Społeczeństwo

Szkoła w TVP: Tu się nie uczy, tu się wykłada

Szkoła TVP Szkoła TVP mat. pr.
A jednak są nauczyciele – pomyślałem, oglądając lekcję języka polskiego w TVP – którzy wciąż uczą w stylu lat 70. XX w. Poczułem, jakbym znów chodził do wiejskiej szkoły w Siemiątkowie.

W oświacie obowiązuje zasada, że nauczyciele nie tylko prowadzą lekcje, ale także obserwują zajęcia koleżanek i kolegów. Potem dyskutują, omawiają, radzą i oceniają. Dyrekcja mojego liceum ma na tym punkcie wręcz bzika. Taką mamy tradycję, że się na siebie gapimy. A mówiąc bardziej uczenie: wymieniamy się doświadczeniem. Znajomość warsztatu innych nauczycieli ma wpływ na ocenę naszej pracy. Mnie zależy na wysokiej.

Dlatego gdy zawieszone zostały zajęcia w szkołach, zmartwiłem się, że nie będę mógł chodzić na lekcje koleżeńskie. A przecież na koniec roku szefowa każe opisać w sprawozdaniu, gdzie byłem i co widziałem. Czy przyjmie, że z powodu pandemii siedziałem w domu i żadnych lekcji nie oglądałem? Czy to jest wystarczające usprawiedliwienie? Obawiam się, że nie. Koronawirus to przecież zwykła wymówka. Ambitny nauczyciel tak łatwo by nie odpuścił.

Kiedy więc władze TVP ogłosiły, że nauczyciele z krwi i kości będą prowadzili lekcje przed kamerami, kamień spadł mi z serca. Będę oglądał w telewizji, zapisywał uwagi, a jeśli będzie taka potrzeba, zdam sprawozdanie na posiedzeniu rady pedagogicznej. Niech dyrekcja wie, że nie zaniedbuję doskonalenia. Koleżanki i kolegów zachęcam do tego samego. Oglądajmy nawzajem swoje lekcje, oceniajmy się, dzięki temu nie staniemy w miejscu. Siadajmy więc przed telewizorami i patrzmy – traktujmy to jako zdalne zawodowe szkolenie.

Lekcje w dawnym stylu

Jestem trochę staroświecki, lubię lekcje w stylu lat 70., z czasów mojego dzieciństwa. Wyobrażam sobie, jak dzieci grzecznie siedzą w ławkach, patrzą na nauczyciela niczym w obraz, a nauczyciel tłumaczy temat. Nikt mu nie przerywa, nie zadaje dziwnych pytań, każdy tylko pilnie notuje. Taki styl to mój ideał. Niestety, nie posługuję się nim, ponieważ moi uczniowie za wiele w życiu widzieli, abym serwował im edukacyjne anachronizmy. Zresztą sam ich nieraz prowadziłem do miejsc, gdzie mogli doświadczyć nowoczesnych technik nauczania. Byliśmy na lekcjach w różnych szkołach, na uczelniach, w bankach, w muzeach, kinach, a nawet na zajęciach w Parlamencie Europejskim. Obecne pokolenie jadło chleb ze zbyt wielu pieców – i nie chodzi wcale o świat wirtualny – aby teraz bez sprzeciwu łykało stare suchary. To nie przejdzie.

Wprawdzie w szkołach trafiają się jeszcze nauczyciele, którzy stosują metody żywcem wzięte z poprzedniego stulecia. Mało ich, ale są. Gdyby tylko zechcieli wystawić głowę ze swojej pracowni, oniemieliby z wrażenia. Zobaczyliby, jak daleko poszedł świat. Jak bardzo zmieniło się nauczanie. Nie wystawiają, więc się nie zmieniają. Są chodzącymi anachronizmami, co niektórych uczniów nawet bawi. Namówiłem kiedyś starego kolegę, aby poszedł ze mną i z klasą na zajęcia do NBP (oddział tego banku jest niedaleko mojej szkoły). Gdyby wiedział, co go tam spotka, rękami i nogami by się pewnie zapierał, aby nie pójść. Wystarczyła jedna lekcja z coachem z banku, aby uczniowie tak się zdemoralizowali, że metody starego belfra przestały im smakować. Znarowili się. „Panie profesorze, to jest nudne”. Moje metody was nudzą, łobuzy? Kolega nie wytrzymał tej krytyki, więc szybko przeszedł na emeryturę.

Włączyłem dzisiaj telewizor i trafiłem na lekcję języka polskiego. Pani Małgorzata wyjaśniała dzieciom z piątej klasy, czym jest dopełnienie w zdaniu. Mówiła bez zająknięcia bite pół godziny. Wymyślała zdania, przyklejała kartki na tablicy, objaśniała – dokładnie tak, jak to robiła moja polonistka, gdy byłem mały i chodziłem do podstawówki w Siemiątkowie na Mazowszu. A jednak są nauczyciele – pomyślałem – którzy uczą w stylu lat 70. XX wieku. To jest naprawdę piękne. Kiedy byłem na studiach, trochę się wstydziłem, że chodziłem do wiejskiej szkoły. Jako dziecko bowiem nie miałem żadnego kontaktu z nowoczesnymi metodami nauczania, nigdy tego nie doświadczyłem. Pedagogika się zmieniała, metodyka przeżywała istną rewolucję, a w Siemiątkowie czas się zatrzymał. Pani doktor na Uniwersytecie Łódzkim, która uczyła nas metodyki, nie mogła pojąć, co to za szkoła, w której nie było nowoczesności. „To tradycyjna polska wieś, pani doktor, a ludzie bardzo mili i uczynni”.

Teraz, kiedy patrzyłem na polonistkę, która w studiu telewizyjnym tłumaczyła dzieciom o dopełnieniu, miałem wrażenie, że jestem w Siemiątkowie w roku 1978. I przeniósłbym swoją duszę utęsknioną do tej wsi, gdyby nie moja córka. Raz przespacerowała się między mną a telewizorem, potem drugi raz, a wreszcie fuknęła: „Co to za nudy? Po co to oglądasz? Przecież to głupie”. Drogie dziecko, odpowiedziałem, to nie jest głupie. Tak uczył się twój tata w Siemiątkowie w latach 70. To jest najbardziej tradycyjny system nauczania. Uczeń jest jak glina w rękach mistrza. Ucznia nawet nie ma. Jest tylko nauczyciel, tylko on się liczy, a dzieci siedzą cicho, milczą, jakby w ogóle nie istniały. Dzięki tej metodzie dzieci uczą się pokory, posłuszeństwa i tego, że nauczyciel znaczy wszystko, a one nic. Usiądź i popatrz. Niestety, córka fuknęła i zaczęła gapić się w smartfon. Takie są dzisiejsze dzieci. Nie cenią tradycji i nie szanują nauczycieli. Tylko im telefon w głowie. A w Siemiątkowie nie było telefonów. Przepraszam, jeden był: u sołtysa.

Trzeba dać pani szansę, dopiero zaczęła

Planowałem tego dnia obejrzeć tylko lekcję polskiego, ale tak mnie rozanieliło, że postanowiłem zostać jeszcze na historii. W tym i w poprzednim roku realizowaliśmy w mojej szkole projekt, który polegał na prowadzeniu lekcji przez dwóch nauczycieli. Każdy, ja też, chciał to robić z historykami, ponieważ z nimi zawsze jest śmiesznie. Wspólne lekcje z historykami były super. Nie wiem, jak oni to robią, ale nie nudzą. Więc kiedy pani nauczycielka z telewizji zaczęła mówić o śmierci św. Wojciecha, to byłem pewien, że zaraz powie coś zabawnego, np. że data jest bardzo łatwa do zapamiętania (997), gdyż to numer telefonu na policję. Jak dzwonicie na policję, uważajcie, bo możecie dodzwonić się do św. Wojciecha. Byłem na wielu koleżeńskich lekcjach historii i zawsze uśmiałem się po pachy. „Nuda – orzekła moja córka – po co to oglądasz? Przecież to nuda”. Poczekaj – powiedziałem – na pewno zaraz będzie zabawnie. Trzeba dać pani szansę, dopiero zaczęła.

Pani Małgorzata („Piękne imię, prawda? I bardzo historyczne, kojarzy ci się?” – to do córki) wykręciła się tyłkiem do uczniów, a przodem do tablicy („Uwaga, zaraz będzie coś ciekawego!”) i zaczęła gadać. Gadała tak sobie, a my obserwowaliśmy jej tył. Takich rzeczy nie robiono nawet w Siemiątkowie. Każdy belfer bowiem wie, że psy mogą szczekać dupami, szczególnie w zapadłych dziurach, ale nauczyciel musi szczekać przodem. Nigdy pupą do uczniów. No ale nic. Gdyby uczniowie byli na tej lekcji, rzuciliby kulką papieru i nauczyciel musiałby się odwrócić. O, odwraca się!

Czytaj także: Wołanie do rządu w sprawie matury i egzaminu ósmoklasistów

Pani Małgorzata usiadła przy biurku i tak sobie siedziała, gapiąc się w monitor i w tej pozycji gadając do uczniów, że zacząłem jej zazdrościć. Moja szefowa – tu proszę Szanowną Dyrekcję o uważne przeczytanie – nie pozwala nam siedzieć na lekcji, bo nauczyciel nie może być statyczny. Lekcję trzeba prowadzić dynamicznie. Trzeba chodzić, robić kółka, wręcz tańczyć, cuda ciałem wywijać, inaczej stracimy uwagę uczniów. Dzieci panu odpłynęły – słyszałem po lekcji, na której siedziałem góra przez minutę. A druga moja szefowa twierdziła, że nauczyciel nie może czytać na siedząco, bo wtedy głos dochodzi jak spod koca. Trzeba wstać i pełną piersią zademonstrować uczniom wzorcowe czytanie. To nauczycielski elementarz, panie Darku (polecenie przeczytałem, siedząc – też mi zbrodnia).

Otóż obu moim dyrektorkom mówię: „Guzik!”. Nie znacie się, drogie panie. W telewizji widziałem, jak nauczycielka na siedząco prowadzi nieomal całą lekcję, czyta na siedząco, mówi na siedząco, a jak wstaje, to tylko po to, aby tyłkiem odwrócić się do uczniów. Też tak będę prowadził lekcję – i co mi zrobicie? „Nuda – wyrwała mnie z zamyślenia córka – nuda”. Poczekaj, mówię, zaraz usłyszysz, że dla uczczenia męczeńskiej śmierci św. Wojciecha nadano policji telefon 997. Jest o tym nawet świetny wiersz Piotra Macierzyńskiego pt. „Perypetie św. Wojciecha”. Musisz polecić ten tekst swojej nauczycielce historii, a polonistce całą twórczość poety. Poczekaj – mówię do córki – pani zadaje pracę domową: „Jakie znaczenie dla Polski miała śmierć św. Wojciecha i zjazd w Gnieźnie?”. Widzisz, masz okazję napisać, że telefon 997 dla policji nie był przypadkowy.

„Przepraszam – mówi nastolatka – czy mogę do tej pani wysłać esemesa?”. A po co? – pytam. „No chcę ją o coś zapytać”. Niestety, telewizja nie przewidziała kontaktu nauczyciela z uczniami. Pamiętam, że w Siemiątkowie też nie można było ot, tak sobie pytać. Na to trzeba było sobie zasłużyć. Człowiek musi znać swoje miejsce. Za dwa miesiące może pozwolą pytać. Bądź cierpliwa, drogie dziecko.

Dlaczego wykłady?

Obejrzałem jeszcze kilka telewizyjnych lekcji. Matematyka była najlepsza, pani uśmiechnięta od ucha do ucha i bardzo serdeczna, ale młodsza część mojej rodziny znowu nie potrafiła docenić. „Nuda, nuda, nuda!”. Dziecko, ty byś chciała, żeby nauczycielka prowadziła lekcję interaktywnie, a to jest szkoła siemiątkowska, tylko że akurat w Warszawie w TVP. Tu się uczy tradycyjnie. A właściwie się nie uczy, tylko po prostu wykłada wiedzę. Patrz i postaraj się zrozumieć, jesteś w muzeum edukacji. Masz do czynienia z wykładem. No i schowaj ten telefon! Nie sprawdzaj, czy pani się myli. Nauczyciel nigdy się nie myli. To twój telefon jest w błędzie (córka obraziła się i poszła).

Pamiętam, jak na konferencji metodycznej nauczyciele akademiccy narzekali, że studenci nie potrafią słuchać wykładów. Bo wykładu – zabrałem głos – w szkołach prawie się nie stosuje. W podstawówkach wcale, w liceach bardzo rzadko. „Są jednak nieliczni studenci – zabrał głos profesor zwyczajny doktor habilitowany – którzy umieją słuchać. Niektórzy umieją nawet słuchać i jednocześnie notować”. Zapewniam – odezwałem się – że to są studenci, którzy chodzili do szkoły w Siemiątkowie. Był pan profesor kiedyś w Siemiątkowie na Mazowszu? Nie? Wielka szkoda. Spodobałoby się panu profesorowi. Tam uczniowie siedzą jak zamurowani, a nauczyciel gada, gada i gada. Dobrzy są potem z nich studenci: cisi i posłuszni. Własnego zdania nie mają. Czy o taką edukację dzieci i młodzieży panu profesorowi chodzi?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną