Głód Narcyza, czyli o uzależnieniu i ekscytacji

Pułapki niezależności
Im bardziej ludzie chcą się czuć niezależni, tym bardziej brak im czegoś, co nadałoby sens ich życiu, a więc poszukują ekscytacji i ożywiają się za pomocą różnych środków, od których się uzależniają. Specjaliści piętnują uzależnienia i proponują terapie pozwalające odzyskać poczucie niezależności, które jednak naraża pacjentów na przeżywanie pustki, i tak dalej, da capo...
psycho/Tumblr

I.

Zadziwiająca jest kariera, jaką w ostatnich czasach zrobiło pojęcie uzależnienia. Dawniej człowiek był po prostu pijakiem i nikomu nie przychodziło do głowy, żeby wytykać mu zależność. Wręcz odwrotnie, właściwie uważano, że pijak jest nadmiernie niezależny. Z niczym i nikim się nie liczy. Nie liczy się z napomnieniami proboszcza i teściowej, za nic ma oceny sąsiadów – a więc w ogóle opinię publiczną – co gorsza, czuje się niezależny od rozpaczy współmałżonka i płaczu dzieci. Kondycję osoby nadużywającej alkoholu widziano nie poprzez jej zależność od trunku, lecz przez jej niezależność od społecznych więzi. Dzisiaj jest inaczej. Podstawowym zagadnieniem stało się to, że człowiek nie jest wolny od zależności. Nawet rozpacz partnera nazywana jest współuzależnieniem. Ta zmiana perspektywy jest wielce znacząca i ona właściwie winna stać się przedmiotem analizy.

Obszar spraw zagarniętych przez pojęcie uzależnienia stopniowo się powiększał. Na początku dotyczył alkoholu i narkotyków, a także leków psychotropowych. Zależność rozumiana była przede wszystkim na poziomie biologicznym: organizm uzależnionego domagał się substancji, bez której zaczynał źle funkcjonować. Jednak stopniowo pojęcie uzależnienia zaczęło nabierać sensu psychologicznego. Było to efektem znamiennego spostrzeżenia. Okazało się, że po odstawieniu nadużywanych substancji – alkoholu, heroiny czy relanium – podstawowym problemem okazywał się być nie tyle brak fizjologiczny, którego objawy w postaci różnego rodzaju „głodów” udawało się dość skutecznie usuwać za pomocą leczenia farmakologicznego, lecz brak psychiczny. Po odtruciu organizmu wyleczeni wracali do swoich domów, rodzin, środowisk i odkrywali – z przerażeniem – że wszystko jest nie tak. Że nic ich nie cieszy, zupy są zawsze za słone, dzieci niegrzeczne i męczące, a w pracy notorycznie ich nie doceniają. Że życie utraciło smak i sens.
 
Pierwszym efektem tej konstatacji było stworzenie różnych programów długofalowej pomocy dla osób porzucających nałóg. Programy te opierały się na tezie mówiącej, że owa substancja, a właściwie wszystko, co się z nią wiąże, zajęło w życiu nałogowca zbyt wiele miejsca. Że myślenie o niej, zdobywanie, rozmowy na jej temat, symbole z nią związane, relacje z ludźmi na tym oparte, tworzą specyficzną kulturę uzależnienia. Pijak najlepiej czuł się w knajpie z kolegami nie tylko dlatego, że tam pił, ale dlatego, że tam odczuwał prawdziwą przyjaźń, akceptację, wspólnotę. W domu zaś przytłaczało go poczucie pustki i bezsensu. Zaś narkoman poczucie tożsamości czerpał ze znajomości szczególnego slangu z narkotykami związanego. Po zaprzestaniu zażywania i związanej z tym utracie swego środowiska kulturowego ludzie owi przeżywali tak silne poczucie osamotnienia i braku sensu, że szybko wracali do nałogów. Logiczną konsekwencją była więc tendencja, żeby zwalczać nie tylko samą biologiczną zależność, ale całą, wyrastającą na jej podłożu, kulturę uzależnienia. W ośrodkach odwykowych, na przykład, nie wolno było nie tylko zażywać, ale też rozmawiać o danej substancji czy eksponować symboli z nią związanych.

Następnym krokiem w opisywanej karierze pojęcia uzależnienie stało się dostrzeżenie, że takie przewrotne działanie, zagarniające całe życie tego czy innego człowieka, mogą mieć nie tylko substancje upajające czy – jak się mówi w żargonie medycznym – psychoaktywne. Mogą je mieć pewne działania czy sytuacje społeczne. Na przykład hazard. Hazard nie jest żadną substancją, jest ludzką aktywnością. A jednak wywołuje zachowania i przeżycia bardzo bliskie tym, które wiążą się z używaniem i nadużywaniem alkoholu lub narkotyków. Hazardzista musi grać, jeśli nie gra, to czegoś mu brakuje; wszystko inne wydaje mu się puste, nijakie, bezsensowne. Z zamiłowaniem kolekcjonuje karty, kości czy historie o wyścigach konnych, potrafi godzinami o nich mówić, zapominając o całej reszcie świata.

Uznano więc, że istnieje uzależnienie od hazardu. Potem już coraz więcej sytuacji pokazywało swoje uzależniające oblicze. Uzależnienie od słodyczy. Uzależnienie od seksu. Od akceptacji. Od sukcesu. Od telewizji. Od konkretnych programów telewizyjnych. Od Internetu. Od gier komputerowych. Od wysyłania esemesów. Od zakupów. Od miłości.

Od miłości. No właśnie. Czy potrzeba miłości jest uzależnieniem? Na pewno jest jakąś zależnością. Ale czy jest uzależnieniem? Jest coś zastanawiającego, a może jeszcze bardziej – coś przejmująco smutnego w zdaniu: „Jestem uzależniony od miłości”. Albo: „Uzależniona”. To tak, jakby ktoś mówił, że jest uzależniony od oddychania.


II.

Wygląda na to, że w kwestii uzależnienia dokonało się swoiste pomieszanie pojęć. Na czym ono polega? Można powiedzieć, że splotły się ze sobą dwie zupełnie różne opowieści. Bowiem historia, którą opowiedzieliśmy przed chwilą, a więc historia rozwoju pewnej stosunkowo wąskiej dziedziny życia, kwestii leczenia z nałogów, nałożyła się na inną historię, historię ogarniającą fundamenty naszej kultury. Jest to historia uwalniania się od wszelkich więzi, historia emancypacji, która prowadzi do skutków paradoksalnych i zaprzeczających pierwotnej, wolnościowej intencji. Ta historia doprowadziła do wyłonienia się w wielu krajach Zachodu szczególnej kultury, w której podano w wątpliwość wagę wszystkiego, co wiąże i ogranicza pojedynczego człowieka.

Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Octavio Paz połączył ten proces ze zmianą dominujących w naszym kręgu kulturowym nałogów. Zastanawiało go, dlaczego właściwie ni z tego, ni z owego poczciwe pijaństwo gwałtownie zaczęło być wypierane przez używanie narkotyków. I doszedł do wniosku, że człowiek wstrzykujący sobie heroinę czy zażywający LSD chce być sam – sam ze sobą, sam ze swoimi fantazmatami i snami. Zaś pijący alkohol chcą być razem, chcą – pozornej często – bliskości i przyjaźni. Opilstwo jest nałogiem z istoty wspólnotowym, zażywanie narkotyków – samotniczym.

To prorocze spostrzeżenie Octavio Paza pokazywało niebezpieczny kierunek, w którym poszła ewolucja kultury mieszczańskiej, tak pięknie zapoczątkowana w XIX w. uwolnieniem się z feudalnych więzów. Pozbycie się w ogniu Rewolucji Francuskiej ograniczeń wyznaczanych przez stan i urodzenie nasunęło myśl, że można uwolnić się od wszelkich ograniczeń. A w każdym razie – i być może ta myśl była groźniejsza – że ograniczenia z istoty są czymś niesprawiedliwym i krzywdzącym. Że jeżeli już musimy je znosić, to jest w tym coś złego, za co należy nam się zadośćuczynienie.

Myśl, że wszelkie ograniczenie jest krzywdzące, łatwo może ześlizgnąć się w wojownicze kwestionowanie każdej formy trwałego związku ze światem zewnętrznym. Światem różnym od tego, co uważa się za samego siebie. Człowiek w każdej sekundzie powinien panować nad swoim życiem. Jeśli tak, to jakakolwiek trwająca relacja traktowana być musi jako coś narzuconego arbitralnie i niesprawiedliwego, bo ogranicza owo panowanie. Na przykład związek z partnerem. Dlaczego miałby trwać, jeśli uczucie wygasło? Kto ma prawo zmusić mnie, żebym żył (żyła) z kimś, kogo nie kocham? Żebym uprawiał (uprawiała) seks z kimś, kto mnie nie pociąga? Kto zestarzał się, jego skóra jest szorstka, a twarz pomarszczona? Nie ma takiego prawa!

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną