Społeczeństwo

W polskich przedszkolach brakuje od 30 do 60 proc. miejsc

W zakończonym właśnie roku szkolnym tzw. wskaźnik uprzedszkolnienia był wyższy o 2,6 proc. w porównaniu z rokiem 2017/18. W zakończonym właśnie roku szkolnym tzw. wskaźnik uprzedszkolnienia był wyższy o 2,6 proc. w porównaniu z rokiem 2017/18. La-Rel Easter / Unsplash
Tym, co najbardziej przygnębia, jest rozbieżność między miastami i wsiami. O ile w miastach z opieki przedszkolnej korzystało w ubiegłym roku 93 proc. dzieci, o tyle na wsiach było ich tylko 79 proc. A właśnie tam najbardziej potrzebny jest wczesny start do nauki.

30–60 proc. więcej chętnych niż miejsc, jedna trzecia dzieci bez dostępu do wybranego przedszkola, często niejasna i nieczytelna rekrutacja, niekiedy... losowanie jako metoda rozstrzygnięcia, które dziecko do przedszkola się dostanie, a które nie. Czego to opis? Organizacji opieki nad dziećmi w kraju, w którym od kilku lat „działa się na rzecz jej poprawy”. I w którym od dwóch lat każda gmina ma obowiązek umożliwić korzystanie z wychowania przedszkolnego dzieciom, których rodzice zgłosili taką chęć.

Jak to idzie, sprawdzała Najwyższa Izba Kontroli. I właśnie opublikowała raport w tej sprawie.

Brak miejsc w przedszkolach: sytuacja niezgodna z prawem

Wynika z niego, że w prawie połowie skontrolowanych gmin (14 na 30) pełnego dostępu do opieki przedszkolnej nie ma. Choć jest to niezgodne z prawem. Dlaczego nie ma? W skrócie mówiąc, nie uważa się tego za ważne. Tylko w 17 z 30 gmin, które sprawdzali inspektorzy NIK, autentycznie przejęto się dostępnością przedszkoli: policzono, ile nowych dzieci może potrzebować opieki, ile będzie kontynuować korzystanie z niej, przeanalizowano, jakie zmiany wymusza „reforma oświaty”, czyli m.in. wydłużenie nauki w podstawówkach do ośmiu lat. A potem wyciągnięto z tego wnioski i zaczęto je wprowadzać w życie. W skali kraju wiele to nie dało.

W zakończonym właśnie roku szkolnym tzw. wskaźnik uprzedszkolnienia był wyższy o 2,6 proc. w porównaniu z rokiem 2017/18. Do przedszkola chodziło 86 proc. dzieci, niecałe 78 proc. trzylatków, 89 proc. czterolatków, 95 proc. pięciolatków, w liczbach: 22,1 tys. Według krajowych planów już w 2017/18 r. w przedszkolach miało być 90 proc. dzieci czteroletnich i 83 proc. trzylatków. Tym, co najbardziej przygnębia, jest rozbieżność między miastami i wsiami. O ile w miastach z opieki korzystało w ubiegłym roku 93 proc. dzieci, o tyle na wsiach było ich tylko 79 proc. A właśnie tam najbardziej potrzebny jest wczesny start do nauki, bo nic lepiej nie wyrównuje edukacyjnych szans dzieci z różnych środowisk.

Nieświadomi rodzice, bierne gminy

Dlaczego wójtowie się tym nie przejmują? Znów w skrócie mówiąc: nie mają do tego głowy. Nie radzą sobie z rozrysowaniem sieci przedszkoli, nie ogarniają przepisów, gaszą pożary związane z przekształcaniem podstawówek w szkoły ośmioletnie (przez co czasem muszą zamykać przyszkolne oddziały przedszkolne). Nie zgłaszają się więc do kuratoriów, by zaopiniowały sieć przedszkoli, a kuratorzy jej nie kontrolują (choć jest to wymagane od 2016 r.). Mieszkańcy też się nie burzą, bo tylko co drugi jest świadom, że gmina ma obowiązek zapewnić opiekę wszystkim dzieciom.

O znaczeniu wczesnej edukacji mówiło się dużo przy okazji reformy obniżającej wiek rozpoczęcia obowiązku szkolnego do sześciu lat. Reformę cofnięto, powszechna opieka przedszkolna miała być remedium na zahamowanie wyrównawczych efektów wysłania sześciolatków do szkół. Ale temat wygasł. Wygląda na to, że rola przepisów nakazujących zapewnianie miejsca w przedszkolach sprowadza się do listka figowego. Przyjemniej cieszyć się poprawą jakości życia dzieci przyniesioną przez program 500 plus. No fakt, pieniądze można wydawać od razu, a wyrównawcze skutki edukacji, nawet jeśli zbawienne, mogą się pojawić dopiero za kilka–kilkanaście lat. Czymże tu łamać sobie głowę?

Czytaj także: Wakacyjna nerwówka uczniów

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Dlaczego w styczniu jeszcze nie widzieliśmy śniegu?

Najnowsze ostrzeżenia mówią o ryzyku wystąpienia suszy glebowej. Gdy zrobi się trochę cieplej i rozpocznie się wegetacja, wiele roślin bez wody nie przetrwa – mówi prof. Artur Magnuszewski, hydrolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przemek Berg
26.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną