Społeczeństwo

W DPS-ach wciąż umierają ludzie. Nie znamy nawet skali kryzysu

Ewakuacja jednego z domów pomocy społecznej Ewakuacja jednego z domów pomocy społecznej Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Zamknięte instytucje zawsze będą w czasie epidemii śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zwłaszcza w kraju, w którym system opieki wymaga radykalnych zmian.

Starzy ludzie zakażeni koronawirusem wciąż umierają w domach pomocy społecznej. Ale temat zszedł z czołówek serwisów informacyjnych. W poznańskim jednoimiennym szpitalu zakaźnym na 150 hospitalizowanych pacjentów 149 to pensjonariusze DPS-ów i zakładów opiekuńczo-leczniczych. Wielu z ośrodka w Kaliszu, gdzie na przełomie kwietnia i maja zmarło 35 osób. Co szósta. W Centrum Opieki Długoterminowej i Rehabilitacji „Ad-Finem” w Czernichowie, prywatnej placówce o profilu psychogeriatrycznym, w sprawie którego prokuratura prowadzi śledztwo, według oficjalnych danych zmarło 29 osób. Personel nieoficjalnie mówi o 40. W bytomskim DPS „Kombatant”, który od marca zmaga się z ogniskiem wirusa, zakaziło się blisko 80 osób. Zmarło sześć.

DPS-y wciąż walczą z wirusem

Codziennie dochodzą kolejne: Krzyżanowice (śląskie) właśnie dostały wyniki testów. Osiem dodatnich pracowników i trzy podopieczne, ale wszyscy wiedzą, że przy następnej turze badań chorych będzie znacznie więcej. W największym w Europie Domu Pomocy Społecznej w Legnickim Polu koło Wrocławia, gdzie przebywa 405 osób, przede wszystkim z niepełnosprawnością intelektualną, testy przeprowadzone wśród 243 pracowników potwierdziły kilkanaście przypadków. Starosta legnicki Adam Babuśka zarządził przebadanie wszystkich pensjonariuszy. Wymazy pobierali żołnierze WOT. W tym samym województwie problem zaczyna się w DPS w Brzegu Dolnym – pierwszy pensjonariusz z wynikiem pozytywnym trafił do szpitala we Wrocławiu.

40 podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Ostrowinie na Dolnym Śląsku i sześciu pracowników placówki jest zakażonych. Kilkunastu pensjonariuszy trafiło do szpitala. Nawet tam, gdzie już odtrąbiono sukces, np. w DPS w Tomczycach na południowym Mazowszu, gdzie zakażeni byli wszyscy pensjonariusze, w ciągu czterech tygodni kwarantanny zmarło ośmiu pensjonariuszy na 64.

Ci ludzie dalej będą umierać – mówi Adam Zawisny, specjalista ds. polityki społecznej, wiceprezes Instytutu Niezależnego Życia, członek Komisji Ekspertów ds. Osób z Niepełnosprawnością przy Rzeczniku Praw Obywatelskich, ekspert Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną. – A nie znamy nawet prawdziwej skali tej śmiertelności. Te dane nie są zbierane przez ministerstwo, nie ma żadnego całościowego zestawienia, ile osób umarło w instytucjach opiekuńczych. Wiemy tylko, że prezentowane niekiedy cząstkowe dane są rażąco zaniżone.

Zawisny twierdzi, że nie jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa ludziom zamkniętym w DPS-ach i ZOL-ach. – Nasz system opieki nad niepełnosprawnymi wymaga całościowych, radykalnych zmian – mówi. – Przede wszystkim deinstytucjonalizacji. Ludzie trafiają do DPS-ów i zakładów opiekuńczo-leczniczych ze względu na wiek czy niepełnosprawność intelektualną bądź fizyczną, bo nie ma dla nich żadnej innej alternatywy. To jest zaniechanie państwa polskiego.

To, co można i trzeba zacząć robić już teraz, to dać alternatywę tym wszystkim, którzy są w ryzyku zesłania do DPS. Czyli zapewnienie im asystencji osobistej, mieszkania wspomaganego, opieki wytchnieniowej dla opiekunów. By nie trafili do miejsc, które w czasie epidemii są dla nich po prostu śmiertelnie niebezpieczne.

Wirus w ośrodkach. Od miesięcy bez zmian

Pierwsza fala zakażeń przeszła przez domy opieki na początku kwietnia. Koronawirus uderzył w kompletnie nieprzygotowane ośrodki pełne starych, schorowanych ludzi. W większości na stanie było mydło, coś do mycia podłóg i jednorazowe rękawiczki. Żadnych maseczek ani płynów do dezynfekcji. Ogłoszenie stanu zagrożenia epidemicznego nie zmobilizowało wojewodów do zaopatrzenia tych newralgicznych miejsc choćby w podstawowe środki. A że DPS-y to miejsca podwyższonego ryzyka, wiedzieli przecież wszyscy po tym, co działo się we Włoszech i w Niemczech.

Nikt też nie przeszkolił pracowników. Pod koniec kwietnia Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami podawało, że wirus zaatakował już 26 domów pomocy społecznej, było 384 zakażonych, zmarło 11. Początkowo środki zaradcze podejmowane przez władzę ograniczały się do zamknięcia zadżumionych placówek ze wszystkimi, którzy przebywali tam w momencie wykrycia zakażenia, dodatnimi i negatywnymi; otoczenia domów biało-czerwoną taśmą i wystawienia patrolu policji przed bramą. Nad większymi obiektami latały policyjne drony.

Dyrektorzy domów błagali o ewakuację pacjentów do szpitali zakaźnych, ale resort zdrowia się odciął: DPS-y są w gestii samorządów i ministerstwa rodziny. Więc wiceminister rodziny Iwona Michałek opublikowała na Twitterze filmik, w którym zaapelowała osobiście do Polaków, aby przekazywali ośrodkom maseczki, fartuchy, rękawiczki i płyny dezynfekcyjne. Nagranie wywołało falę oburzenia na portalach społecznościowych.

Są miejsca, gdzie DPS-ów nie ma

Potem pomału coś się ruszyło. Burmistrzowie i starostowie na własną rękę i prywatnymi ścieżkami załatwiali testy dla personelu i pracowników. DPS-y dostały jednorazowe fartuchy, maski, rękawiczki i środki do dezynfekcji. Rząd przeznaczył na pomoc ośrodkom 20 mln zł z rezerwy celowej budżetu i pozwolił użyć 1 mld zł z unijnej kasy. Są przepisy o rekompensatach dla pracowników po to, by ograniczyli pracę do jednego miejsca. – Nie wiemy, jak są w praktyce realizowane, ale to jest jakiś krok naprzód – mówi Adam Zawisny. – Jako państwo jesteśmy już trochę lepiej przygotowani na epidemię w instytucjach, wdrożono odpowiednie procedury, schematy postępowania. Ale zakażenie w instytucji zamkniętej zawsze będzie problemem, z którym nie sposób sobie poradzić. Tym bardziej że wciąż w ośrodkach, w których pojawia się wirus, zakażeni nie zawsze oddzielani są od zdrowych, którzy mają ujemny wynik testu. I dalej reagujemy po fakcie, kiedy mamy już pierwsze osoby zakażone. A to, co powinniśmy robić, to wyprzedzać i nie dopuszczać do takich sytuacji. I zacząć rozrzedzać te DPS-y, co jest długofalowym procesem.

Ale możliwym do przeprowadzenia. Tak jest chociażby w Stargardzie pod Szczecinem, gdzie 30 lat temu zaczęto budować mieszkania wspomagane dla seniorów, niepełnosprawnych, młodych ludzi z domów dziecka czy pieczy zastępczej. Nie ma za to ani jednego DPS-u.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Kryzysowe relacje dzieci z rodzicami

Prof. dr hab. Katarzyna Schier o tym, jak polska historia wpływa na polskie rodziny.

Katarzyna Czarnecka
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną