Partyjne młodzieżówki. I szansa, i ryzyko

Młode gwardie
Młodzi to od zawsze łakomy kąsek w polityce. Są najlepszym orężem w walce z przeciwnikami. Ale mogą też stać się narzędziem groźnym. Tak dla życia publicznego, jak swoich mocodawców.
Portret Mao Zedonga przy bramie północnej placu Tiananmen
gds/Flickr CC by SA

Portret Mao Zedonga przy bramie północnej placu Tiananmen

Benito Mussolini
German Federal Archive

Benito Mussolini

Rzecz nie jest nowa. Ot, choćby w renesansowej Florencji fanatyczny mnich Girolamo Savonarola sięgnął po władzę, opierając się na tzw. piagnoni, armii chłopców. Wsławili się oni tym, że atakowali na ulicach kobiety, które wbrew zakazom dominikanina śmiały pokazać się publicznie w klejnotach, bądź wkraczali do domów bogatszych mieszczan i ogałacali je, powołując się na prawo o ograniczaniu zbytku. W razie oporu sięgali po kamienie i pałki.

Ale symbolem zjawiska stały się wydarzenia równo sprzed półwieku, kiedy w Chinach narodziła się tzw. Czerwona Gwardia.

Przypadek: hunwejbini

Zaczęło się – jak zwykle, gdy do polityki wciągano młodzież – od chęci przejęcia pełnej władzy. Ponad 70-letni Mao Zedong czuł się coraz mniej pewnie. Rozpoczęta w 1958 r. z jego inicjatywy polityka tzw. Wielkiego Skoku zakończyła się klęską. Nie tylko nic nie wyszło z planu radykalnego wzrostu produkcji (rolna miała się w ciągu pięciu lat podwoić, a przemysłowa – zwiększyć ponad sześciokrotnie). Okazało się, że pomysły Mao, oparte na tzw. bitwie o stal, czyli próbie produkowania żelaza w gospodarstwach domowych, doprowadziły do rozkładu tradycyjnej struktury gospodarczej kraju. Chłopi zamiast pracą na roli zajęli się wytapianiem stali w przydomowych piecach, ta do niczego się nie nadawała, a zbiory w większości zgniły. W efekcie tzw. gorzkich lat (1958–1961) z głodu umiera blisko 50 mln Chińczyków.

Wtedy Mao kończy oficjalnie Wielki Skok i demonstracyjnie wycofuje się z przewodniczenia republice. Pozostaje wprawdzie wciąż liderem partii, a jego naród od ponad 2 tys. lat przyzwyczajony jest do poddańczego kultu rządzących nim despotów. Mao zasadnie jednak może się obawiać buntu ze strony aparatu. Postanawia więc na powrót wziąć władzę. Zamysł jest tym razem taki: trzeba rozbić dotychczasową strukturę Komunistycznej Partii Chin i zbudować ją na nowo z oddanych sobie ludzi. Mao chce wykorzystać, zrozumiałe zresztą, niezadowolenie młodzieży, by wprowadzić kraj w stan rewolucyjnego wrzenia i pod hasłem moralnego oczyszczenia wyeliminować swoich partyjnych przeciwników. A młodzież w ówczesnych Chinach to już choćby liczbowo potęga: na 800 mln ludności jest ponad 100 mln uczniów i studentów.

Wiosną 1966 r. w pekińskich gazetach pojawia się seria ostrych, niemal prowokacyjnych artykułów przeciwko elitom państwa. Niektóre pisze ponoć sam Mao. Z kolei jego żona Ciang Cing, będąca doradcą kulturalnym armii, wydaje okólnik atakujący „uczonych tyranów” za wygaszanie poprzez zgniłe kompromisy „walki klasowej”. Sugeruje też, powołując się na Mao, że „nie ma budowania bez burzenia – burzenie oznacza krytykę i potępienie, oznacza rewolucję”.

Pod koniec maja niektórzy uczniowie szkół średnich zaczynają paradować z płóciennymi opaskami z żółtym napisem Hung Wei-ping, czyli Czerwona Gwardia. Mają po 12–14 lat. To zaczątek paramilitarnej organizacji młodzieżowej, do której dołączają rychło jeszcze młodsze dzieci oraz studenci i członkowie młodzieżówki partii komunistycznej. Modne stało się wśród nich wymowne wezwanie: „Nasza cierpliwość się kończy – nie ujdzie wam to na sucho!”. Znamienne, że zbuntowanych popierają szef tajnej policji Tang Szeng i minister obrony Lin Piao. To on w lecie 1966 r. podczas inspekcji milionowej już armii hunwejbinów ogłasza hasło przewrotu: „Precz ze starym myśleniem, starą kulturą, starymi zwyczajami, starymi nawykami”. I apeluje: „Myśl przewodniczącego Mao niech zapanuje nad duchem i niech go przemieni, aż siła ducha przemieni materię. Myśl Mao – słońcem naszych serc, źródłem naszego życia i naszej siły, drogowskazem i strawą dla ducha. On sam zaś – źródłem wszelkiej mądrości”. Sygnał jest jednoznaczny: bunt nie napotka żadnych ograniczeń. Hunwejbini bezbłędnie go odczytują.

Pierwszym ich wyczynem jest napaść na stołeczny uniwersytet Tsinghua. Na wrogów nr 1 kreowane są bowiem przede wszystkim elity: intelektualiści, pisarze i artyści. Zarzuca się im m.in. uleganie obcym wpływom i płaszczenie się przed Zachodem. Zaczyna też dochodzić do pierwszych aktów przemocy na pekińskich ulicach: w imię obrony moralności grasujące po ulicach bandy obcinają dziewczętom warkocze, atakują sklepy z luksusowymi – czyli zachodnimi – towarami i galerie sztuki.

Równocześnie trwają czystki w urzędach państwowych. Resort spraw zagranicznych obejmuje grupa Yao Teng-szan, dotąd urzędnika niskiego stopnia, który z dnia na dzień degraduje wszystkich ambasadorów i obsadza posady swoimi kompanami. Żona Mao przejmuje radio i telewizję oraz placówki kulturalne – włącznie z baletem i filharmonią, które mają odtąd propagować utwory dla mas.

W niełaskę popada Deng Xiaoping, główny rywal Mao w państwie. Jest więziony, przechodzi przez tzw. wiece walki klas, podczas których „wrogowie ludu” prowadzani są wśród tłumu w błazeńskich czapkach i lżeni od kapitalistów i psów. Życie zawdzięcza tylko wstawiennictwu premiera Chuo En-Laia. Ale już syna Denga hunwejbini wyrzucają przez okno (oficjalnie wyskoczyć miał sam). A Liu Szao-Ci, niedawny przewodniczący republiki, czyli nr 2 w państwie, po oskarżeniu o największe zbrodnie zostaje zamordowany. Jego miejsce zajmuje „ojciec Rewolucji” Lin Piao.

Rychło hunwejbini ruszają w teren. Tam jest jeszcze brutalniej. Grupa działaczy partyjnych z Guangxi wzywa, by wrogów klasowych nie tylko zabijać, ale i zjadać. Wkrótce wątroby zlinczowanych zawisają na rzeźnickich hakach i podawane są w zakładowych stołówkach. Fachowcy są zastępowani posłusznymi dyletantami. Ogółem Rewolucja Kulturalna pochłania od miliona do 50 mln ofiar – dokładnej liczby nikt nie zna. Miliony trafiają do łagrów.

Przemoc osiąga szczyt pod koniec lata 1967 r. Nawet Mao dostrzega wtedy, że kraj znalazł się w stanie wojny domowej: grupy Czerwonej Gwardii wymknęły mu się spod kontroli i pod wodzą samozwańczych przywódców zaczęły rywalizować między sobą o wpływy w poszczególnych regionach kraju. Jesienią oficjalnie wycofuje poparcie dla Rewolucji Kulturalnej i nakazuje młodym powrót do szkół. Ale niechcących oddać zdobytej władzy hunwejbinów jest w stanie spacyfikować dopiero interwencja armii – walki trwają do 1968 r. Pięciu głównych hunwejbinów zostaje zesłanych do pracy w tuczarniach wieprzów na peryferiach kraju. Mao nazywa ich teraz „niekompetentnymi i politycznie niedojrzałymi”.


Cele narzędzi

W ustabilizowanej demokracji próby radykalnego przeciwstawienia młodzieży reszcie społeczeństwa są prostą drogą do utraty głosów średnich i starszych pokoleń wyborców. Inaczej jest w systemach autorytarnych i w demokracjach słabych, gdzie sympatie polityczne całych wielkich grup wyborców potrafią szybko i radykalnie się zmieniać, a idee demokracji i wolności często przegrywają na rzecz wiary w skuteczność rewolucyjnych rozwiązań bądź rządów silnej ręki. Tam politycy nie muszą już liczyć się z tradycyjnymi podziałami politycznymi wśród obywateli, mogą więc postawić zdecydowanie na młode kadry kosztem reszty społeczeństwa. Stąd, na przykład, o ile studencko-licealna rewolta 1968 r. była choćby częściowo stymulowana przez lewicę, to sprzyjał temu fakt, że francuska demokracja nie należała wtedy do kwitnących. Gen. de Gaulle bez wahania sięgał przecież po policyjną pałkę, a Daniela Cohn-Bendita wyzywał od niemieckich Żydów.

Prof. Jerzy W. Borejsza, historyk Zakładu Dziejów II Wojny Światowej i Systemów Totalitarnych w Instytucie Historii PAN, proponuje wprowadzić jeszcze jedno rozróżnienie. Przekonuje, że na dobrą sprawę największe zapotrzebowanie na młodych wyznawców istnieje wśród polityków o skłonnościach totalitarnych – i to, paradoksalnie, tych zwłaszcza, którzy chcą zdobyć władzę nie w drodze rewolucji, lecz z wykorzystaniem mechanizmów demokratycznych. – Bolszewicy nie musieli kokietować młodych, bo wzięli rządy drogą rewolucji. Co innego faszyści, którzy dochodzili do władzy legalnie – ci musieli pozyskać młodzież – dowodzi Borejsza. Przypomina, że we Włoszech grupa faszystowska liczyła początkowo 8 członków, a kiedy w 1922 r. Benito Mussolini został premierem, jego ugrupowanie nadal nie miało większości w parlamencie. To dlatego nieustannie szukał poparcia: interesowała go zresztą nie tylko młodzież szkolna i studencka, ale nawet przedszkolaki – liczył pewnie, że zaangażowanie dzieci wpłynie na wybory rodziców. W efekcie 6-latki paradowały w mundurach organizacji zwanej Balilla, a 12-latki dostawały w dowód zaufania miniaturowe karabinki i bagnety. Wykształciła się cała droga kariery: przedszkolaki z Balilla trafiały potem do tzw. awangardystów, a następnie do Uniwersyteckich Grup Faszystowskich, z których już prosta droga prowadziła do Milicji, czyli paramilitarnej organizacji partyjnej. Analogiczna struktura przewidziana była dla dziewcząt (tzw. Młode Włoszki).

Prof. Borejsza zwraca przy tym uwagę, że o ile dla rządów autorytarnych liczy się sama władza, a ich filarami są policja, armia i Kościół, to cechą systemów totalitarnych jest także dążenie do uzyskania, przynajmniej w fazie początkowej, masowego poparcia społecznego. Dlatego faszyści ze swą demagogią próbowali dotrzeć do wszystkich zdegustowanych swą sytuacją grup społecznych: bezrobotnych, drobnomieszczaństwa i właśnie młodzieży. Szczególna rola młodzieży polegała na tym, że to jej pozyskanie było kluczem do masowości ruchu. Naturalnie, kiedy totalizm okrzepnie i przekształci się w reżim, obietnice idą w zapomnienie, a ci, którzy w nie uwierzyli, przestają się liczyć.


Przypadek: Związek Młodzieży Polskiej

Hunwejbini służyć mogą jednak nie tylko do zdobywania władzy. Inne ich funkcje pokazują choćby dzieje Związku Młodzieży Polskiej i tzw. pryszczatych, czyli grupy zaangażowanych ideologicznie młodych pisarzy, narzucających powojennej kulturze zasady socrealizmu. Powstały latem 1948 r. ZMP w niespełna dwa lata stał się praktycznie monopolistą jako reprezentacja młodego pokolenia: o ile początkowo miał milion członków, to w 1955 r. – już cztery razy więcej. Tym samym zrzeszał 40 proc. polskiej młodzieży, w tym 50 proc. młodych robotników i 60 proc. uczących się. Odłogiem leżała jedynie wieś – do ZMP zapisało się niespełna 15 proc. młodych chłopów. Tak struktura, jak formy działalności były skopiowane z leninowskiego Komsomołu (a także samej PZPR): obowiązywała kluczowa rola organizacyjnej egzekutywy w pełni podporządkowanej partii. Identyczne były zresztą tendencje wewnątrzorganizacyjne – choćby gwałtowna rozbudowa aparatu etatowego.

ZMP miał wychowywać „nowego człowieka o nowej moralności” i dostarczać kadr dla PZPR. Przede wszystkim jednak być wszechobecnym instrumentem indoktrynacji, zastraszania opornych i zwalczania „obcych wpływów” w środowiskach. Prócz bowiem mobilizowania poparcia dla władzy ZMP stał się elementem presji – na swych członków, ale i tych ich rówieśników, którzy wzbraniali się przed przyjęciem legitymacji, oraz na nauczycieli w szkołach, przełożonych w zakładach pracy, a nawet na niższe szczeble administracji państwowej. Członkowie ZMP nie tylko angażowali się (bardziej lub mniej dobrowolnie) w rytuały ideologiczno-indoktrynacyjne typu pochody, wiece i akcje współzawodnictwa w produkcji bądź nauce. Bywali również narzędziem nacisku w swoich środowiskach: wygodnym – i zwykle skutecznym – w eliminowaniu lub zastraszaniu osób niewygodnych ekipom aktualnej władzy różnych szczebli. Pełnili nawet rolę nadzorców moralności, pilnując – choćby przy użyciu donosu – przestrzegania „socjalistycznego purytanizmu” w stosunkach intymnych. Z jednej strony atakowali „wstecznictwo”, a z drugiej zagrażające „wartościom socjalistycznym” bikiniarstwo.

W latach 1952–1954 ZMP zaczyna niemal rządzić szkołami. Aktywiści próbują dyktować nauczycielom i dyrektorom, jak zorganizować pracę szkoły, czym powinna zajmować się młodzież na lekcjach, a nawet jakie kto ma mieć oceny. Podobnie jest na uczelniach. Czasem dochodzi do ostrych konfliktów. Przykładowo do UB trafiają informacje o wojnie, jaką z ZMP Uniwersytetu Jagiellońskiego toczy dziekan wydziału prawa Konstanty Grzybowski. Poszło o to, że profesor nie godził się z próbami zarządzania uczelnią przez aktywistów. Odrzucał też ich skargi, że profesorowie podczas egzaminów nie stosują taryfy ulgowej dla zasłużonych działaczy młodzieżowych.


Przypadek: Hitlerjugend

Dr Jarosław Tomasiewicz, politolog z Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, widzi dwa rodzaje przyczyn dużej podatności młodych na wszelkiego rodzaju ekstremizm. Pierwsze są banalne: nieustabilizowana sytuacja społeczna, brak obciążenia rodziną czy majątkiem sprawia, że młodzi są bardziej skłonni do ryzyka i wręcz szukają ekscytujących bodźców. Drugie to właściwe wiekowi cechy psychobiologiczne: podatność na wpływy i uproszczone widzenie świata.

Antoni Sobański, korespondent „Wiadomości Literackich” w III Rzeszy, w przenikliwym reportażu „Cywil w Berlinie” wymienia całą serię prozaicznych wręcz przyczyn, dla których młodzi Niemcy – o rozmaitych poglądach, z komunistycznymi i socjalistycznymi włącznie – zgłaszali w końcu akces do nazistów. Najważniejszy powód to bieda i bezczynność – a organizacja zawsze przecież „powierzy jakąś funkcję”. Towarzyszy temu strach – tym, którzy nie dowiodą swego zaangażowania, władza może uprzykrzyć życie, naciskając choćby na pracodawców, by zwalniali biernych politycznie. Swoje robi też ludzka żądza dominacji – przynależność daje wyższy status społeczny i „sposobność rozkazywania cywilom”. Nie bez znaczenia jest wreszcie jeszcze bardziej prozaiczna interesowność: np. wiadomo było, że od 1934 r. wprowadzona będzie obowiązkowa służba pracy i stało się jasne, że członkowie organizacji nazistowskich dostaną lżejsze zajęcia niż kopanie rowów melioracyjnych bądź budowanie dróg.

Naturalnie, istotna była też ideologia. Nie bez powodu naziści nawiązywali do romantycznego kultu młodzieńczości, z jej żywiołowością i buntowniczością. Niemcy mieli być narodem młodym i witalnym – co tłumaczyło m.in. plany ekspansji terytorialnej. W umacnianiu zaś potęgi narodu szczególną, niemal mistyczną rolę odgrywać miała młodzież. Pismo Hitlerjugend nosiło znamienny tytuł „Moc i wola”, a w motcie sugerowało, że daje głos „twórczym siłom młodości”. Z kolei włoscy faszyści mawiali o sobie, że są „ruchem młodych przeciw starym”, a Mussolini kokietował młode pokolenie określając je jako to, któremu „los zlecił tworzenie Historii”.

– Z młodych łatwo uczynić hunwejbinów, bo są podatni na emocje oraz ostre sądy i czarno-białe postrzeganie rzeczywistości. Ważne jest też dla nich poczucie misji i wyjątkowości. Jeśli zagra się na takich emocjach, można im wcisnąć każdy pogląd. Nie bez przyczyny totalitaryzmy lubują się w rytuałach, tworzą własną symbolikę i kreują na nowe religie – mówi prof. Borejsza.

Wybitny niemiecki historyk Norbert Frei w „Państwie wodzowskim” stwierdza wprost: „Nieprzeparty ciąg do autokreacji nadawał Trzeciej Rzeszy rysy teokratyczne”. Defilady, marsze z pochodniami, podczas których brunatna koszula i swastyka stanowiły zewnętrzne znaki rozpoznawcze, tworzyły „nową tożsamość”. Tak wystylizowanemu wizerunkowi odpowiadała świadomość odrębności, która wyróżniała narodowych socjalistów – nie tylko w ich własnym mniemaniu – od innych partii: „Chcieli być wspólnotą światopoglądową i bojową, czymś o wiele więcej niż polityczna grupa interesów”. Reżim nie tylko stworzył swoją liturgię – narzucił własną periodyzację historii: narodowosocjalistyczny rok zaczynał się 30 stycznia, czyli w rocznicę dziejowego przełomu, jakim miało być objęcie władzy. Rok w rok tysiące młodych nazistów maszerowały przez Bramę Brandenburską. Inscenizacje takie „miały na celu nie tylko zewnętrzną reżyserię życia publicznego – oprócz ukazania politycznego i strukturalnego spojenia (integracji) partii z państwem chodziło o światopoglądowe związanie jednostek i całych grup, a więc ostatecznie o hegemonię kulturalną”.

Znamienne, że tego rodzaju parareligijne rytuały lansowane przez reżim nie spotkały się z szerszym zainteresowaniem i wśród starszej części społeczeństwa wywoływały raczej szyderstwa. Jedynie wąski krąg fanatyków oraz właśnie młodzież traktowała je serio.


Przypadek: pionierzy

Młodzieży schlebiała też naturalnie lewica. Jak zauważa dr Tomasiewicz, czołowy filozof kontestacji lat 60. Herbert Marcuse przedstawiał ludzi młodych jako tych, którzy „instynktownie biorą stronę ludzkiej natury w jej konflikcie z cywilizacją przemysłową”. Dodawał, że ponieważ klasa robotnicza Zachodu przesiąkła już burżuazyjnymi miazmatami, rewolucji może dokonać tylko niezepsuta młodzież. W 1969 r. trockistowska IV Międzynarodówka uznała młodzież za sól ziemi, a ruchy studenckie za „zasadniczy czynnik przemian rewolucyjnych na całym świecie”.

Ale ostatecznym katalizatorem hunwejbinizmu jest zawsze nastrój zasadniczej zmiany dotychczasowego porządku, a więc atmosfera rewolucji. Muszą więc pojawić się wezwania do moralnej odnowy, zakwestionowanie uznanych dotąd autorytetów i elit, krytyka obowiązującego układu, zanegowanie niegodziwej – jak się okazuje – przeszłości i podważenie skażonej tradycji.

– Idea odnowy moralnej oznacza konieczność wymiany kadr – tłumaczy socjolog Sergiusz Kowalski. – W ten sposób nawet najbardziej brutalna czystka zyskuje szczytne uzasadnienie. Co więcej, ludzi wymienia się szybko i łatwo, a jest to zmiana na tyle spektakularna, że można propagandowo przedstawić ją jako dowód faktycznego przeobrażenia rzeczywistości. Przy okazji sterujący hunwejbinami pokazują, że oni też dysponują zasobem ludzkim. To dodatkowy straszak i narzędzie wymuszania uległości.

Symbolem najdrastyczniejszych skutków hunwejbinizmu jest Pawlik Morozow. Nazwano go bohaterem donosu. Zasłynął tym, że w 1932 r., w czasie kampanii kolektywizacyjnej, jako członek organizacji pionierów w rodzinnej wsi Gierasimowka wydał OGPU (policji politycznej) swojego ojca, który starał się pomagać innym chłopom i okolicznym zesłańcom. Ojciec trafił do łagru. Pawlik miał wtedy 14 lat. Wedle oficjalnej wersji niedługo potem został w odwecie zabity przez „siły kontrrewolucyjne”, wśród których miał być także jego dziadek. Po śmierci został wyniesiony na ołtarze propagandy: budowano mu pomniki, a domom kultury i drużynom pionierów nadawano jego imię. W rzeczywistości Pawlik zginął prawdopodobnie w wyniku prowokacji bezpieki: rehabilitacja donosu i przezwyciężenie oporów przeciwko niemu była ważnym czynnikiem pracy wychowawczej partii. Nabierał on znaczenia wraz z umocnieniem się dyktatury stalinowskiej i upowszechnieniem totalitarnej kontroli nad społeczeństwem. Na XIV Zjeździe WKP(b) w 1925 r. ustalono, że „każdy członek partii winien donosić – możemy być serdecznymi przyjaciółmi, lecz gdy zaczynamy się różnić politycznie, winniśmy nie tylko zerwać przyjaźń i pójść dalej”. Ostatnie wątpliwości rozwiał literat Maksym Gorki, bez zastrzeżeń akceptując wyczyn pioniera Morozowa.

Dzieci takie jak Pawlik Morozow dorastały w komunistycznym Związku Radzieckim w podobnej sztafecie organizacyjnej jak rówieśnicy np. w faszystowskich Włoszech. Na małego Pawkę czekała dziecięca organizacja pionierska, ubrana w chusty, salutująca, pełniąca warty przed popiersiami Lenina, ucząca się na pamięć życiorysu wujka Stalina (oficjalna nazwa: Ogólnozwiązkowa Organizacja Pionierska im. W.I. Lenina, istniała do 1991 r.). Gdy Pawlik podrastał, trafiał do Wszechzwiązkowego Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży, czyli Komsomołu. Skupiał on ludzi w wieku od 14 do 28 lat, ale funkcjonariusze organizacji byli często znacznie starsi. W pierwszych dekadach był to kanał nie tylko indoktrynacji, ale i na poły darmowa siła robocza przy forsownej industrializacji. Zastępy Morozowów z zapałem uczestniczyły w formowaniu nowego radzieckiego człowieka, czyhając i tropiąc małowiernych.

Komsomoł był zapleczem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, kuźnią kadr dla partyjnej nomenklatury. Ocenia się, że przez Komsomoł przewinęło się około dwóch trzecich populacji Rosji. Organizacji już nie ma, lecz przetrwała jej gazeta „Komsomolskaja Prawda”.


Dzieci rewolucji

– Prócz swych literalnie zbrodniczych konsekwencji w postaci ludzkiej krzywdy hunwejbinizm degraduje też system polityczny, w którym się pojawił. Oznacza bowiem zawsze, uwaga na to znamienne słowo!, przyspieszenie krążenia elit. By być precyzyjnym: lepsze kadry są zwykle wypierane przez gorsze – zauważa Sergiusz Kowalski. I szkicuje dynamikę procesu: zwykle każdy uczestnik życia społecznego analizuje swoje perspektywy awansu, rozważa różne warianty kariery i sposoby osiągnięcia życiowych celów. Wie, na przykład, że poprawa własnych kwalifikacji powinna zaowocować lepszą pozycją zawodową, podwyższeniem prestiżu, zarobków itd. Na tym polega tradycyjna cyrkulacja elit. Wkroczenie hunwejbinizmu oznacza nową sytuację: kryteria awansu społecznego stają się niejasne, pojawia się niepewność i zniechęcenie – zwłaszcza kiedy hunwejbini zaczynają być premiowani na zasadzie „mierni, ale wierni”. W końcu łamie się też solidarność wśród samych hunwejbinów – ich wspólnota okazuje się iluzoryczna, kiedy tylko wychodzi na jaw, że pula stanowisk do obsadzenia jest jednak ograniczona. A wtedy ci najbardziej rozczarowani mogą zwrócić się przeciwko dotychczasowym mocodawcom.

Jako przykład, że wypuszczone na żer wilki potrafiły skutecznie atakować także niekwestionowanych, zdawałoby się, liderów stada, prof. Borejsza podaje zlikwidowanie przez młodych nazistów ultraprawicowego gen. Kurta von Schleichera. Zauważa przy tym, że im bardziej totalitarny jest system władzy, tym silniej kontroluje własnych hunwejbinów – a tych, którzy choćby potencjalnie mogą okazać się niepokornymi, bez litości eliminuje. W Niemczech za miękki okazał się nawet szef Hitlerjugend Baldur von Schirach. Ten autor programu „rewolucji wychowania” niemieckiej młodzieży, skazany zresztą później w Norymberdze jako jeden z winnych zbrodni Trzeciej Rzeszy, został w pewnym momencie odsunięty przez führera od wpływów.

Bywało jednak, że to właśnie z szeregów hunwejbinów wyrastali kontestatorzy systemu. We Włoszech wokół Giuseppe Battai, jednego z czołowych teoretyków faszyzmu, skupia się z czasem grupa rozczarowanej praktyką systemu młodzieży i ogłasza program „faszyzmu o ludzkim obliczu”. Kilku zdegustowanych faszystowskich hunwejbinów rzuciło się też w przeciwną ekstremę, czyli w komunizm. – Także do ZMP wstępowali nie tylko karierowicze, ale i ludzie ideowi. To oni w Październiku 1956 r. stanęli na czele niezależnych inicjatyw politycznych – podkreśla dr Dariusz Libionka z IPN.

Amerykański sinolog z Uniwersytetu w Princeton Martin K. Whyte przekonuje z kolei, że nawet niektórzy uczestnicy Rewolucji Kulturalnej stali się potem pionierami rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. „Czerwonogwardziści i zrewolucjonizowana młodzież robotnicza doświadczyli nieznanej im wcześniej autonomii i tworzyli mnogość organizacji oraz frakcji w szkołach i zakładach pracy” – relacjonuje tezę Whyte’a prof. Krzysztof Gawlikowski. Upowszechnienie zaś podczas Rewolucji Kulturalnej wypowiedzi Mao, że „bunt jest rzeczą prawą”, było w warunkach chińskich „przewrotem kopernikańskim”. W tym sensie hunwejbinizm pobudził wśród części młodzieży rozwój krytycznego myślenia o sprawach państwa i ugruntował przekonanie, że obywatele mają prawo do tworzenia swoich organizacji, demonstracji i strajków oraz otwartego krytykowania władz.

– Wśród hunwejbinów zawieruszają się idealiści, ale to nie oni nadają ton – przywraca proporcje Sergiusz Kowalski. A prof. Borejsza dodaje, że nawyki zaszczepione w młodości trudno wykorzenić – i na tym też polega społeczne niebezpieczeństwo hunwejbinizmu z jego kultem posłuszeństwa, połączonego z przyzwoleniem na manipulację i kłamstwo w imię wytyczonego celu.


Przypadek: Promieniści

Rewolucje i wielkie zmiany społeczne bez młodzieży obejść się nie mogą. Rzecz w tym, jakie tradycje i autorytety uzna jednak za swoje oraz czy będzie potrafiła oprzeć się manipulacjom, zachowując w efekcie czystość młodzieńczych ideałów. Ale też czy polityczni liderzy zdołają się powstrzymać od takiej pokusy.

Jacek Kuroń, w ogłoszonym w 1981 r. eseju „Zło, które czynię”, pisał, że jako działacz opozycji czuje się odpowiedzialny za tych młodych ludzi, których zaraził swoimi wartościami, a tym samym naraził ich na więzienie i inne represje. Pisał, że za zasadę przyjął, iż „nie wolno pod żadnym pozorem, w imię żadnej wielkiej, a więc abstrakcyjnej, idei, czynić zła konkretnemu człowiekowi. Bowiem dobro, któremu wówczas służę, jest odległe i niepewne, zaś zło, które czynię – bliskie i niewątpliwe”. Przyznawał, że potem wiele razy zachęcał jednak wpatrzonych w siebie młodych ludzi do ryzyka, z jakim wiązało się obalanie systemu. Ale zawsze dręczył go dylemat biblijnego Abrahama (analizowany m.in. przez Soerena Kierkegaarda), dotyczący absolutnej wiary w słuszność swoich idei – aż do bezkrytycznego i bezlitosnego poświęcenia w ich imię swoich bliskich.

Parę lat później, w kierowanym do „licealistów, studentów i młodych robotników” podziemnym dwutygodniku „Promieniści”, Kuroń wyjaśniał, jakie znalazł wyjście z tego dylematu. Mówił, że wprawdzie zdaje sobie sprawę, iż „prowadzi swoich wychowanków na stos”, ale wie, że zaniechanie oporu byłoby równie wielkim grzechem. Równocześnie jednak idea ruchu społecznego, jaką wedle niego miała stać się opozycja w PRL, musi zakładać maksymalną samodzielność jego uczestników, być sumą indywidualnych, odpowiedzialnych decyzji.  

Ważniejsze źródła: Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, „Tylko nie o polityce – rozmowy »Promienistych«”, Paryż 1989; Jerzy W. Borejsza, „Szkoły nienawiści. Historia faszyzmów europejskich 1919–1945”, Wrocław 2000; Norbert Frei, „Państwo wodzowskie”, Warszawa 2000; Michał Heller, Aleksander Niekricz, „Utopia u władzy”, Wrocław 1989; Jacek Kuroń, „Zło, które czynię”, Warszawa 1981; Józef Smaga, Grzegorz Przebinda, „Kto jest kim w Rosji po 1917 roku”, Kraków 2000; Antoni Sobański, „Cywil w Berlinie”, Warszawa 2006; Jarosław Tomasiewicz, „Terroryzm na tle przemocy politycznej”, Wrocław 2004.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj