Społeczeństwo

Kto wynagrodzi artystom straty z odwołanych występów?

Teatr w czasach zarazy Teatr w czasach zarazy Karen Zhao / Unsplash
Większość znajomych pracuje na zlecenie, grają, robią warsztaty. Z dnia na dzień stracili jakiekolwiek możliwości zarabiania – mówi Dagmara Żabska, dyrektorka artystyczna Teatru Figur Kraków.

JOANNA CIEŚLA: – Jak się pani czuje?
DAGMARA ŻABSKA: – Dziwnie. Cicho mi i pusto. W mieszkaniu na co dzień jest mąż i ośmioletnia córka, teraz wysłałam ich na wieś. Poddaję się dobrowolnej kwarantannie. Ostatnie kilka miesięcy – od października z przerwami – spędziłam w trasie po Europie z kilkunastoosobowym międzynarodowym zespołem teatralnym. Na marzec planowane były występy w Anglii i Austrii, ale je przerwaliśmy. Wróciłam do kraju w piątek.

Co to była za trasa?
Pokazywaliśmy spektakl „I will be everything”, który jest częścią trzyletniego projektu w ramach programu Kreatywna Europa. Bierze w nim udział Teatr Figur Kraków, w którym pracuję. Wcześniej w siedmiu krajach realizowaliśmy warsztaty z dziećmi pod hasłem „I will be everything – świat za 50 lat”. Wysłuchaliśmy kilkuset historii o tym, jak dzieci wyobrażają sobie przyszłość. Potem w tym międzynarodowym zespole wybraliśmy 11, z których zrobiliśmy spektakl.

Odwołać występy? To histeria

Jak dzieci wyobrażają sobie przyszłość?
Czasem dość apokaliptycznie. Na mnie największe wrażenie robi historia o króliku, z którym nikt nie chce się bawić. Inne zwierzęta się z niego śmieją, bo jest ostatnim królikiem na świecie. Wymyśla więc maszynę do produkcji królików, a ona zaczyna wytwarzać ich tyle, że króliki zalewają świat. W oryginalnej wersji tej wizji ostatecznie ulegają zagładzie za sprawą reszty zwierząt. Myśmy to złagodzili, wysyłając je na Marchewkową Planetę. Na Ziemi zostaje tylko ten pierwszy-ostatni królik, ale inne zwierzęta obiecują go lepiej traktować.

Teraz niektóre przyjęte przez nas rozwiązania wydają mi się niepokojąco prorocze. Na początku naszego spektaklu dzieci-widzowie zakładają białe płaszcze lekarskie, a my kontrolujemy ich czystość, sprawdzamy ręce. Ta koncepcja pojawiła się rok temu, chodziło o wprowadzenie w klimat: widzowie wchodzą do maszyny, która przeniesie ich w przyszłość, muszą być dobrze przygotowani. Gdy pod koniec lutego w ten sposób zaczęliśmy spektakl w Norwegii, od razu zaczęły się chichoty, że to wszystko przez koronawirusa. Ja jeszcze wtedy dość luźno pojmowałam, o co chodzi.

Kiedy się pani wystraszyła?
Zajęło mi to kilka tygodni. Dzień przed wylotem do Anglii 9 marca zadzwoniła do mnie koordynatorka projektu z pytaniem, czy na pewno chcę w nim brać udział. Nie mam telewizora i prawdę mówiąc, zbyt uważnie nie śledziłam doniesień, pomysł odwoływania występów wydał mi się raczej histeryczny. Ale gdy już byłam na miejscu, a docierali koledzy i koleżanki z innych krajów, zadzwonił nasz współpracownik z Vittorii. Pytał, czy uważamy, że powinien przylatywać, bo w jego mieście było kilka zachorowań. Uznaliśmy, że na tym etapie trzeba się spotkać i na miejscu decydować, co dalej. Następnego dnia, 10 marca, wszyscy zgodziliśmy się, że gramy w Cambridge – wówczas nie było tam żadnych zachorowań – i że z dnia na dzień będziemy decydować o kolejnych spektaklach. (Przepraszam, puka sąsiadka, muszę przekazać jej listę zakupów).

W Polsce 11 marca zdecydowano o zamknięciu szkół.
A w Anglii nie było żadnych obostrzeń. Na czterech spektaklach mieliśmy pełną widownię: dzieci szkolne, publiczność indywidualną. Ale dzień po dniu temat rósł, stawał się bardziej wyrazisty i groźny. Dotarła do nas informacja, że Austria zamierza odwołać występy. Pilnie już śledziliśmy media. Że Polska zawiesza pracę szkół, że Norwegia zamyka granice. Zaczęły się też kłótnie na odległość ludzi z zespołu z bliskimi, którzy zostali na miejscu. Był w tym jakiś dysonans, bo wokół nas do tematu podchodzono bardzo lekko, jedliśmy kolacje w restauracjach, instytucje kultury działały normalnie. Na stronach teatrów wisiały zachęty: „Umyj ręce i przyjdź!”. 12 marca zdecydowaliśmy jednak, że gramy ostatni spektakl. Napięcie zrobiło się zbyt silne – koleżanka z Danii martwiła się o dzieci, inna osoba miała symptomy chorobowe – prawdopodobnie na tle nerwowym.

Do pani do Londynu miał podobno przyjechać mąż z córką?
Tak, właśnie 12 marca. Mąż też długo był dość sceptyczny wobec zagrożenia. Argumentował, że 90 przypadków zachorowań w Wielkiej Brytanii, bo tyle wtedy było, wobec 9 mln mieszkańców samego Londynu to nie jest dużo. Uznaliśmy jednak, że skoro w kraju wprowadzane są dość surowe obostrzenia, wycieczka byłaby w jakimś sensie nielojalna, wbrew zasadom solidarności społecznej. Jeśli poddajemy się prewencji, to wszyscy. Kupiłam bilet do Krakowa na piątek, jednocześnie zaczynały się pojawiać informacje o coraz dalej idących procedurach bezpieczeństwa w Polsce.

Sama uznałam, że lepiej się odizolować

Czy dostrzegła pani, że w kolejnych dniach podejście Brytyjczyków do tematu koronawirusa się zmienia?
To było niejednoznaczne. Gdy wylatywałam, w Londynie i na lotnisku nie było żadnych wzmożonych procedur bezpieczeństwa, sporo ludzi nosiło jednak maseczki chirurgiczne. Restauracje działały, ale ludzi w nich z dnia na dzień ubywało. Z drugiej strony w samolocie leciałam obok Angielek, które wybrały się na wakacje do Polski. Czytały na rządowych stronach, że nic niepokojącego się nie dzieje. Nie wiem, jak udany mógł być ich pobyt, bo na lotnisku Straż Graniczna informowała zagranicznych turystów, że w związku z planowanym zamknięciem granic do jutra muszą opuścić kraj, inaczej będą musieli zostać na 10 dni.

Jak zajęto się lądującymi Polakami?
Przed wyjściem z samolotu zmierzono nam temperaturę, ale nikt mnie nie pytał, gdzie byłam i co robiłam. Obowiązek kwarantanny dotyczy tych, którzy lądowali dobę później niż ja. Może jest w tym jakiś paradoks, ale startując z poziomu dużego sceptycyzmu wobec zagrożenia, ostatecznie sama uznałam, że dla bezpieczeństwa moich bliskich lepiej będzie się odizolować. Nie spotykam się z nikim, nie robię zakupów, wieczorem wychodzę na spacer do pustego lasu. Prawie codziennie kontaktuję się ze współpracownikami z innych krajów. Odpukać, na razie nikt nie zachorował.

Co epidemia koronawirusa oznacza dla środowiska artystycznego?
Sytuacja naszego teatru jest wyjątkowo stabilna dzięki temu, że projekt, który realizowaliśmy, jest finansowany ze środków UE. Przerwanie go w obecnych okolicznościach nie niesie strat materialnych. Ale nie ma wątpliwości, że jesteśmy w wyjątkowej sytuacji. Większość moich znajomych pracuje na zlecenie, oprócz grania spektakli robią warsztaty i szkolenia. Z dnia na dzień stracili jakiekolwiek możliwości zarabiania. I nikt z nas nie ma poduszki finansowej; stawki w kulturze są tak niskie, że nie ma mowy o oszczędzaniu. Podobno MKiDN opracowuje plan zapomogi dla artystów w ramach pomocy socjalnej z Funduszu Promocji Kultury. Nie mam pojęcia, jaka to kwota i czy można z niej opłacić wynajem mieszkania, media i jedzenie. Podejrzewam, że nie.

Dagmara Żabska – założycielka i szefowa artystyczna Teatru Figur Kraków, niezależnego teatru cieni.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną