Społeczeństwo

Pandemia bezdomności. „Właściwie nikt o nas nie myśli”

Bezdomni są znacznie bardziej zagrożeni zakażeniem w czasie pandemii koronawirusa. Bezdomni są znacznie bardziej zagrożeni zakażeniem w czasie pandemii koronawirusa. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
O wyzwaniach związanych z pomaganiem osobom w kryzysie bezdomności i o tym, czy wirus coś zmieni, rozmawiamy z Adrianą Porowską, prezeską Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

JĘDRZEJ DUDKIEWICZ: – Pomaganie osobom w kryzysie bezdomności zawsze było dużym wyzwaniem. Coś się zmieniło w trakcie pandemii?
ADRIANA POROWSKA: – Ludzie pracujący w organizacjach pozarządowych robili i robią to z poczuciem misji. Zawsze byliśmy narażeni na różnego rodzaju choroby, ale wiemy, jak się zabezpieczyć, obecnie też nie padł na nas blady strach. Pojawiło się za to zaniepokojenie, czy przypadkiem to my nie przyniesiemy wirusa podopiecznym. Jak emerytowana pielęgniarka, która poszła do domu pomocy społecznej nieść pomoc, a zaniosła chorobę.

To jest porażające, co się czuje, gdy zamiast wsparcia można spowodować czyjąś śmierć. Pracuję już 15 lat i to jest bez wątpienia najgorszy moment. Zawsze walczyłam o każdą osobę, która do mnie przychodziła. A teraz okazuje się, że muszę wybrać: pomogę komuś nowemu czy będę chronić tych, którzy już są w budynku. To jasne, że nie mogę przyjmować ludzi prosto z ulicy, jeśli nie odbyli kwarantanny.

A mają gdzie ją odbyć?
Obecnie nie, chociaż cały czas zaciekle o to walczymy. W końcu chodzi o osoby, które nie mają szans zadbać o higienę jak każdy inny. Nie mają przy sobie żelu antybakteryjnego ani nawet dostępu do ciepłej wody, więc nie myją rąk co pięć minut. Przemieszczają się komunikacją miejską i spędzają dużo czasu w przestrzeni publicznej, więc mają duże szanse na zakażenie. Mało tego, część z nich to ludzie zaburzeni, z którymi trudno zrobić wywiad, dowiedzieć się, co robili przez ostatnie dwa tygodnie, gdzie byli, z kim się widzieli. Wprowadzenie takiej osoby z ulicy do ośrodka może być jak wrzucenie granatu w tłum.

Czytaj także: Trauma pandemii. Albo wszyscy wygramy, albo przegramy

To czemu tak trudno stworzyć dla nich miejsca kwarantanny?
Prawdę mówiąc, nie wiem. Są przecież puste akademiki czy hale. Natychmiast wstawiłabym tam łóżka polowe, parawany. Skoro można w tydzień zrobić szpital, to i miejsce kwarantanny się da. Ja bym nawet chętnie je poprowadziła, pod warunkiem że dostanę pieniądze na pracowników i wsparcie. Mamy bardzo małą ekipę. W DPS jest 50 pracowników na 80 osób, a u nas w schronisku jest sześć. Ja już się nawet nie zastanawiam, ile pracuję, czy jestem pod telefonem na okrągło i siedem dni w tygodniu. Ale nie mogę zaproponować ludziom pracy bez wynagrodzenia i odpowiedniego zabezpieczenia.

Udaje się chociaż jakoś zabezpieczyć placówkę?
Na słowo honoru. Zwłaszcza że w grę wchodzą też prawa obywatelskie. Nie mogę zamknąć placówki, bo ludzie mają prawo sami o sobie decydować. Jeśli ktoś zechce pójść do pracy, nic z tym nie zrobię. Należało podzielić budynek i dać wybór, czy chce się wychodzić na zewnątrz, czy nie. Nie ma opcji pośredniej. Bo nie ma pojedynczych pokojów, mieszka się po kilka osób w jednym, a są i sale wieloosobowe. Musiałam też podzielić ekipę na dwie grupy, żeby dało się wymieniać, ograniczyć ryzyko zakażenia, a w razie gdyby część z nas musiała się poddać kwarantannie, wciąż byłby ktoś zdolny do pracy.

Wszędzie jest tak samo?
Nieco inaczej jest w schroniskach z usługami opiekuńczymi, gdzie przebywają głównie osoby chore, np. we Wspólnocie Chleb Życia prowadzonej przez siostrę Małgorzatę Chmielewską. Tam są zaledwie cztery osoby poniżej 60. roku życia. Wysoka gorączka i inne choroby to codzienność. Jak tam trafi koronawirus, to może być masakra. Tym bardziej że nie ma szans na odseparowanie ludzi.

Czytaj też: Widmo bezrobocia. Czy koronawirus wywróci rynek pracy?

To może powinni przebywać w szpitalach?
Szpitale wypisują ludzi z zastrzeżeniem, że mają odbyć kwarantannę. Ale jeśli dana osoba ma trafić do którejś z placówek dla bezdomnych, to jest to horror. Znam historię, że człowiek musiał cały czas siedzieć przed budynkiem, bo nie można było narażać osób wewnątrz. Przynoszono mu posiłki, herbatę, wojowano z sanepidem i szpitalem, wykonano 150 telefonów. W końcu udało się przekonać, że osoba musi wrócić do szpitala, ale nikt po nią nie przyjechał, trzeba ją było zawieźć zwykłym autem bez żadnych zabezpieczeń. Nie ma wytycznych w tych sprawach, procedury są dziurawe. Rozumiem, że panuje chaos, ale jak coś się już wydarzyło i wiadomo, że się powtórzy, to trzeba usiąść i napisać odpowiednie przepisy.

No właśnie, czy decydenci w ogóle zainteresowali się waszymi problemami?
Prawie nikt o nas nie myśli. Tak naprawdę pokazaliśmy samorządom, bo to z nimi mamy największy kontakt, że król jest nagi. Niedawno pewien urzędnik na pytanie, ile jest osób w kryzysie bezdomności, odpowiadał, że nie wie, ale w placówkach są wolne miejsca, a to znaczy, że miejsc jest więcej niż ludzi. To bzdura, miejsc zawsze jest za mało, w Warszawie brakuje przynajmniej tysiąca. Jakby tego było mało, wiele miejsc – łaźnie, ogrzewalnie, niektóre noclegownie – zostało zamkniętych, bo nie mają jak zabezpieczyć pracowników i podopiecznych. Jest mi bardzo przykro, bo naszym partnerem powinien być samorząd, który powinien wierzyć i ufać, że działamy dla dobra tych, którym pomagamy, ale też dla reszty społeczeństwa. A łatwiej nam było przekonać Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej do zmiany kursu. Ostatnie rekomendacje wysłane do wojewodów, a od nich do samorządów, pokazały, że należy uprościć wiele przepisów. Tymczasem wciąż mam pismo z urzędu miasta, że muszę przyjmować ludzi do placówki, bo koronawirus nie zwalnia mnie z tego obowiązku, mimo że nie mam jak i gdzie zapewnić miejsca kwarantanny. Wrzuca się nas pod pociąg i nie rozumie, że nie jesteśmy w stanie podołać nowym zadaniom.

Trzeba by stworzyć więcej miejsc takich jak pani schronisko?
Nie. Moim zdaniem jednym z błędów systemu jest to, że w ogóle istnieją duże instytucje tego typu: domy pomocy społecznej, zakłady opiekuńczo-lecznice, wielkie szpitale psychiatryczne. W DPS-ach przebywa 80 tys. osób, w innych placówkach dla osób w kryzysie bezdomności – kolejne 30 tys. Miało to być tańsze i efektywniejsze, a takie nie jest. Duże instytucje powinny odejść razem z wirusem. Zamiast nich należy zbudować cały system mieszkań ze wsparciem.

Czytaj też: Stop stygmatyzacji chorych i personelu medycznego

Czyli obecny system w ogóle nie działa?
Bardzo często niestety nie. Kiedy mówię o osobach w kryzysie bezdomności, mam przed oczami konkretne imiona i nazwiska, osoby upośledzone, zaburzone psychicznie, z lękami, nerwicami. Ludzi, którzy nie dostali wsparcia od najbliższych i przez to sobie nie poradzili. Jak w przypadku pana Tadeusza, który znajduje się obecnie w DPS w Niedobylu, gdzie zakaziło się 60 osób. To mój były podopieczny. Jest upośledzony i wpierw ktoś nie pomógł jego rodzinie, potem zmarła jego mama i nikomu nie przyszło do głowy, by wesprzeć go w utrzymaniu mieszkania. Wylądował na ulicy i przez długi czas się tułał, trafiał do różnych ośrodków, w końcu do nas. Udało się go wtedy porządnie zdiagnozować, załatwić zasiłek, przeniósł się do DPS. Na jego przykładzie widać wszystkie niedociągnięcia systemu.

To znaczy?
Jeśli ktoś jest słabszy, urodził się chory, to system bardzo często go po prostu wypluje. Może uważać się za szczęściarza, jeśli ma zaradną rodzinę albo sprzyjające środowisko dookoła: nauczyciela, aktywistę, organizację pozarządową. To są zwykle ludzie ze wsi lub małych miejscowości – jak połowa moich podopiecznych – którzy w pewnym momencie poczuli się wypchnięci. Nie było dla nich pracy, od wójta usłyszeli, że mieszkań socjalnych lub komunalnych też nie ma. Wyjechali więc do dużego miasta, które ich wchłonęło, bo tam są potrzebne ręce do pracy. Pracodawcy ostatnio wręcz krzyczeli, że potrzebują ludzi do roboty, i zatrudniali takie osoby, oczywiście na umowy cywilno-prawne i za najniższą krajową. A teraz znów się ich zostawi. Przyjdą zwolnienia i nikt im w żaden sposób nie pomoże. A to nie są osoby, które mogły odłożyć pieniądze na czarną godzinę, to nie oni pojechali do sklepów na wielkie zakupy, bo ich nie stać. Boję się, że wkrótce będzie się je wytykać palcami i oskarżać o najgorsze rzeczy.

Dlaczego?
Za kilka miesięcy ludzie ubodzy, w tym osoby w kryzysie bezdomności, będą znacznie częściej chorować. Nikt już nie będzie łaskawy, zacznie się hejt i nienawiść w stosunku do nich. Dlatego cały czas podkreślam, że często to my im zanosimy tę chorobę. I dlatego tak ważne są miejsca kwarantanny.

Czytaj też: Jak wrócić z pandemii

Ludzie nie będą chcieli im pomagać?
Myślę, że nawet jeśli będą chcieli, to u wielu osób może uruchomić się pewien szkodliwy mechanizm. Pojawi się myślenie: no dobrze, stworzymy te miejsca kwarantanny, ale co, jeśli zaczną tam pić albo coś zdewastują? Moje pytanie brzmi: a jeśli zrobi to ktoś inny, a nie osoba w kryzysie bezdomności? Już widzę, jak podczas kwarantanny wszyscy grzecznie siedzą i nie piją alkoholu. Od osób w kryzysie bezdomności wymaga się znacznie więcej, pewnego rodzaju świętości. Usprawiedliwia się też dawanie słabszym pomocy gorszej jakości. Miejsca kwarantanny muszą być wszędzie takiej samej jakości. Jak ktoś przyjeżdża z zagranicy i potrzebuje odbyć kwarantannę, to czym niby różni się od osoby przebywającej na ulicy? Ta druga też potrzebuje osobnego pokoju i obiadu. Osoby w kryzysie bezdomności powinny być traktowane tak samo jak wszyscy inni obywatele tego kraju.

Wydaje się, że nie wszyscy o tym pamiętają.
A oni są tacy sami jak my. Ich podejście do wirusa jest identyczne. Jedni go bagatelizują, uznają za wymysł, bo go nie widać. Inni panicznie się boją i zadają mnóstwo pytań. Są też osoby zaburzone, które dużo bardziej przejmują się innymi rzeczami.

Jest szansa, że obecna sytuacja zmieni coś na lepsze, a ludzie nabiorą empatii, bo zobaczą, jak łatwo może zawalić się życie?
Mam taką nadzieję. Dzwoni do nas wiele osób, by dowiedzieć się, jak sobie radzimy, czy nie trzeba pomóc. Próbuje się zobaczyć w naszych podopiecznych ludzi. Staram się to wzmacniać, podkreślając, że to osoby, które tak samo chciałyby czytać książki czy oglądać Netflixa. Przed nami bardzo duże wyzwanie, by zbudować odpowiednią narrację – trzeba pokazać, że osoby w kryzysie bezdomności są ofiarami. I to od razu, bo potem będzie o wiele trudniej. Pamięć jest ulotna, a znacznie łatwiej się nienawidzi, niż kocha i współczuje.

Czytaj także: Niewidzialni umierający

Adriana Porowska – pracownik socjalny, prezeska Kamiliańskiej Misja Pomocy Społecznej. Od 15 lat pracuje z osobami wykluczonymi: prowadzi schronisko dla 80 osób w kryzysie bezdomności, mieszkania treningowe dla 50 osób, streetworking. Współprzewodnicząca Komisji Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną