Społeczeństwo

Cztery warszawskie szpitale z ogniskami Covid-19

Jeden z warszawskich szpitali podczas epidemii koronawirusa Jeden z warszawskich szpitali podczas epidemii koronawirusa Filip Błażejowski / Forum
To nie jest żaden koniec epidemii – mówią lekarze ze szpitali objętych zakażeniami. To nawet nie jest początek końca.

Szpital na Banacha: zamknięte kliniki neurologii i gastroenterologii, dwie kolejne, nefrologia i diabetologia, w trakcie wymazów, bo i tam były osoby „dodatnie” wśród personelu. Na razie kilkanaście przypadków potwierdzonych. Instytut Gruźlicy i Chorób Płuc: kilkanaście „dodatnich”, pacjenci i personel, zamknięta II Klinika Chorób Płuc. Szpital Wolski: 62 osoby „dodatnie” na jednym z oddziałów wewnętrznych, 29 pracowników i 33 pacjentów. Szpital kliniczny im. Dzieciątka Jezus przy Lindleya: koronawirus u 20 pacjentów i pracowników, zamknięta klinika kardiologii.

Czytaj też: Śmierci tych pacjentów można było uniknąć

W jednoimiennym już się nie nudzą

Chorzy z tych placówek trafili do klinicznego szpitala MSW przy ul. Wołoskiej, który od początku pandemii pełni funkcję tzw. jednoimiennego, czyli zajmującego się koronawirusem. – Niedawno jeden z kolegów opowiadał anonimowo dziennikarzowi, że szpital pusty, a my nie mamy co robić – mówi lekarz z Wołoskiej. – Już nieaktualne, mamy obłożenie ok. 80 proc. Jak się warszawski łańcuszek rozwinie dalej, znowu zabraknie miejsc.

Zwłaszcza że przyjęto tu też pacjentów z Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu, tego, który w kwietniu był największym ogniskiem wirusa w kraju (ponad 200 zakażonych) i przez kilka tygodni walczył z infekcjami wśród pacjentów i personelu.

Dziś znów w Radomiu mają problem. Zamknięte są oddziały neurologii i neurochirurgii, 24 osoby z wynikiem dodatnim. – Ale już wszystkich zabrano do zakaźnego w Radomiu i na Wołoską – wiceprezes Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego Łukasz Skrzeczyński jest spokojny. A my po kolejnej serii wymazów możemy dezynfekować oddziały i zacząć znów normalnie funkcjonować. Nie tak jak wtedy, kiedy przez kilka tygodni mieliśmy najwięcej w kraju pacjentów z covidem i leczyliśmy ich sami bez żadnego wsparcia finansowego i materialnego.

Bo wtedy żaden jednoimienny ani zakaźny nie chciał przyjąć radomskich chorych. Więc w Mazowieckim zrobili taki parazakaźny, chociaż nie byli wyznaczeni jako szpital covidowy. Zbudowali 17 śluz, wydzielili na SOR pomieszczenia obserwacyjno-zakaźne, na wszystkich oddziałach strefy brudne i czyste. Teraz to wszystko znów się przydaje.

Czytaj też: Rozmyślania lekarza z Manhattanu

Nowe zakażenia to efekt otwarcia szpitali?

W Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc nie są tak spokojni, bo to pierwsze zakażenia w ich szpitalu. Zaczęło się 18 maja od jednej z pielęgniarek, która miała objawy. Okazała się „dodatnia”, więc na pierwszy ogień poszedł oddział, na którym miała dyżury. Potem zrobiono wymazy całemu personelowi i okazało się, że zakażona jest pielęgniarka, która jeździła z aparatem EKG po wszystkich klinikach. Więc teraz pobierają wymazy od wszystkich pacjentów instytutu i prawdopodobnie nie skończy się na tych kilkunastu „dodatnich”.

Jesteśmy szpitalem chorób płuc – mówi dyrektor instytutu dr hab. n. med. Stefan Wesołowski. – Odróżnienie objawów naszych pacjentów od koronawirusa nie zawsze jest proste.

Zakażeni zostali przewiezieni do szpitala MSW, ujemni wypisani do domu. – Na szczęście byli w takim stanie, że mogliśmy ich wypisać – mówi dr Wesołowski. – Przeniesienie na inny oddział byłoby ryzykowne, mimo że mieli negatywny wynik.

Czytaj też: Kryzysowa zmowa. Miasta przejmują inicjatywę

Instytut Gruźlicy i Chorób Płuc nie pracuje w normalnym trybie. – Przyjmujemy tylko w stanach ostrych, także dlatego, że pacjenci dalej nie chcą kłaść się do szpitala, jeżeli naprawdę nie muszą – mówi dr Stefan Wesołowski. – Poza tym podtrzymujemy leczenie chorych onkologicznych.

Chorych podejrzanych, z objawami zapalenia płuc, umieszczają na oddziale przejściowym do czasu otrzymania wyniku testu.

W szpitalu na Banacha też nie ma mowy o normalnym trybie pracy. – Nawet nie mielibyśmy takiej możliwości ze względu na braki personelu – mówi Maciej Zabelski, dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego i zastępca dyrektora Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, popularnie zwanego szpitalem na Banacha. – Wciąż brakuje kilkuset osób. Są na zwolnieniach, opiece nad dziećmi i na kwarantannach, bo w olbrzymim szpitalu co chwila ktoś z personelu okazuje się „dodatni”.

Czytaj też: Lekarze przed pręgierzem

To jeszcze nie koniec

– Koniec epidemii? – mówi dyrektor Zabelski. – To nawet nie jest początek końca. Z informacji podawanych przez Ministerstwo Zdrowia widać wyraźnie, że nie ma spadku zakażeń. Moim zdaniem szczyt zachorowań może być jeszcze przed nami.

Zarówno on, jak i jego koledzy zarządzający warszawskimi szpitalami są zgodni: zdjęcie maseczek, otwarcie stadionów, kościołów i imprezy na 150 osób oznaczać mogą, że za dwatrzy tygodnie będzie Armageddon. – Mówienie o końcu epidemii to zaklinanie rzeczywistości – uważa dr Wesołowski. – To cały czas się toczy.

Czytaj też: Telemedycyna stała się normą

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Skąd się biorą pioruny? Odpowiedź może zaskoczyć

Piorun pojawia się nagle, znika błyskawicznie i nie pozwala się łatwo zbadać. Skąd to budzące zachwyt i grozę zjawisko bierze energię oraz jak ją uwalnia? Odpowiedź może zaskoczyć.

Andrzej Hołdys
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną