Społeczeństwo

Miałem kontakt z zakażonym. Czy ktoś mi zrobi test?

Od kilku dni próbuję skłonić państwo polskie, żeby się mną zainteresowało. Bez skutku. Od kilku dni próbuję skłonić państwo polskie, żeby się mną zainteresowało. Bez skutku. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
W samolocie, którym wracałem do Polski, był pasażer z wirusem. Mam bóle w klatce piersiowej. Próbuję skłonić państwo polskie, żeby się mną zainteresowało. Bez skutku.

Wróciłem niedawno z Bangkoku w ramach akcji „Lot do domu”. Osiadłem na kwarantannie w pustym mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu, które odziedziczyłem po zmarłym w zeszłym roku wujku. Żona przywiozła mi duże zapasy, które sukcesywnie spożywam. Prawie codziennie dzwoni do mnie policja. Dwa razy nawet lokalny ośrodek pomocy społecznej pytał, czy czegoś nie potrzebuję, np. psychologa.

Sympatyczna kwarantanna w stolicy

Kwarantanna przebiegałaby całkiem sympatycznie, gdyby nie ból w klatce piersiowej i generalne osłabienie. Ponieważ jednak nie mam wysokiej gorączki, która jest najczęstszym objawem choroby, a kaszel tylko w nocy i mało dotkliwy, postanowiłem te bóle i słabości przeczekać.

Trzy dni temu przyjechała przed blok karetka, wyszli z niej sanitariusze ubrani jak kosmici. Przemknęło mi przez myśl, że to po mnie. Ale nie. Wywieźli kogoś innego. Incydent ów, na pierwszy rzut oka nieprzyjemny, nie wywołał u mnie koronawirusowego stresu. Przeciwnie, odebrałem go pozytywnie – oto państwo, okutane od stóp do głów jak trzeba, działa.

Niestety optymizm nie trwał długo. Dzień później zadzwonili ze stacji epidemiologicznej w Wołominie – w tamtym powiecie jestem zameldowany – z informacją, że w moim samolocie był pasażer z wirusem. Stacja chciała wysłać do mnie ekipę, żeby przeprowadzić test. Kiedy się jednak zorientowali – w toku rozmowy – że odbywam kwarantannę w stolicy, powiedzieli, że to nie ich sprawa, mam się „kontaktować z Warszawą”.

Czytaj też: Nowe standardy robienia zakupów

Sanepid radzi kontakt z Warszawą

Porada, żebym „kontaktował się z Warszawą”, wydała mi się mało praktyczna. I rzeczywiście. Wprawdzie w internecie znalazłem telefony do różnych urzędów i stacji epidemiologicznych, ale uparcie nie odpowiadają albo są zajęte, albo nawet informują, że „nie ma takiego numeru” (sic!).

Odpowiadają tylko te telefony, które są bezużyteczne. Dodzwoniłem się np. do stacji epidemiologicznej w Puławach (numer, nie wiedzieć czemu, jest podany na stronie stołecznej stacji sanitarno epidemiologicznej). Pani w słuchawce wysłuchała mojej historii, zgodziła się, że jestem osobą podwyższonego ryzyka i powinienem zostać przetestowany, ale „ona jest w Puławach i nie może pomóc”. Może tylko wysłuchać i pocieszyć, co też zrobiła.

Inna pani z innego numeru alarmowego (też ze strony pssewawa.pl) informuje, że w Warszawie raczej mi nie pomogą, bo testy są dla lekarzy i pielęgniarek, dla innych nie wystarcza. „Proszę cierpliwie czekać, może kiedyś do pana przyjadą i zrobią badanie” – radzi na pożegnanie. I życzy dużo zdrowia.

Wyczuwam instynktownie, że rada „proszę cierpliwie czekać” też nie jest zbyt praktyczna. Ponadto w całej sprawie nie chodzi o mnie. Niestety wszystkie panie w telefonach, do których cudem udaje mi się dodzwonić, tego nie rozumieją. Nawet jeśli mam koronawirusa, to przechodzę go – na razie – łagodnie. Nie chcę iść do szpitala, bo nie pomoże w niczym, a najwyżej zaszkodzi: będę wdychał powietrze z koronawirusem (taką mam przynajmniej intuicję).

Czytaj też: Zaostrzona kwarantanna. Czego nie wolno robić od 1 kwietnia?

Sto lat za Chińczykami

Problem w tym, że niedługo skończy się kwarantanna, wyjdę na wolność i mogę stanowić zagrożenie. Nie jestem petentem w swojej sprawie, tylko w sprawie wszystkich, z którymi będę się niedługo kontaktował. De facto jestem petentem również w sprawie wszystkich pań, do których dzwonię.

Tak się składa, że wróciłem m.in. z Tajwanu, gdzie takie elementarne sprawy rozumieją. Dlatego liczba zachorowań wynosi tam 329, a od wielu dni nie ma nowych przypadków. Podobnie skutecznie – tropiąc potencjalnie niebezpieczne jednostki, jak ja – opanowano epidemię w Chinach. Parafrazując politycznie niepoprawne powiedzenie: w kwestii organizacji jesteśmy sto lat za Chińczykami.

Coraz bardziej zdesperowany dzwonię na ogólnokrajowy rządowy 800 190 590. Pani zgadza się, że powinienem zostać przetestowany, ale nie może pomóc. Ona jest tylko informacyjna, a nie operacyjna. „Musi pan przebijać się do różnych stacji epidemiologicznych” – radzi.

Nieustanne wybieranie tego samego numeru jest, po pierwsze, kłopotliwe, po drugie, szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Dlatego użytkownikom telefonów z systemem Android polecam aplikację Auto Redial. Można jej zlecić np. dzwonienie sto razy w odstępach co pół minuty.

Czytaj też: „Naprawdę nic nie wiemy”. Reporter utknął w podróży przez Pacyfik

Przetestujcie mnie dla swojego dobra

Niestety nawet niezmordowana aplikacja nie może się dodzwonić do stacji przy ul. Kochanowskiego, pod którą podlegam (według mojego kwarantannowego adresu na Żoliborzu). Piszę mail na adres koronawirus@pssewawa.pl. Bez odpowiedzi.

Policjanci, którzy jak zwykle dzwonią, żeby sprawdzić, czy przestrzegam zasad (codziennie muszę im machać z okna), radzą dzwonić po pogotowie. Ale nie kwalifikuję się na pogotowie – nie mam problemów z oddychaniem ani gorączki. Wezwanie karetki byłoby niepotrzebnym zużywaniem kluczowych zasobów.

Dzwonię do Wołomina, gdzie wszystko się zaczęło. Pytam, czy przetestują mnie po obowiązkowej 14-dniowej kwarantannie. „Ależ nie, po kwarantannie to już nikogo pan nie obchodzi! Proszę sobie iść do szpitala na Wołoską i zrobić test” – radzi pani w słuchawce.

Podsumowując: jest środa 1 kwietnia. Byłem w samolocie z koronawirusem na pokładzie i od tygodnia mam bóle w klatce piersiowej. Desperacko próbuję zainteresować moją historią państwo polskie, które szykuje się na korespondencyjne wybory 10 maja. Wszyscy, do których udało mi się dodzwonić, sympatyzują z moją krucjatą, ale bezradnie wyjaśniają, że „nie mogą mi pomóc”. Kompletnie nie rozumiejąc, że nie ja potrzebuję ich pomocy, tylko oferuję pomoc im – w walce z epidemią.

Czytaj też: Skąd się wziął ten wirus? Ufajmy nauce, nie plotkom

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną