Co nam po piłce?

...i wtedy spadł deszcz
Piłka nożna to dziś jeden z najbardziej uniwersalnych i popularnych rytuałów: można traktować go jak błahą rozrywkę, ale można też widzieć w nim bogactwo znaczeń kulturowych. Możemy się o tym dobitnie przekonać właśnie w tych dniach, gdy cały świat ogarnęła mundialowa gorączka. Dla setek milionów ludzi czas zaczął płynąć inaczej...
Uniwersalna rozrywka
Katie@!/Flickr CC by SA

Uniwersalna rozrywka

Azjatycki jarmark. Małe straganiki, przeciskający się ludzie, kakofonia przekrzykujących się kupców. Prosto z nieba – dosłownie – wpada w bazarową dżunglę piłka. Nagle wszyscy, radośni i uśmiechnięci, zaczynają ją podawać do następnego „gracza”. Pojawia się slogan: „Mówimy jednym językiem. Futbol”. I nazwa oficjalnego sponsora mistrzostwa świata w Niemczech.

I jeszcze jedna reklama, która skończyła się interwencją dyplomatyczną. Oto przed finałowymi rozgrywkami sieć sklepów, ponoć nie dla idiotów, postanowiła stworzyć serię spotów wykorzystującą stereotypy narodowe na temat finalistów mundialu. Tak więc oprócz erotycznej Francuzki i sztywniackiego Anglika można było ujrzeć także złodzieja-Polaka. Mniejsza w tej chwili o uczucia patriotyczne (choć w tym przypadku są one ważne) – znamienne jest to, że piłka kojarzy się z plemiennością, cechami grupy etnicznej lub narodu.

Tu dochodzimy do podstawowego dla antropologa paradoksu: otóż futbol to z jednej strony rozrywka uniwersalna. Czytelna na każdym kontynencie. Powszechna tak dalece, że FIFA – Światowa Federacja Piłki Nożnej – skupia dziś więcej państw członkowskich niż ONZ. Z drugiej strony – mecz piłkarski (zwłaszcza międzypaństwowy), jak mało który rytuał codzienny, integruje zbiorowość wokół zdarzenia, które na półtorej godziny nadaje sens temu, co polskie, niemieckie czy holenderskie.

Od hymnu, poprzez ekspozycję barw, odgłos bojowo dudniącego bębna wprowadzamy się w stan, gdy jasne jest, kim jesteśmy my, a kim są tamci. W meczu piłkarskim wyraża się bowiem podstawowa tęsknota za światem uporządkowanym, takim, gdzie jesteśmy my i gdzie są oni. Gdzie swój staje naprzeciw obcego. Ta tęsknota – dodajmy – opisywana po wielekroć przez antropologów kultury wydaje się szczególnie ważna w naszych globalnych i płynnych czasach, w których zmianę, nie zaś trwałość, przyjmuje się za normę.

Ziemia jak piłka

Czarny Łoś – legendarny szaman z plemienia Siuksów Ogala – pouczał: „Zauważyłeś, że wszystko, co czyni Indianin, dzieje się w kręgu; dlatego że moc świata zawsze przejawia się w kręgu i wszystko stara się być okrągłe. (...) Niebiosa są okrągłe; słyszałem, że Ziemia jest okrągła jak piłka”.

W kręgu przejawia się także moc stadionu. Nie jest przypadkiem, że trybuny piłkarskie mają kształt owalu, kumulują energię do środka i są – jak nazywał to amerykański klasyk antropologii Edward T. Hall – dospołeczne, czyli sprzyjają intensyfikacji kontaktów między ludźmi. Nie przypadkiem też trybuny te tworzą jeden organizm, gdy unoszą się w rytmie meksykańskiej fali (która przyjęła się na całym świecie od mundialu w Meksyku w 1986 r.) albo eksponują olbrzymich rozmiarów barwy narodowe lub klubowe.

Podstawowym typem doświadczenia piłkarskiego jest bycie razem. Sama specyfika futbolu jako gry polega przecież na nawiązywaniu kontaktu. Podawana piłka (pomińmy tu może specyfikę zagrań niektórych polskich piłkarzy) jest środkiem komunikacji, ostatecznym celem gry są też przecież nie indywidualne popisy (choć kochamy takich techników jak Ronaldinho), lecz zwycięstwo drużyny. Inaczej mówiąc: celem jest osiągnięcie takiej formy porozumienia, która okaże się skuteczniejsza od gry wrażego zespołu.

Oczywiście i tutaj zachodzą zmiany. W reguły futbolu wpisany jest zakaz posługiwania się w grze rękoma, ale różnorako jest on obchodzony. Nie wolno zatem zatrzymywać piłki ręką, ale zawodnika – jak najbardziej. Gdy dzisiaj wykonywany jest rzut rożny czy wolny, widzimy, że na polu karnym toczą się jakby inne zawody, mianowicie w zapasach czy nawet wrestlingu! Wszystko zaś usprawiedliwia cel, jakim jest zdobycie bramki; przejmuje się piłkę po to, aby wrzucić tę zdobycz w ów magiczny prostokąt, ugodzić przeciwnika w samo serce (stąd metafora bramki jako świątyni).

To, że piłka jest przeżyciem wspólnotowym, potwierdza też typ doświadczeń obserwowanych z punktu widzenia kibica telewizyjnego. Mało jest równie irytujących chwil w jego życiu (a to przecież on, a nie fan stadionowy, należy do większości) niż zanik fonii. Wydaje się, choć w erze wizualności i kultury obrazkowej brzmi to prawie jak herezja, że nawet zanik obrazu jest mniej dokuczliwy. Otóż kłopoty z dźwiękiem powodują, że ginie to, co jest esencją i sercem meczu – mianowicie szum trybun. Jako kibice przed ekranem jesteśmy przecież solidarni nie tylko z drużyną, ale także z tymi, którzy nie szczędzą gardeł i są w ogniu piłkarskich zdarzeń.

Futbolowa wspólnotowość podkreślana jest dziś na wiele innych sposobów. Do granic banału doprowadzają ją twórcy reklam umieszczających bohaterów swojego spotu w pubie podczas transmisji meczu piłkarskiego. Tu piłka pozwala cementować przyjaźnie i nawiązywać znajomości zakrapiane schłodzonym trunkiem.

W podobnym duchu utrzymany jest współczesny profesjonalny komentarz. Wydaje się, że na dobre skończyła się era Wielkich Sprawozdawców Wszechwiedzących, którzy – w pojedynkę – opowiadali nam o rozgrywających się zdarzeniach. Ten typ komentarza (wywodzący się jeszcze z tradycji złotych lat radia) został wyparty przez duety (komentator plus były piłkarz) i tercety (rzeczona dwójka plus znany trener) komentujących mecz bardziej tak, jak czyni to dwóch-trzech kibiców przed telewizorem lub grupka wysyłająca sobie w czasie spotkania esemesy z własnym komentarzem.

Tak czy inaczej bohater meczu jest zawsze zbiorowy. Jesteśmy nim my – społeczność, która za pomocą wydarzenia sportowego opowiada o samej sobie. Piłka wciąż jest rytuałem obdarzonym epicką narracją, choć epickości i poezji na samym boisku jakby dziś mniej.


Klub jak totem

Tę wspólnotowość można opisać jeszcze inaczej. Teoretycznie futbol należy do grupy gier i zabaw, które mają charakter zawodów, co oznacza walkę w warunkach sztucznie stworzonej równości szans. Pozwala to antagonistom, a więc rywalizującym drużynom, zmierzyć się w sytuacji idealnej, dzięki której zwycięstwo, porażka lub remis są ściśle wymierne i niepodważalne. Roger Caillois nazwał taki typ rywalizacji mianem agon. W każdym wypadku współzawodnictwa – czytamy w pracy „Gry i ludzie” – „idzie o jakąś jedną cechę (szybkość, wytrwałość, siłę i pamięć, zręczność, pomysłowość), przejawiającą się w ściśle określonych granicach bez żadnej pomocy zewnętrznej, tak że zwycięzca jawi się jako najlepszy w danej kategorii wyczynowej”.

Tak to wygląda w teorii, ale jak jest naprawdę? Zauważmy, że sens zawodów piłkarskich spełnia się tylko w obecności szczególnej pomocy zewnętrznej – widzów. Nie ma większej kary dla klubu, niż zakaz wstępu publiczności na mecz i konieczność gry przy pustych trybunach. Między zawodnikami i rozszalałym z emocji tłumem obserwatorów (czasem niestety, jak w przypadku kiboli, można mówić wręcz o życiu stadionowym dzikich) wywiązuje się zawsze swoista więź, którą można porównać do zasad myślenia totemicznego. Nasza drużyna – zarówno klubowa, jak i narodowa – staje się emblematem-totemem, któremu winni jesteśmy wierność absolutną i pełne oddanie. Przed laty liczyli się zwłaszcza piłkarze, którzy wywodzili się z danego klubu, byli mu wierni i całą karierę przeżyli w jednym miejscu.

Dawne to już czasy. Dzisiaj wiemy, że wprawdzie obowiązuje zasada równych szans w sporcie, ale wielce jest ona podejrzana. Równa jest co najwyżej liczba zawodników, ale nie już ich jakość i poziom. Kilkanaście czołowych klubów europejskich rozdaje karty na piłkarskim rynku, kupuje zawodników najlepszych, bez oglądania się na ich obywatelstwo. Stąd w meczach Arsenalu, Liverpoolu, Chelsea, Realu czy Barcelony Anglicy, Hiszpanie i Katalończycy stanowią mniejszość. Ale to nie przeszkadza w oddawaniu hołdu klubowi-totemowi, jako że stanowi on odrębną, mityczną jakość.

W czasie meczu zawieszeniu ulegają wszelkie obowiązujące na co dzień podziały klasowe, wiekowe, płciowe i ekonomiczne, liczą się tylko nasi i my – równi na trybunach. Po meczu wszystko wraca w swoje rutynowe koleiny, znów różnimy się od innych, część widzów, wielbiących swoje czarnoskóre gwiazdy, daje upust rasizmowi na ulicy i nie podałaby ręki „asfaltowi”... Mecz to także sytuacja karnawałowa, święto plemienne odbywające się cyklicznie i zawsze w takich samych dekoracjach. A jednak każdy mecz jest inny, bo rywale się różnią. Część przyjezdnych drużyn jest ledwie kolejnym przeciwnikiem, inna prawdziwym wrogiem, jeszcze inna – wrogiem śmiertelnym. Inaczej boli zatem porażka, inaczej smakuje sukces.


Wojny futbolowe

Rytm bębna stadionowego bywa więc niekiedy także złowieszczy, bo ujawnia mroczną stronę futbolowych emocji. My mamy zwyciężać. I dlatego jeszcze w czasach kolonialnych nie wahano się przed korzystaniem z posiłków (do dziś najwybitniejszym piłkarzem portugalskim jest Eusebio – „perła Mozambiku”), w postkolonialnym świecie zaś normą są boiskowi gladiatorzy wywodzący się z rodzin emigrantów. Jest jakimś ironicznym paradoksem współczesnej kultury, że bohaterem narodowym Francji jest Zinedine Zidane, posiadający algierskich przodków, a zarazem fakt ten nie ma większego znaczenia dla „rdzennych” Francuzów i dla ich stosunku do emigrantów podlegających przedmiejskiej logice wykluczenia.

Nikt nie chce przegrywać w to, w co gra (i co ogląda) cały świat, bywa więc, że emocje piłkarskie wywołują zgoła nieoczekiwane skutki z kryzysami na arenie międzynarodowej włącznie. Z historii pamiętamy prawdziwy konflikt zbrojny wywołany meczem Hondurasu z Salwadorem (opisany m.in. przez Ryszarda Kapuścińskiego w „Wojnie futbolowej”).

Ale relacja między piłką i wojną jest bardziej złożona. Futbol służy na przykład wyrównywaniu rachunków. Nie przypadkiem do historii przeszedł mecz Argentyny z Anglią podczas MŚ w 1986 r. Był to mecz, podczas którego Diego Armando Maradona strzelił – w powszechnej opinii – najpiękniejszą bramkę w dziejach finału, wykonując slalom przez pół boiska między bezradnymi „synami Albionu”. Był to mecz, gdy ten sam Diego zdobył też bramkę po ewidentnym zagraniu ręką. Dla samego Maradony i jego rodaków był to gol skierowany do bramki w istocie przez rękę Boga. W ostatecznym bowiem rozrachunku pozwolił Argentynie na dziejowy rewanż za klęskę w wojnie o Falklandy i skuteczny egzorcyzm imperialistycznego ducha thatcheryzmu. Nie trzeba dodawać, że Anglicy patrzyli na Maradonę jak na zwykłego oszusta i nie zapomnieli mu nieprzepisowo zdobytej bramki przez lata.

Współcześnie sama piłka wytwarza osobliwe konflikty etniczne. Można zrozumieć niechęć Anglików i Włochów (wciąż pamięta się o tragedii na belgijskim stadionie Heysel, gdy podczas meczu między Liverpoolem i Juventusem zginęło kilkudziesięciu kibiców włoskich), trudno już jednak zrozumieć „świętą wojnę” niecierpiących się od dziesięcioleci kiboli Niemiec i Holandii.

A o tym, że piłka nożna może wywołać międzynarodową reakcję łańcuchową, świadczył barażowy mecz z 2005 r. między Szwajcarią i Turcją. Po rewanżowym spotkaniu w Turcji, dramatycznym, wygranym wprawdzie przez gospodarzy, ale w stosunku, który dawał ostatecznie awans do mistrzostw świata Helwetom, rozpoczęły się bójki i przepychanki z udziałem piłkarzy, działaczy, ba, nawet tureckiej ochrony. Efektem były interwencje dyplomatyczne oraz apele, by ostatecznie powstrzymać aspiracje Turcji do Unii Europejskiej, bo przecież sami Turcy pokazali swoją prawdziwą, nieokrzesaną twarz. Ci, którzy tak mówili, zapomnieli, że twarz fanatycznego kibolstwa wszędzie jest podobna i gdyby tą miarą mierzyć stopień ucywilizowania i europejskości na przykład, mało kto chyba spełniałby standardy.

Niekiedy obraz wojen toczonych między piłkarskimi plemionami jest złożony na tyle, że trudno rozstrzygać, co jest w konflikcie tym przyczyną, a co skutkiem. Klasyczny przykład dotyczy już nie drużyn narodowych, ale klubów szkockich: Celtiku i Rangersów. Linią podziału są tu kwestie religijne – pierwsi to katolicy, drudzy protestanci. Ale też dziś rywalizacja między tymi drużynami i podgrzewany antagonizm przynosi krociowe zyski (szacuje się, że roczna sprzedaż gadżetów i rozmaitych pamiątek klubowych daje gospodarce zyski grubo ponad 100 mln funtów). Można więc zasadnie zapytać, czy to konflikt religijny dziś ma swoją symbolizację w starciu odwiecznych rywali na boisku? A może jest odwrotnie i to piłka podtrzymuje stary ogień sporu?


W poszukiwaniu mocy

Tim Edensor, autor książki „Tożsamość narodowa, kultura popularna i życie codzienne”, pisał: „W piłce nożnej kibice i dziennikarze potrafią z łatwością rozpoznać narodową drużynę Francji, Niemiec, Włoch, Brazylii, Anglii i Kamerunu. Te realizacje »tradycyjnego« stylu narodowego muszą spełnić pewne oczekiwania czy nawet żądania, często niezależnie od sukcesów na boisku, a nawet stać się wyrazem konkretnych cech narodowych, wykraczających daleko poza stadion”. Innymi słowy: z jednej strony żelazna kondycja i organizacja gry Niemców, z drugiej – lekkość, brylantowa technika i improwizowana brazylijska samba na boisku.

Jakkolwiek więc piłka jest starciem plemion, jest także starciem rozmaicie przejawiających się sił. Ostatecznie przecież – przypomnijmy raz jeszcze Czarnego Łosia – moc świata zawsze przejawia się w kręgu. Tym boiskowym też.

Nie przypadkiem więc współczesna piłka dostarcza jeszcze jeden paradoks kulturowy: jakkolwiek żyjemy w odczarowanym świecie techniki, postępu i racjonalnych wyjaśnień, gdy mowa o piłkarskich przewagach, szuka się odpowiedzi w sferach nadprzyrodzonych.

Brazylia wygrywa, bo – wie to każdy jej kibic – Bóg jest Brazylijczykiem. To Brazylia dała kibicom króla – Pelego i to tam urodził się Ronaldinho, dzisiejszy geniusz sportu, którego poczynania w Katalonii komentował sam arcybiskup Barcelony. Jeszcze jeden to znak, że piłkarz żongluje futbolówką blisko Pana Boga. To wreszcie inny gwiazdor Ronaldo, dziś u schyłku kariery, wystąpił w najsłynniejszej bodaj reklamie związanej z piłką nożną. Spot kończył się wizerunkiem piłkarza stojącego z rozpostartymi ramionami na wzgórzu, niedwuznacznie kojarzącym się z posągiem Chrystusa nad Copacabaną, i wywołał protest hierarchów Kościoła katolickiego.

Myślenie mesjanistyczne nieobce jest też kibicom w Argentynie. Tam, rzecz jasna, Chrystusem jest boski Diego. Oto w programie telewizyjnym „La noche del Diez” („Noc Dziesiątki” – to aluzja to numeru, który nosił Maradona na reprezentacyjnej koszulce) chór kobiet i mężczyzn śpiewa: „Narodził się w małym miasteczku/Taka była bowiem wola Boga/Dorastał i poznał trudy życia/ I przezwyciężył wszystkie przeciwności losu”. Gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości, o kim traktuje pieśń, rozwiewa je refren: „I cały naród śpiewał: Maradó, Maradó/Oto narodziła się Ręka Boga,/Maradó, Maradó/Zasiał radość wśród ludzi/ Okrył chwałą tę ziemię”.

Rzecz całą można by traktować w kategoriach bezwstydnej megalomanii gwiazdora, gdyby nie inne oznaki kultu, jakim otaczany jest piłkarz. Otóż w Argentynie działa Kościół Maradony. Ma swój obrządek i dekalog. Ot, choćby wynika zeń, że wszyscy osobnicy płci męskiej w rodzinie wyznawców piłkarza powinni otrzymywać na imię Diego.

Od ekstrawagancji wróćmy jeszcze do obrazków, które – przez kolejne mundialowe potyczki – już nam się opatrzyły. I tak nie dziwią już wizyty szamanów towarzyszących ekipom z Czarnego Lądu lub Ameryki Południowej. I tym razem – już na miesiąc przed mistrzostwami – pisano o ekwadorskim szamanie z plemienia Shuarów, Tzamarendzie Neychapim, który przybył do Niemiec w celu odprawienia odpowiedniego obrządku. Dodajmy przy tym, że 36-letni szaman przyjechał nie tylko po to, by pomóc swoim rodakom (a naszym przeciwnikom w eliminacyjnej grupie), ale postanowił odwiedzić wszystkie 12 stadionów, by wygnać z nich złe moce.


Synchronizacja i dopasowanie

Te poszukiwania boiskowej mocy można przedstawić jeszcze inaczej: jako starcie racjonalnej kultury północnoatlantyckiej (która postawi nie na szamana, ale na kucharza, fizjologa i masażystę) z żywiołem południa. Nie od rzeczy będzie raz jeszcze przywołać Edwarda T. Halla i – tym razem – jego rozważania dotyczące odmienności tych dwóch porządków. W przypadku kultury zachodniej – pisze Hall – występuje tendencja, by robić wszystko po kolei, w sposób zorganizowany i zaplanowany. W modelu tym – ogarniętym fetyszyzacją zarządzania – liczy się skuteczne wykonanie zadań.

Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się zdaniem amerykańskiego antropologa w modelu południowym: tu robi się wszystko naraz, nie ma ścisłych harmonogramów, a plany zmienia się co chwila. To jest model, gdzie od wykonywania zadań ważniejsze jest bycie z innymi.

Z tych obserwacji Hall wyciąga dalsze wnioski: w kulturze północnoatlantyckiej (nakierowanej na kontakt twarzą w twarz) ludzie mniej płynnie dopasowują (entrainment) do siebie ruchy ciała. Inaczej na południu: zmuszeni do kontaktu z wieloma osobnikami naraz, w sposób bardziej płynny synchronizujemy się z innymi, także – w sferze ruchowej.

Tę synchronizację widać na boisku (jeszcze lepiej w siatkówce – gdzie precyzja i synchronia Brazylijczyków nie ma, póki co, konkurencji). Dodajmy do tego pełnię znaczeń, jaka przypisana jest futbolowi w Brazylii – piłka jest tam zabawą, przejawem mocy sakralnej, dumy narodowej, męskości, sposobem awansu społecznego i jest sexy – by zrozumieć, na czym polega trwająca przez dziesięciolecia futbolowa siła tej nacji.


Piłkarska marka

Widzieliśmy, że piłka w rozmaity sposób wpisuje się w konflikty kulturowe współczesności. Jeszcze jedno znamienne napięcie mogliśmy obserwować w Wielki Piątek, gdy w Serie A rozegrano derby Mediolanu. Termin spotkania spotkał się z krytyką ze strony Watykanu, ale przecież reguły biznesu są nieubłagane: AC Milan miał grać półfinał Ligi Mistrzów z Barceloną i dzień więcej na odpoczynek po ligowym meczu wydawał się dobą bezcenną.

Otóż dzisiejsza piłka jest – podobnie jak wiele innych dyscyplin sportowych – ważną odnogą kultury konsumpcyjnej. Pisze o tym bez ogródek wybitny brytyjski kulturoznawca Paul Willis, analizując przykład Manchesteru United: „»Oparcie w kibicach« jest bardzo ważne dla inwestorów i finansistów, gdyż stanowi podstawę wyceny rynkowej klubu. (...) Można by powiedzieć, że przez wejście klubu na giełdę przyszła siła nabywcza owych dwóch milionów kibiców [na tylu szacuje się sympatyków klubu na świecie – przyp. aut.] została sprzedana na pniu na rynku papierów wartościowych”.

W podobny sposób badacz kultury popularnej patrzy dziś na współczesne boiskowe gwiazdy. To nieprawda, że kiedyś nie było galaktycznych, rozpoznawalnych na całym świecie idoli. Byli. Choćby nieodżałowany George Best, który wygrywał na boisku, a przegrał życie z whisky. Tyle że Besta nie przypadkiem porównywano do Beatlesów, bo, w rzeczy samej, był on bliższy stylowi gwiazd rocka niż aseptycznym i ascetycznym sportowcom.

Współcześnie nową generację gwiazd rozpoczął David Beckham. Piłkarz dobry, czasem bardzo dobry, ale nie genialny. Tyle że jego nazwisko stało się marką kojarzącą się z luksusowym stylem życia, dbałością o wygląd, wizytami u stylisty i projektantów równie częstymi jak na boisku. Dla wchodzącej na rynek grupy mężczyzn metroseksualnych, stroniących od typu macho, brytyjski piłkarz stał się idealnym punktem odniesienia. I jakkolwiek kariera Beckhama ma się ku końcowi, jego siła oddziaływania na konsumentów nie słabnie, czego świadectwem to, że zarówno on (jako Beckhamix), jak i Zinedine Zidane (jako Zizouix) mają wystąpić w najnowszej wersji przygód filmowego Asteriksa.

Kolejny paradoks futbolu polega więc na tym, że jego spontaniczność dało się wprzęgnąć w maszynę konsumpcji i korowód rozpoznawalnych globalnie (jak Beckham czy Zidane) lub lokalnie (jak „Franek łowca bramek” reklamujący sok dla dzieci) gwiazd. Niestety, nie widać takich gwiazd w polskim przaśnym futbolu, zawodnicy pałętają się gdzieś po zagranicznych ligach, odrabiają pańszczyznę, by stawić się na kolejne zgrupowanie kadry i... sprawić zawód. To dlatego gwiazdami ligi krajowej stają się tacy piłkarze jak Piechna, tylko z tego powodu, że da się go opisać w języku mitologii, stworzyć opowieść o kopciuszku, który osiągnął sukces. Na gwałt potrzeba nam piłkarzy, których da się właśnie zmitologizować, podobnie jak kiedyś Deynę, Lubańskiego, Banasia czy Szołtysika.

W antropologii kultury, jak w każdej dyscyplinie, istnieje grupa opowieści i anegdot wiecznie żywych. Jedna z nich traktuje o afrykańskim wodzu, który, odwiedziwszy Stary Kontynent, wrócił do swojej wioski z opowieścią, która z grubsza brzmiała tak: „I w zasadzie u nich to jak u nas. Ale raz zabrali mnie na taką wielką łąkę. Z kilkanaście wiosek się tam zebrało i śpiewało różne pieśni. A potem wbiegły dwie drużyny wojowników. I pojawił się ubrany na czarno szaman, który trzymał skórzany totem. Nagle szaman gwizdnął, wojownicy kopnęli totem i wiecie co wtedy? Wtedy spadł deszcz”.

Od tamtej opowieści – wszystko jedno: prawdziwej czy wymyślonej z antropologicznej potrzeby – jedno się nie zmieniło. Piłka nożna wciąż kryje w sobie ziarno nieprzewidywalności, emocji i magii, które dostępne są w doświadczeniu, a blakną w najdoskonalszym nawet opisie.

Niech nam wystarczy, że w piłkarskim kręgu przejawia się moc, by raz jeszcze sparafrazować Czarnego Łosia. Stary mędrzec wiedział, co mówi. 


Prof. Wojciech Józef Burszta jest antropologiem, kulturoznawcą i krytykiem kultury, kierownikiem Katedry Antropologii w SWPS, profesorem w Instytucie Slawistyki PAN.

Dr Mariusz Czubaj jest adiunktem w Katedrze Antropologii SWPS, dziennikarzem „Polityki”.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną