Społeczeństwo

Śmierci tych pacjentów można było uniknąć

Brakuje koordynacji między szpitalami jednoimiennymi a pozostałymi placówkami. Brakuje koordynacji między szpitalami jednoimiennymi a pozostałymi placówkami. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Lekarz kierujący SOR-em w centralnej Polsce nie jest się w stanie pogodzić z sytuacją, że w XXI w. można umrzeć na niepowikłane zapalenie pęcherzyka żółciowego czy nieleczony zgodnie z wiedzą zawał mięśnia sercowego.

AGNIESZKA SOWA: – Nie zmarli na Covid-19?
LEKARZ: – A skąd. Ale to też ofiary pandemii, tylko w innym sensie. Ostatecznie okazało się, że w ogóle nie byli zakażeni wirusem SARS-CoV-2, a zmarli tylko dlatego, że z powodu Covid opóźnia się diagnostykę i leczenie.

Czytaj też: Rozmyślania lekarza z Manhattanu

Co dokładnie się wydarzyło?
Pierwszy pacjent to był 62-letni mężczyzna z zawałem. Już po bajpasach, więc obciążony kardiologicznie. Karetka przywiozła go do nas, chociaż nie mamy koronarografii, ale okoliczne szpitale dysponujące takim sprzętem nie chciały go przyjąć.

Dlaczego?
Bo oprócz bólu w klatce piersiowej miał duszność, która została skojarzona jako cecha infekcji dróg oddechowych. Bali się, że jest zakażony. Oczywiście w trakcie zawału mięśnia sercowego duszność jest częstym objawem.

Co zrobiliście?
Dzwoniliśmy do naszego szpitala jednoimiennego. Odmówili przyjęcia, bo nie ma potwierdzonego zakażenia.

Co się działo dalej z tym pacjentem?
To był zawał NSTEMI, czyli zawał serca bez przetrwałego uniesienia odcinka ST. Początkowo pacjent miał średnie ryzyko zgonu i przewidywany czas wykonania koronarografii wynosił poniżej 12 godzin. Leżał u nas na SOR, mamy wydzieloną strefę dla pacjentów z podejrzeniem Covid-19. Włączyliśmy tzw. leczenie zachowawcze.

Jednak stan pacjenta pogarszał się do stanu określanego jako duże ryzyko zgonu, gdy koronarografię należy wykonać już w czasie poniżej dwóch godzin. To wstrząs kardiogenny. Zacząłem więc znów wydzwaniać do szpitala jednoimiennego i błagać, żeby go przyjęli. Jedynym ratunkiem była natychmiastowa koronarografia. Niestety ten sam efekt: brak zgody na przewiezienie.

To właśnie jest ta patologia obecnej sytuacji i kompletny absurd. Pacjent z podejrzeniem zakażenia Covid-19 nie zostanie przyjęty do żadnego szpitala poza jednoimiennym. Natomiast szpital jednoimienny nie przyjmie go, choć ma możliwość leczenia specjalistycznego, tylko dlatego, że nie ma potwierdzonego wynikiem PCR zakażenia Covid-19. A to trwa od kilkunastu godzin do kilku dni.

Czytaj też: Lekarze przed pręgierzem

Co się stało z tym mężczyzną?
Mimo intensywnego leczenia jego stan pogarszał się. W nocy doszło do zatrzymania krążenia. Reanimowaliśmy go. Udało się. Kiedy przyszedł wynik PCR w kierunku zakażenia Covid-19, i to wynik ujemny, za późno było już na właściwe leczenie. Mogliśmy tylko przenieść go na oddział intensywnej terapii, gdzie po kilku godzinach zmarł.

Widać, że ciężko pan to przeżył.
Patrzyłem mu w oczy podczas resuscytacji, wiedząc, że reanimujemy go po to tylko, żeby się jeszcze kilka godzin pomęczył. Już wtedy było dla niego za późno.

W jednoimiennym mogli go uratować?
Były szanse. Niewątpliwie konieczna była koronarografia, którą można było tam wykonać. Skoro pacjent był z podejrzeniem, to należało go tak potraktować i wykonać ten niezbędny zabieg ratowania zdrowia i życia, a następnie w zależności od wyniku przesłać do innego szpitala lub pozostawić w jednoimiennym. Nawet nie wiem, czy wykonywano tam jakieś koronarografie przez cały czas epidemii, odkąd szpital działa jako jednoimienny.

Na początku brał wszystkich: potwierdzonych i z podejrzeniem. Pamiętam, kiedy mieli 16 dodatnich i ok. 160, którzy po wyniku PCR okazali się ujemni. To też było jakimś skandalem według mnie, bo trzymali ich razem. Więc się zakażali jedni od drugich.

A nawet jak wyznaczano strefy tzw. czyste oraz brudne z pacjentami dodatnimi, to i tak personel na oddziałach przemieszczał się w tych samych kombinezonach między wszystkimi, przenosząc zakażenie. Brak racjonalnych wytycznych czy procedur. Specjalista chorób zakaźnych przyjeżdża do nich raz dziennie lub co kilka dni. Śluzy z folii robiła ochotnicza straż pożarna. To partyzantka jest, a nie walka z pandemią.

Czytaj też: Fałszywe testy. Lepiej liczyć na ilość niż jakość

A ta druga śmierć?
Trafił do nas pacjent z zapaleniem pęcherzyka żółciowego. Po godz. 22. Krótka diagnoza i decyzja o leczeniu operacyjnym. Już był przygotowywany do znieczulenia, kiedy anestezjolog zażyczył sobie test kasetkowy. Jak na złość wynik wyszedł dodatni.

Dlaczego ten test?
To brak jasnych wytycznych ministerstwa. Pacjent nie miał cech infekcji dróg oddechowych, nie było też innych czynników uprawniających do stwierdzenia, że jest podejrzany o zakażenie SARS-CoV-2. Ale kiedy szybki test wyszedł dodatni, z bloku operacyjnego zadzwoniono do szpitala jednoimiennego. Zgodzili się go przyjąć. Karetka dowiozła go po północy. Na dyżurze było małżeństwo chirurgów. Pobrali mu wymaz. Pacjent przeleżał tam całą dobę z tym zapaleniem, czekając na wynik testu. Jak przyszedł ujemny, odesłali go do nas.

Żartuje pan?
Niestety nie. Oczywiście nawet zapalenie pęcherzyka żółciowego może być powikłane i zdarza się, rzadko, ale i tak bywa, że pacjent umiera. Tutaj jednak to kompletny bezsens podjętego leczenia, które opierało się tylko na odłożeniu leczenia zabiegowego, a nie świadomym wyborze leczenia zachowawczego w oparciu o właściwą wiedzę medyczną.

Dlaczego go nie zoperowali? Przecież leżał tam całą dobę, mógł się zakazić tak czy tak…
Nie wiem. Od początku pandemii w tym covidowym szpitalu zrobili – z tego, co wiem – tylko dwa zabiegi operacyjne.

Dwie operacje w miesiąc?
Nie będę tego komentował, tym bardziej że nie mam wglądu do dokumentów, a tylko relacje znajomych, którzy tam pracują.

Czytaj też: Mało nas, anestezjologów, więc zaginamy czasoprzestrzeń

Zdaje sobie pan sprawę, że w obu tych przypadkach powinna wkroczyć prokuratura?
Jestem lekarzem i trudno mi to ocenić. Wiem natomiast, że umierają niepotrzebnie pacjenci, że leczenie nie jest właściwe, bardzo często opóźnione. Umierają ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy temu pewnie by żyli, a głównym powodem ich śmierci nie jest choroba, tylko organizacja ochrony zdrowia. Wadliwie funkcjonujące szpitale jednoimienne, kompletny brak koordynacji między tymi szpitalami a pozostałymi jednostkami.

Nie zdecydował się pan rozmawiać pod nazwiskiem?
Wszyscy mamy zakaz wypowiadania się do mediów. Wobec pracowników ochrony zdrowia, którzy głośno mówią o tym, jak tragiczna jest sytuacja, są wyciągane konsekwencje. Jak dyrektor tego nie zrobi, to jego zdyscyplinuje wojewoda. Tak to działa. Na szczęście u nas niepokorni nie wylatują przez okna, jak to się dzieje w Rosji. Mam teraz trudną sytuację rodzinną, jak się z tym uporam, to nie będę dłużej milczał.

Czytaj też: Opowieść anestezjolog z niemieckiego szpitala

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Ludwika i Henryk Wujcowie – człowieka porządnego portret podwójny

Próbując zdefiniować dobro, ludzie powinni przede wszystkim ustalić, czego nie wolno, choć niby nie powinno się zaczynać od zakazów.

Katarzyna Czarnecka
27.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną