoro nie mają oni bladego pojęcia o wadze błędów, jak się je ocenia i kiedy naprawdę możliwa jest dyskwalifikacja. A przecież od wyjaśnienia właśnie tych spraw należałoby pracę z uczniami zacząć. Powinni znać się na błędach, bo przecież są one cechą ludzką i nikt się przed nimi nie ustrzeże.

Każdemu egzaminatorowi, który obrusza się na błędy maturzystów i surowo je ocenia, proponuję przyjrzeć się własnej twórczości. Świadomość własnych wad i ułomności, także w zakresie języka, pozwoli spojrzeć łagodniejszym okiem na potknięcia nastolatków. Niestety, prym w popełnianiu błędów wiodą często ci, którzy powinni być wzorem. Co roku najwięcej byków strzela Centralna Komisja Egzaminacyjna oraz podległe jej Okręgowe Komisje Egzaminacyjne. Patrzę na te byki ekspertów i fachowców z wyrozumiałością, a piszę o tym nie po to, aby rzucać kamieniem, ale by przekonać egzaminatorów, żeby nie szaleli z wymaganiami. Najciemniej, jak zwykle, pod latarnią.

Błędy popełniają też egzaminatorzy

W „Protokole przebiegu egzaminu maturalnego”, urzędowym druku łódzkiej OKE, jaki rozesłano do setek szkół, można było przeczytać (w nawiasach zaznaczam błąd): „W sprawie korekt błędów, które pojawiły sie (powinno być „się”) na protokołach (tu powinien być przecinek) prosimy o kontakt na adres dane@komisja.pl”. W nazwie mojej szkoły OKE popełniła błąd w zapisie skrótu: jest „nr. liceum” (niepotrzebna kropka), powinno być „nr liceum” (bez kropki).

Są także błędy językowe, np. „Zdający, którym wymieniono arkusz egzaminacyjny, potwierdza... (powinno być „potwierdzają”)”. To nie wszystko, ale nie chcę się pastwić. A przecież omawiam tylko jedną stronę jednego druku. Nikt nie powinien popełniać błędów. Jeśli jednak zdarzają się one ekspertom CKE i OKE, to tym bardziej prawo do potknięć mają maturzyści. Nie jestem aż takim idealistą, aby wierzyć, że nastanie świat, w którym człowiek przestanie się mylić. Nie, takiego świata nigdy nie będzie. Pragnę jednak żyć w świecie, w którym nauczyciele nie straszą uczniów, że z powodu tego czy innego błędu cała praca pójdzie na marne. Należy bezwzględnie skończyć ze straszeniem dyskwalifikacją. Niech uczniowie uczą się widzieć zalety swych prac. I na tym, co dobre, niech się skupią maturzyści, a dzięki temu lżej im będzie czekać na wyniki. Aż 59 dni sprawdzania i oceniania – to jest dopiero błąd kardynalny. Ciekawe, kto to wymyślił i dlaczego nie został zdyskwalifikowany? CKE, nie bądź żółwiem, działaj szybciej!

Czytaj także: Poprawiają maturę

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną