Społeczeństwo

„Nic się nie stało”. Latkowski znów w użytecznej roli

Sylwester Latkowski podczas posiedzenia komisji śledczej ds. Amber Gold Sylwester Latkowski podczas posiedzenia komisji śledczej ds. Amber Gold Krystian Maj / Forum
Po raz drugi w ostatnich latach Sylwester Latkowski wszedł w schemat: rzucić ciężkim oskarżeniem i rozpętać burzę, podpierając się znanymi nazwiskami. Niczego nie wyjaśnić, za to usatysfakcjonować stojących w cieniu interesariuszy.

Ten film nie zasługuje na to, by poświęcać mu tyle uwagi. Nie tylko dlatego, że został nakręcony na zlecenie TVP, prymitywnej tuby propagandowej, która chciała zneutralizować film Sekielskich o pedofilii w Kościele katolickim. W tym samym, z którym idzie od lat pod rękę, kupując przychylność dla rządzącego PiS. „Nic się nie stało” to film słaby i skażony tym pierworodnym grzechem. I jak w Biblii – jest to grzech śmiertelny.

Czytaj też: Sekielscy o „Zabawie w chowanego”

Najmocniej bije w prokuraturę

Jedyne, co warto w jakiś sposób docenić, to fakt, że Latkowski – choć znów nie jako pierwszy – zwrócił uwagę nie tyle na pedofilski proceder w sopockim klubie Zatoka Sztuki (ech, te orwellowskie nazwy, jesteśmy w nich coraz lepsi), ile na zdumiewającą indolencję tzw. organów ścigania. Gdyby nie ta zadziwiająca postawa w stosunku do sprawców tych ohydnych przestępstw, pewnie nie byłoby tylu ludzkich tragedii, ale również filmu, bo sprawa byłaby już wyjaśniona i osądzona. Filmu, który powstał głównie dlatego, że macherzy z rządowej telewizji – a właściwie jeden z nich – uznali, że doklejenie do sprawy kilku znanych, celebryckich twarzy przykryje „Zabawę w chowanego”. Bez żadnych, najmniejszych dowodów, od których przecież u Sekielskich aż się roi.

Tymczasem jedyne, co można na podstawie „Nic się nie stało” zarzucić znanym aktorom i muzykom, to naiwne, głupie, a na pewno bezsensowne zaangażowanie w obronę sopockiego lokalu, w którym działy się tak haniebne rzeczy. Brak z ich strony reakcji, choćby w postaci słowa „przepraszam”, musi budzić co najmniej zażenowanie. Co gorsza, Latkowski nawet nie pokazał w filmie, że choćby próbował dać im szansę odnieść się do swoich oskarżeń i insynuacji. To obnaża intencje i kładzie się głębokim cieniem na tym obrazie. Przede wszystkim ze strony telewizji, która finansując i emitując „dzieło” Latkowskiego, przygotowała jego rękami dezinformacyjny koktajl, który ma wywołać wrażenie, że pedofilia to nie jest wyłącznie problem Kościoła, a od księży pedofilów gorsi są ci zepsuci celebryci, którzy przecież popierają PO.

Paradoksalnie, podobnie jak w przypadku Sekielskich, „Nic się nie stało” najmocniej bije w prokuraturę, choć ten wątek akurat mogą wychwycić tylko ci, którzy znają sprawę, bo film zgrabnie się po nim ześlizguje. Pewnie nieprzypadkowo – no bo jak atakować Pierwszego Szeryfa RP, którego partyjny kolega kieruje TVP? Poza tym film miał dać narzędzie prokuratorowi generalnemu do kolejnego ataku na wymiar sprawiedliwości, a nie uderzać w Ziobrę. Tymczasem jak nie zapytać o to, co przez ostatnie pięć lat zrobiła prokuratura i jej szef, który rządzi nią niepodzielnie od 2015 r.? Czekał na Latkowskiego, by tuż po emisji ogłosić ustami swojego zastępcy, że w Prokuraturze Krajowej powstanie specjalny zespół mający wyjaśnić działania śledczych? Swoją drogą to ciekawe, że gdy środowisko PiS próbuje znaleźć brud, to znajduje go albo u siebie, albo samo go wytwarza.

Czytaj też: Ziobro się zbroi. Czego zażąda od Kaczyńskiego

Wódka i ośmiorniczki

Skąd my to wszystko znamy? Tak – z afery podsłuchowej. Podobny schemat, podobne intencje, podobny efekt, podobna indolencja służb i prokuratury. Nikt już pewnie nie pamięta, że gdy 14 czerwca 2014 r. „Wprost”, którego redaktorem naczelnym był wówczas nie kto inny jak Latkowski, opublikował pierwszy z serii artykułów z podsłuchami, opatrzył go na okładce tytułem „Zamach stanu”. I rzeczywiście był to zamach stanu, ale w wykonaniu ludzi związanych z Rosją i PiS, wymierzonym w legalne władze RP. Pierwsi przygotowali nagraniową pułapkę w Sowie i Przyjaciołach i Amber Roomie, drudzy jej „urobek” rozsiali. Na marginesie warto zauważyć, że schemat działania Zatoki Sztuki jest bardzo podobny do tego, co widzieliśmy w Sowie, czyli przestępcza działalność pod przykrywką ekskluzywności.

Publikacja „Wprost” ten zamach im ułatwiła – także dlatego, że Latkowskiego zbytnio nie interesowało, kto stał za podsłuchami. Puszczał taśmy, nie sprawdzając, kto przygotował całą aferę z nagrywaniem najważniejszych polskich polityków. Nie zrobiły tego również ani nieudolne i skorumpowane służby, ani upolityczniona prokuratura. „Zamach stanu” okazał się jedynie chwytem marketingowym, który miał skupić (czytaj: odciągnąć) uwagę czytelników i innych mediów. Ważniejsze okazało się wywołanie skandalu z udziałem najważniejszych polityków popijających wódkę i zagryzających ośmiorniczkami. Z perspektywy czasu widać, jak grubymi nićmi szytego.

W ten sposób – chcąc albo, co mniej prawdopodobne, nie chcąc – Latkowski staje w szeregu z tymi, którzy dziennikarstwo wykorzystują do własnych politycznych czy wręcz wywrotowych celów. Warto o tym pamiętać, gdy się ogląda „Nic się nie stało”.

Czytaj też: Rosja i jej służby wpływają na wybory w Polsce

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wpływowi znajomi prezydenta Dudy

Tylko nieliczni krakowscy znajomi i koledzy Andrzeja Dudy nie odwrócili się od niego. Została garstka. Ale za to wpływowa.

Anna Dąbrowska
09.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną