Sami sobie założyliśmy nelsona
Marek Kondrat dla „Polityki”: Wciąż odgrywamy „Dzień świra”
JULIUSZ ĆWIELUCH: – Świąteczna rozmowa powinna być chyba miła.
MAREK KONDRAT: – Ciężka sprawa, bo zdaje się źle pan obsadził rozmówcę. Chyba że podam jakiś przepis na karpia. Robię pysznego w galarecie.
W galarecie to chyba po żydowsku.
Tak, rzeczywiście. To teraz może być odczytane jako manifestacja.
Konstytucję pan czytał na krakowskim Rynku, to dopiero była manifestacja.
Wtedy pomyślałem, że nawet dla samego siebie warto – przypomnieć sobie, utrwalić. Krakowski Rynek, głowa przy głowie. Czułem się jak Kościuszko. Po „my naród” zrobiłem taką pauzę, że aż naród zachwycił się sam sobą. Po czym pełen euforii zszedłem ze sceny, a pod wieżą zagadnęła mnie babina: I tak panu nie wierzę. Za dużo się pan nachapał na tym winie. I już pierwsze wiaderko zimnej wody. Później funkcjonariusz telewizji publicznej napisał, cytuję z pamięci: „przytulił w życiu parę baniek i będzie mnie demokracji uczył”. I wtedy zrozumiałem, że tu cię, chłopcze, boli, od tej strony mnie zaginasz. Cała ta ich Polska, polskość i ojczyzna to tylko dekoracja, żeby nie było widać, jak na zapleczu robi się interesy. Myślę, że dziś już bym nie przeczytał, bo to oznacza start w konkurencji o niejasnych regułach: ja – „że ryby nie je się nożem”, a rywal – „i bo w ryj mogę dać”.
Żadnych złudzeń?
W moim wieku to już nie przystoi. W czasach budzącej się do życia Solidarności wybiegałem na scenę w Teatrze Dramatycznym i krzyczałem do publiczności: „Do broni, do broni!”. Grałem Piotra Wysockiego w „Nocy listopadowej”. Atmosfera była taka, że sam bym chwycił za broń i z całą tą publiką poszedł na barykady.