„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Medycy na granicy. „Uratowaliśmy co najmniej kilka żyć. I tylko to się liczy”

Część ekipy Medyków na granicy Część ekipy Medyków na granicy Facebook
Pomogli 300 osobom. Kilkanaście było w tak złym stanie, że przewieźli je do szpitala. Ekipa przekazała teraz sprzęt i leki Medycznemu Zespołowi Ratunkowemu PCPM. I pracuje z prawnikami nad raportem podsumowującym pracę na polsko-białoruskiej granicy.

Raport podsumowujący miesiąc swojej pracy Medycy na granicy mieli przedstawić w piątek 19 listopada, ale zdecydowali się przesunąć termin co najmniej o tydzień. Na dzisiaj wiadomo, że pomogli co najmniej 300 osobom, a kilkanaście ze względu na zły stan zdrowia i zagrożenie życia przewieźli do szpitali. Pomagali w lasach, ale też mieszkańcom, a tym w strefie objętej stanem wyjątkowym, do której nie mogli wjeżdżać, udzielali również teleporad.

Nie chodzi tylko o zliczenie interwencji, podzielenie ich według przypadków czy wieku pacjentów, na teleporady i pomoc udzieloną bezpośrednio. Po tym, co się wydarzyło pod koniec naszej pracy, a więc po uszkodzeniu prywatnych aut ludzi z grupy, analizujemy wszystko z prawnikami. Dostajemy różne wiadomości, dużo jest gróźb, tych karalnych również – mówi nieoficjalnie jedna z osób z ekipy, dodając po chwili, że na groźby może i początkowo nie zwracali uwagi, ale 14 listopada zdecydowali o wcześniejszym zakończeniu pracy.

Odwołali ostatni dyżur ze względu na atak na ich bazę na Podlasiu oraz zniszczenie ich prywatnych samochodów. Taka była rekomendacja ekspertów do spraw bezpieczeństwa, którzy zalecili im, by do czasu wyjaśnienia sprawy zawiesić dalsze działania. Sąd zdecydował właśnie o areszcie tymczasowym (dwa miesiące) dwóch podejrzanych mężczyzn w wieku 23 i 25 lat, a wobec trzeciej, 23-letniej kobiety, zastosował dozór policyjny. Cała trójka mieszka w Białymstoku i według policji jest związana ze środowiskiem tamtejszych pseudokibiców. W ich domach znaleziono noże i maczety, których najpewniej użyli do zniszczenia pojazdów. Zabezpieczono telefony komórkowe i laptopy podejrzanych.

Po 39 dyżurach ekipy Medyków od 16 listopada na granicy pracuje zespół PCPM.

Czytaj też: Ustawa o ochronie granicy. PiS zasłania nam oczy i zatyka uszy

Minister Kamiński mówił „nie”

Do końca swojej pracy nie dostali zgody ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego na wjazd na tereny objęte stanem wyjątkowym. Mimo interwencji prymasa abp. Wojciecha Polaka.

Przygotowania do pracy na granicy rozpoczęli we wrześniu. 1 października utworzyli profil na Facebooku, gdzie zamieścili apel: „Jesteśmy grupą osób z wykształceniem medycznym, która chce udzielać pomocy medycznej mężczyznom, kobietom i dzieciom przebywającym w strefie stanu wyjątkowego przy granicy polsko-białoruskiej”. Błyskawicznie konto zaczęło obserwować ponad 10 tys. ludzi. A kiedy ogłosili zbiórkę, w ciągu ośmiu dni zebrali 348 953 zł. Wpłaciło je 3876 osób. Ostatecznie wykorzystano tylko część pieniędzy, resztę odłożono z planem przekazania tym, którzy na granicy pozostaną dłużej, by pomagać uchodźcom.

Medycy na granicy, czyli grupa 42 lekarzy, pielęgniarek i ratowników z całej Polski, mieli pracować do 15 listopada.

Sierakowski: Rząd robi wszystko, by ten kryzys skończył się źle

Kryzys na granicy. Oni dali świadectwo

Pierwszy zespół ratunkowy na granicę polsko-białoruską wyjechał 7 października o godz. 8, informując wcześniej komendantów lokalnych oddziałów straży granicznej, służby ratownicze i medyczne o uruchomieniu ambulansu. W relacji z jednego z ostatnich dyżurów – 12 listopada – zamieszczonej na FB można przeczytać, że ok. godz. 23 zespół w składzie Marek Jędrzejek (lekarz), Magda Szczepańska (lekarka), Patryk Chmiel (kierowca-ratownik) i Tomasz Socha (ratownik medyczny) dostał wezwanie do wymiotującego dziecka, przebywającego w spokrewnionej ze sobą ośmioosobowej grupie. Do przejechania mieli ok. 70 km. Na miejscu zastali rodzinę, która była w lesie od około trzech tygodni. W Polsce byli od trzech dni, wcześniej przebywali na Białorusi. Od paru dni nie jedli i nie pili. Dziewczynka była osłabiona z powodu wymiotów. Podobne objawy, a więc kaszel, nudności i wymioty, zgłaszały trzy kolejne, dorosłe pacjentki. Ich stan uległ poprawie po nakarmieniu, napojeniu i przyjęciu leków przeciwbólowych. W tym czasie na miejsce przybyli reprezentanci organizacji pomocowych, pod których opieką Medycy na granicy zostawili grupę. Te interwencję udokumentowano filmem nagranym przez wolontariuszki z Grupy Granica.

Marek Jędrzejek z Katowic, aktualnie w trakcie specjalizacji z kardiologii, przez lata ratownik medyczny, napisał potem na FB: „Kiedy piętnaście lat temu uczyłem się udzielania pierwszej pomocy, wymyślaliśmy w trakcie szkolenia różne sytuacje i okoliczności, w jakich przyjdzie nam pracować. Nigdy nie wpadłbym na pomysł, że o 2:00 w nocy, w listopadzie, w środku Puszczy Białowieskiej, będę udzielać pomocy humanitarnej i medycznej dwuletniemu dziecku. Ciągle nie dowierzam, że to się dzieje. Ale byłem tam, widziałem to na własne oczy, może to przekona osoby, które temu nie dowierzają albo wypierają fakty. Pojechałem na granicę, bo nie chciałem odwracać oczu od tego, co się tam dzieje, ale ja nie jestem w tej historii w ogóle ważny. Ważne jest to, że mogę dać świadectwo. I że mogłem pomóc choć trochę tam, gdzie dzieje się zło”.

Czytaj też: „Ludzi trzeba ratować”. Aktywiści na dołku za wsparcie uchodźców

Pomoc na granicy. W lasach są dzieci

Większość z nas to osoby z ogromnym doświadczeniem, mamy po kilkanaście lat pracy, ale to, co widzieliśmy… Te bardzo duże grupy ludzi, z dziećmi, kobiety ciężarne, ludzie w podeszłym wieku… To dla nas wszystkich ogromne obciążenie – mówił kilka dni temu Jakub Sieczko, anestezjolog, pomysłodawca i organizator grupy, nie kryjąc, że obok obciążenia, z którym będą musieli sobie teraz wszyscy poradzić, równie ważne jest poczucie, że udało im się uratować kilka żyć. – I to jest wartość, której nie da się zaprzeczyć – podkreślił Sieczko.

Medycy uratowali m.in. 60-letniego obywatela Jemenu, którego ratownicy w środku nocy, na noszach płachtowych, transportowali z lasu w stanie ciężkiej kwasicy metabolicznej i z niewydolnością nerek. Mężczyzna trafił do szpitala. Podobnie jak kobieta w hipotermii, której temperatura ciała wynosiła 28,8 st. Ogromnym przeżyciem dla wszystkich była też pomoc udzielona dwóm ciężarnym kobietom – 27 października, w środku lasu, obie miały wykonane pierwsze badanie ultrasonograficzne w swoim życiu. Jedna z nich była w piątym, a druga w dziewiątym miesiącu ciąży.

Niezmiernie poruszające dla nas były sytuacje, kiedy udzielaliśmy pomocy dzieciom, bo w tych lasach są dzieci, najmłodsze miało rok, a najwięcej w grupie było ich 16 – mówił Jakub Sieczko, nie kryjąc, że cały zespół jest zmęczony zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym.

W oświadczeniu zamieszczonym na FB grupa napisała: „Mamy zobowiązania wobec ludzi, którzy są na tej granicy i potrzebują naszej pomocy. Kryzys się rozwija i potrzebna jest profesjonalizacja działań pomocowych. Wszystkie grupy, które zaczęły tu swoje działania, w tym my, organizowały się oddolnie. W tej chwili wchodzą większe organizacje – WOŚP, PAH, wreszcie PCK i PCPM. Przekazujemy im naszą wiedzę i doświadczenie, które tu zebraliśmy. Dla nich pomaganie jest pracą zawodową, a nie pracą w czasie wolnym”.

Czytaj też: Szukając ludzi w lesie. Relacja ze strefy stanu wyjątkowego

Przerzucani między granicami

Jakub Koch, ratownik medyczny z Wrocławia, pojechał na granicę, bo niezależnie od wyznania, pochodzenia czy światopoglądu każdemu człowiekowi należy się pomoc.

„Dzięki wielkiemu zaangażowaniu koordynatorów akcji i szkoleniom byliśmy dobrze przygotowani do tego, by pomóc maksymalnie dużej liczbie osób. Dlatego tak trudne było dla nas otrzymywanie tylu zgłoszeń ze strefy, do której wciąż nie mają prawa wjazdu organizacje humanitarne. Podczas naszych dyżurów spotkaliśmy w lesie setki osób. Pochodzili z różnych krajów, byli w rożnym stanie – zmęczeni, odwodnieni, wychłodzeni, z urazami. Byli w różnym wieku, od maleńkich dzieci po osoby starsze. Byli spokojni, przestraszeni, zagubieni. Ci ludzie są tam nadal. Przerzucani między granicą, znaleźli się w pułapce. Nie możemy odwracać od nich oczu” – napisał na profilu grupy na FB.

Czytaj też: Co się stało z dziećmi znad granicy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną