Społeczeństwo

Katastrofy Andrzeja N.

Dróżnik spod Szczekocin

Nastawnia w Starzynach. Nastawnia w Starzynach. Kasia Zaremba/SE / EAST NEWS
Od siedmiu lat dróżnik spod Szczekocin szuka samobójczych okazji, by wymierzyć sobie karę za 16 cudzych śmierci. Sąd domaga się swojej.
Kolejarze w kwiecie wieku dawno stąd powyjeżdżali i obsługują tory zagraniczne, więc i tak nie było kogo posłać na zastępstwo.PantherMedia Kolejarze w kwiecie wieku dawno stąd powyjeżdżali i obsługują tory zagraniczne, więc i tak nie było kogo posłać na zastępstwo.

Po tylu latach od tamtych wydarzeń, najtragiczniejszych w powojennej historii kolei i w życiu Andrzeja N., żona już wie, kiedy on chowa po kieszeniach sznurki, chcąc ze sobą skończyć. Kręci się wówczas po domu nienaturalnie pobudzony, po czym znika pod byle pretekstem.

Wtedy Krystyna odrywa się od prac kuchennych i biega po zakamarkach podwórka, by zdążyć przed katastrofą. On schowany w obórce już mocuje pętlę na haku, nie mogąc się pogodzić z tym, co zaszło 3 marca 2012 r. 16 pasażerów składów, które roztargniony puścił prosto na siebie, nie zdążyło przed śmiercią nawet mrugnąć okiem.

Czynniki ludzkie

N., dróżnik z powołania, niemal trzy dekady zawiadował kolejowym ruchem na sennych stacyjkach w Kieleckiem. Lecz z początkiem tamtego marca coś było z nim wyraźnie nie tak. Zdawał się żonie markotny, jakiś zapadnięty w sobie. Znała ten stan. Przed laty już widziała w jego oczach podobną nieobecność. Odprawił wówczas pociąg towarowy prosto na bramę zajezdni w Łazach, taranując ją.

Tym razem też nie myliło Krystyny przeczucie. Choć można było zapobiec biegowi wypadków. Równo dobę przed tamtą katastrofą – dla Polski narodową, dla niej prywatną – N. skierował do stacji Psary skład na Koniecpol. Tylko Najświętsza Panienka – wierzy Krystyna – nie dopuściła do nieszczęścia. W ostatniej chwili cofnięto Psary z powrotem na stacyjkę N. w Starzynach.

Przełożeni przybyli z interwencją. Zaprotokołowali, iż steruje on ruchem rażąco chaotycznie, numery kursów zapisuje niechlujnie, a nade wszystko nie zna rozkładu jazdy. Ponieważ badania psychiatryczne N. nie straciły ważności, pomyłkę Psar z Koniecpolem uznano za incydent, nie odsuwając go z posterunku. Zresztą kolejarze w kwiecie wieku dawno stąd powyjeżdżali i obsługują tory zagraniczne, więc i tak nie było kogo posłać na zastępstwo. Następnego dnia, który Krystyna zapamięta do grobu, N. jak zwykle zaczął zmianę.

Wyszedł z domu pogrążony we własnych myślach bardziej niż zwykle. Gdy ona zamykała kury przed wieczorem, pasażerowie „Brzechwy” z Przemyśla do Warszawy i „Matejki” z Warszawy do Krakowa szeleścili celofanem, rozpakowując kanapki na kolację. Z melancholii wyrwał N. sygnał w dyżurce, iż „Brzechwa” z „Matejką” zmierzają prosto na siebie. Rozbił zaplombowaną gablotę z narzędziami, aby ręcznie przestawić zwrotnicę. Lecz na torach zorientował się, że zapomniał śrubokrętu. Wrócił do dyżurki i zamiast włączyć przycisk alarm, znieruchomiał. Tymczasem na drugim krańcu odcinka, w stacyjce Sprowa, siedziała rozproszona Jolanta S. Los pasażerów był przesądzony.

Podczas gdy dwóch synów N. spieszy na nasyp wyciągać zakleszczonych, jeszcze nie wiedząc, że ojciec do tego dopuścił, a w intencji ofiar już modli się cała Polska, modli się jadący na miejsce premier Tusk oraz papież Benedykt – podejrzanego o terroryzm N. wiozą na przesłuchanie. Lecz nie nawiązuje werbalnego kontaktu. Krystyna widzi się z mężem w szpitalu, gdzie obserwują go pod kątem psychiatrycznym. Siedzi na skraju łóżka niezainteresowany nią ani tym, co zaszło. Równo pół roku przesypia na oddziale, nie przebierając się nawet z piżamy, a Krystyna dyżuruje z dziećmi na zmiany, próbując wybudzić N. z letargu. Potem w domu aplikuje mu zapisane tabletki na lęk, trzymane w ukryciu, żeby nie łyknął dawki śmiertelnej. Jeśli nocami znów robi się pobudzony, rozglądając za hakiem na pętlę, dzwoni po karetkę. Tak upływa im już siódmy rok.

Przez ten czas ze strachu przed potępieniem N. nigdy nie opuścił podwórka, gdzie pobudowali mały biały domek z wciąż nieotynkowanych pustaków. Niewidująca go wioska myśli, że odbywa zasądzoną karę. Nieraz zagadują Krystynę w spożywczym, jak często mają widzenia.

Bezsenne rocznice

Krystyna robi się jeszcze czujniejsza każdego 3 marca, podczas corocznych obchodów rocznicy. Wtedy podwójnie uważnie musi pilnować męża nękanego snami o katastrofie. Pod byle pretekstem odciąga go od telewizora, w którym cudem ocaleni wspominają zmarłych pasażerów z przedziału.

Z telewizorów: Karolina z Łopuszna, będąca u rodziny z wizytą, po powrocie do Krakowa planowała się zaręczyć. Ukończyła kurs ratowniczy i teraz pewnie pracuje w podniebnej drużynie. Ocalony Ś. latał wśród urwanych kończyn niczym kukła. S., wracająca z konferencji tłumaczka migowa, wyszła na korytarz pomachać wysiadającemu koledze, kiedy urwało jej nogę. Mąż ciężarnej K. powiesił się, nie mogąc dojść do siebie po jej stracie. C., żona maszynisty z „Brzechwy”, który wychodząc z domu, zamknął za sobą drzwi na całe życie, miejsce jego śmierci odwiedza z osieroconymi dziećmi dwa razy w roku.

W drastyczne szczegóły wdają się zwłaszcza ratownicy, odznaczani za bohaterstwo tamtej nocy. Któryś wciąż ma przed oczyma dziewczynę z kawałkiem blachy w płucach.

Krystyna angażuje N. w niby niezbędne prace przydomowe, aż skończą się transmisje nabożeństw w całej Polsce. Warszawa zbiera się jak zwykle w katedrze pw. św. Floriana Męczennika.

Na uroczystości w parafii Goleniowy, do której administracyjnie należy miejsce katastrofy, przyjeżdżają podsekretarze transportowego resortu oraz urzędnicy ze spółek kolejowych. Po mszy oddają cześć zabitym pod ufundowaną tablicą we wsi Chałupki, gdzie miało miejsce uderzenie. Wręczają ratownikom medale Za Ofiarność i Odwagę. Następnie idą z wiązankami na nasyp.

Krystyna siedzi przy stole w małym białym domku z nieotynkowanych pustaków i gładzi obrus z ceraty. Samotna, lecz spokojna. Karetka znów odwiozła N. do psychiatryka w Lublińcu. Myśli samobójcze prowokuje w nim nawet widywany na filmach pociąg.

Teraz przez kilka następnych miesięcy będzie chodzić do pracy bez obaw o to, czy N. przypadkiem nie pokwituje u listonosza wezwania na kolejną rozprawę. Co prawda serdecznie prosiła, żeby nie wręczał mężowi żadnych poleconych.

Po południu jak zwykle pojedzie do N. w odwiedziny i pokonawszy 80 km pekaesem z przesiadką, do wieczora przecierpi razem z nim. Pokrzepi, że ma dla kogo żyć, w tym czwórki dzieci, które odeszły do wynajętych kawalerek i trzeba je wesprzeć na starcie. Oraz wnuczka. – Nie widzisz – pyta – jak do ciebie lgnie, gdy jesteś na przepustce?

Streszcza mu na bieżąco, co w pustym domu, nie wspominając o ostatnim podtopieniu fundamentów podczas powodzi. Zresztą z rzadka dopytuje o szczegóły. Niedawno zainteresował się ich zabitym przez samochód podwórkowym psem. Czasem odburknie, przeczesując włosy palcami: – Wy już ze mną szczęścia nie zaznacie. Ona odpowiada, iż jest dla niej cenny, jaki by nie był. Nawet pogrzebany żywcem.

Sąd niedostateczny

Wysokie sądy kolejnych instancji nie mogą doprowadzić przed siebie pogrążonego w katatonii N., by wymierzyć mu karę. Choć przyczynił się do katastrofy niechcący, nie uniknie sześcioletniego wyroku za 16 spowodowanych śmierci oraz 20 mln materialnych strat na szkodę kolejowych spółek. Ma być przestrogą dla innych dróżników, by nie spać na stacyjkach. Jolancie S. ze Sprowej zasądzono tylko 3,5 roku za chwilową utratę zdrowego rozsądku. To w końcu N. ułożył dla niej ten feralny kurs (ale to opowieść o innej życiowej katastrofie).

Niebezduszny sąd w akcie oskarżenia odnotowuje, iż pogorszenie zdrowia N. świadczy o wysokiej wrażliwości i cenie, jaką już zapłacił za swoje przestępstwo. Jednak dla prokuratury domagającej się surowszego werdyktu okoliczność powyższa nie może być dominująca.

Więc nad psychiką N. od siedmiu lat pochylają się ci sami biegli z Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublińcu. Będący za anulowaniem kary diagnozują silną postawę autodestrukcyjną, która prawdopodobnie w zakładzie zamkniętym jeszcze się zaostrzy, oraz nastawienie rezygnacyjne objawiające się poczuciem niskiej wartości i winy. Zaś nalegający na więzienie opiniują, że stan N. pomimo licznych hospitalizacji mieści się w granicach normy. Niewykluczone – dodają – iż skonfrontowanie go z katastrofą mogłoby tylko pomóc w wyjściu z długoletniej traumy.

Mecenas Witold Pospiech komunikuje się ze swoim klientem tylko przez Krystynę, rozumiejącą się z mężem bez słów. Za każdym razem, gdy próbował dotrzeć do N., ten kolebał się w przód i tył oraz nerwowo wzruszał prawym ramieniem, nie mogąc zapanować nad tikiem. Czasem kiwnął głową o nic niepytany, a zagadnięty, jaki mamy rok, podawał tysiąc dziewięćset któryś. Lecz nie wiedział, zima to czy lato.

Za pośrednictwem Krystyny zżył się z milczącym oskarżonym. Nieprofesjonalnie, można powiedzieć. Poznali się na tyle dobrze, że – podobnie jak ona – nie wyobraża sobie, by kilka następnych lat N. spędził odgrodzony od rodziny kratami. Bezskutecznie wnosi o uniewinnienie, apelując do wysokiego sądu o litość, gdyż człowieka sprzed katastrofy już nie ma. W celi, niepilnowany przez Krystynę, z pewnością znajdzie sposób na skuteczne rozstanie się z życiem.

Mecenas Pospiech zaczynał jako obrońca z urzędu. Teraz kieruje nim zwykłe ludzkie współczucie.

A Krystyna, rękawem wycierając z jajek łzy, opowiada, że mąż się kończy, a ona razem z nim. Gdyby nie dostał załamania, już dawno odsiedziałby swoje i wyszedł na warunkowe, może nawet zapomniał. Mecenas temu przytakuje.

Śmiertelne ofiary

– Bardzośmy się kochali – ona nie może przeboleć ich przeciętnego życia, które toczyło się do katastrofy. Ojcem był przedobrym. Dzieciaki mogły mu ręką wybierać obiad z talerza. Nie miał czasu na pasje typu ryby i grzyby, tylko dążył do tego, by zbudować dom i całą czwórkę wychować porządnie. Dzięki temu jedna córka – magister pedagog, druga fizykoterapeutka, syn informatyk, tylko najmłodszy zatrzymał się na policealnym dyplomie. Choć tylko dróżnik, ambicje miał po rodzicach. Tatuś N. był dyrektorem szkoły, matka nauczycielką. Mieli odczekać, aż dzieci staną na nogi, i zainwestować w otynkowanie pustaków. Aż w samym środku dorabiania się nastąpiła katastrofa.

Tymczasem wieś Chałupki, która zrobiła się znana w całej Polsce, wypiękniała. Dostała w prezencie asfaltową drogę, o jaką zabiegała bezskutecznie od dwóch dekad, drewnianą altankę z zadaszonym miejscem na grilla, nowe wozy strażackie, poświęcone w osobnych ceremoniach.

Coroczny hołd dla ofiar wypadku wpisał się już w kalendarium wsi jako najważniejsze wydarzenie w roku. Zaczęli przyjeżdżać turyści, robić zdjęcia na tle nasypu. Ktoś z przyjezdnych nawet wygrzebał z ziemi zielone korale, zawieszając je symbolicznie na przydrożnym krzyżu.

Od siedmiu lat Krystyna nocami modli się o odzyskanie męża. A kolejarze mijający Chałupki włączają klaksony. Każdy klakson jest jak płacz.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną