Jak wyglądali i zachowywali się praprzodkowie Homo sapiens

Wyobraźmy sobie praszczura
Nie raz jeszcze przyjdzie nam zmieniać wyobrażenie o praprzodkach i kuzynach człowieka, a wraz z nim – ideę tego, gdzie się zaczyna i czym jest człowieczeństwo. W końcu debatujemy o tym już od półtora wieku. Oto jak się przez ten czas zmagaliśmy z ustaleniem naszego rodowodu na Ziemi.
Praczłowiek, rzeźba Lucy, Maxwell Museum of Anthropology, University of New Mexico
hairymuseummatt/Flickr CC by SA

Praczłowiek, rzeźba Lucy, Maxwell Museum of Anthropology, University of New Mexico

Półtora wieku temu przeciętny Europejczyk żył w błogim przekonaniu, że wywodzi się od Adama i Ewy. Część wierzyła, że historia całego świata liczy niewiele więcej niż 6 tys. lat, jak to wyliczył biskup Usher. I nie wstrząsnęło tym przekonaniem znalezisko z jaskini w miejscowości Neanderthal pod Düsseldorfem, gdzie w 1856 r. znaleziono szkielet starszy, niż ktokolwiek śmiałby wówczas przypuszczać.

Tymczasem szkic tekstu mówiącego o tym, jak gatunki ewoluują pod wpływem doboru naturalnego, leżał w szufladzie. Jego autor, niedoszły pastor Charles Darwin, zajęty powiększającą się rodziną, obserwacjami, eksperymentami i lekturą, a do tego schorowany i przygnębiony śmiercią ukochanej córki i najmłodszego syna, nie miał ochoty rozpętywać burzy ogłaszając teorię, o jakiej rozmyślał od piętnastu lat. Ale w 1858 r. otrzymał list od młodszego kolegi, Alfreda Russella Wallace’a, z którego wynikało, że Wallace całkiem niezależnie doszedł do podobnych wniosków na temat mechanizmów zmienności gatunków – i że zamierza je opublikować. Darwin nie chciał stracić palmy pierwszeństwa. „O powstawaniu gatunków” wyszło w listopadzie 1859 r. i natychmiast stało się bestsellerem.

Darwin starał się podejść do drażliwej kwestii ewolucji człowieka jak najdelikatniej, ale głosząc, że żaden istniejący gatunek nie pojawił się na ziemi w gotowej postaci, nie mógł i nie chciał uczynić wyjątku dla gatunku własnego. Część z jego czytelników była skłonna zaakceptować ideę, że wywodzi się od zwierzęcych przodków – jeden z jego wojowniczych zwolenników doktor Thomas Huxley oznajmił publicznie, że wolałby pochodzić od zmodyfikowanej małpy niż od zmodyfikowanego błota – ale zaistniała nowa, szalenie delikatna kwestia: kiedy w szeregu kolejnych małpich gatunków pojawiła się istota, którą już można było nazwać człowiekiem? Co różniło jej bezpośredniego przodka od małpy, której potomstwo miało pozostać małpie? Innymi słowy – przed zwolennikami ewolucjonizmu stanęło zadanie zdefiniowania istoty człowieczeństwa na nowo.

 

Takiej odpowiedzialności Darwin nie zamierzał na siebie brać. Kiedy wreszcie zdecydował się wydać „O pochodzeniu człowieka” (1871 r.), skupił się raczej na przekonywaniu czytelnika, że jest on efektem trwającego przez tysiące pokoleń procesu, w wyniku którego z form niższych wykształcały się wyższe. Rozwodził się nad typowym dla kręgowców rozwojem ludzkiego zarodka, ssaczą anatomią homo i w końcu jego wspólnymi z czworonogami wzorcami zachowań. Czytelnik dowiadywał się, że małpa, a nawet pies posiadają wyobraźnię, zdolność abstrahowania, uczucia wyższe, zalążki sumienia – różnica umysłów była według Darwina ilościowa, a nie jakościowa. „Więc odróżnia nas tylko to, że możemy na większą niż one skalę łączyć najrozmaitsze idee i najrozmaitsze dźwięki”.

Co, jeśli nie zmiana w budowie mózgu, przesądziło o rozejściu się dróg małpy i małpoluda? Według Darwina była to dwunożność. Dwunożny małpolud mógł użyć wolnych rąk do wyrobu narzędzi, a ściślej rzecz biorąc broni koniecznej do walki o byt, w której konkurowały nie tylko poszczególne osobniki, ale i stadka małpoludów pomiędzy sobą. A poza tym, skoro najbardziej podobne do współczesnego człowieka są szympans i goryl, wszystko to miało odbywać się w Afryce Subsaharyjskiej. Reasumując – praprzodka człowieka wyobrażał sobie Darwin jako dwunożną afrykańska małpę wytwarzającą narzędzia.

Reakcja na tę książkę była niezbyt burzliwa, w każdym razie mniej burzliwa niż zaledwie 12 lat wcześniej. Ale nie spodobała się wizja praprzodków podobnych do wielkich małp afrykańskich. Te w ogóle zachwytu Europejczyków nie budziły. W roku wydania „O powstawaniu gatunków” (1859 r.) skandal wywołała rzeźba Emmanuela Fremieta, przedstawiająca goryla porywającego kobietę: zbyt oczywiste były skojarzenia z brutalną seksualnością, jaką ogromna czarna małpa ucieleśniała. I dlaczego kolebką ludzkości miałaby być czarna Afryka, której dzikość właśnie była dla wiktoriańskich dżentelmenów najlepszym uzasadnieniem kolonialnej ekspansji Imperium? Przecież w Azji odkrywano pozostałości po coraz starszych cywilizacjach. Angielscy i francuscy dżentelmeni odsłaniali miasta, jakie żyły i umierały dawno przed czasami biblijnymi. W 1872 r. George Smith odczytał spisaną klinami opowieść o potopie, udowadniając, że jest starsza niż sama Biblia i nikt rozsądny nie postawiłby szylinga na to, że pod warstwami kryjącymi skarby Sumeru nie znajdą się ślady cywilizacji, jakie kwitły tysiące lat wcześniej. Nic dziwnego, że bardziej spodobała się zaproponowana przez znanego niemieckiego biologa Ernsta Haeckla idea, że ludzki praprzodek był raczej podobny do południowoazjatyckich gibonów. Gibony są pełne gracji, potrafią chodzić na dwóch nogach, wydają śpiewne dźwięki o wiele przyjemniejsze dla ucha niż pohukiwania i okrzyki zwalistych szympansów i goryli.

Haeckel, ceniony specjalista od anatomii, był znakomitym propagatorem idei ewolucji. Miał katedrę, tłumy studentów i talent rysownika; jego precyzyjne, a zarazem pełne disneyowskiego wdzięku grafiki do dziś potrafią rozbudzić fascynację światem przyrody. Najsłynniejsze rysunki, jakie znalazły się w książkach Haeckla, nie były szczególnie piękne, ale działały na wyobraźnię. Te rysunki przedstawiały zarodki i płody kręgowców, od ryby po człowieka, i miały za cel pokazać, jak ludzki zarodek przypomina najpierw rybi, potem płazi i gadzi, a w końcu zarodki ssacze. Ontogeneza powtarza filogenezę, oznajmił Haeckel i był to wówczas najbardziej przekonujący dowód na ewolucję.

 

Nie umiano jeszcze docenić znalezisk neandertalczyków – wielki autorytet w sprawach anatomii owych czasów Rudolf Virchow twierdził, że osobliwości ich budowy były efektem zmian chorobowych. O genetyce nie miano pojęcia – prace Mendla znali wtedy głównie miłośnicy przyrody z Brunn, którym w 1865 r. zreferował swoje obserwacje nad dziedziczeniem cech groszku pachnącego. Więc haecklowskie zarodki zrobiły furorę. Sam Darwin zamieścił w swym dziele rysunki przedstawiające uderzająco do siebie podobne płody człowieka, goryla i gibona.

A jak wyobrażał sobie praprzodka ludzi Engels, kiedy w 1876 r. pisał szkic „O roli pracy w procesie uczłowieczenia małpy”? W jego wizji małpa stawała się człowiekiem prawie tam, gdzie chciał Haeckel („prawdopodobnie na wielkim kontynencie pogrążonym obecnie na dnie Oceanu Indyjskiego”), i prawie tak, jak chciał Darwin: dzięki dwunożności mogła zacząć wytwarzać narzędzia i broń, polować, a jedzenie mięsa umożliwiło rozwój mózgu. Praprzodek był małpą wytwarzającą, ale przede wszystkim stosującą narzędzia. Małpą pracującą – oświadczył Engels w ojczyźnie rewolucji przemysłowej.

Wszystko to było jednak spekulacjami, choć Haeckel był tak pewien słuszności swego wywodu, że nadał hipotetycznej istocie nazwę – Pithecanthropus, czyli małpolud. Los mu sprzyjał – w 1891 r. holenderski lekarz Eugène Dubois odkrył na Jawie czaszkę i udo, które uznał za szczątki wyspekulowanego przez Haeckla stworzenia. Wyglądało na to, że chodziło ono pewnie na dwóch nogach – Dubois nazwał je więc Pithecanthropus erectus (małpolud wyprostowany; obecnie nosi dumną nazwę człowieka wyprostowanego – Homo erectus). W 1894 r. wydał o nim w Batawii dzieło pt.: „Pithecanthropus erectus, człowiekopodobna forma przejściowa z Jawy”. Jego rekonstrukcja stanęła na wystawie światowej w 1900 r. w pawilonie Indii Holenderskich – w formie wyprostowanego, całkiem zgrabnego osobnika trzymającego banana w jednej i prymitywne narzędzie (broń?) w drugiej ręce. Wielu ludzi uwierzyło, że oto odkryto brakujące ogniwo.

Ale Rudolf Virchow, ten sam, który odmówił starożytności szczątkom neandertalczyków, uznał, że czaszka oraz udo należą do... wielkiego gibona. Spory o status Jawajczyka trwały w najlepsze, gdy 18 grudnia 1912 r. adwokat Charles Dawson i dr Arthur Smith-Woodward z wydziału geologii Muzeum Brytyjskiego ogłosili znalezienie szczątków praprzodka człowieka współczesnego w Anglii. Konkretnie w Piltdown w hrabstwie Sussex. Nareszcie! Po neandertalczykach znajdowanych w Belgii (1886 r., Spy d’Orneau), Niemczech (1907 r., Mauer k. Heidelbergu – znaleziono tam, ściślej rzecz biorąc, przodka neandertalczyków, ale tej rewelacji docenić wówczas nie umiano) i Francji (1909 r., jaskinia La Ferrassie, w której pochowana była para dorosłych z czworgiem dzieci) w końcu odkryto coś interesującego na Wyspach. I to jak interesującego – z rekonstrukcji wykonanej przez Smitha-Woodwarda wynikało, że najstarszy Anglik, jak go wkrótce zaczęto nazywać, miał żuchwę zdecydowanie bardziej małpią niż którykolwiek z europejskich neandertalczyków – był więc o wiele starszy. Za to kształt czaszki wskazywał, iż objętość jego mózgu sięgała 1070 cm sześc.: tyle miewają i ludzie dziś żyjący. Wyglądało na to, że u angielskiego małpoluda doszło do szybkiego rozwoju mózgu, zanim jeszcze stracił swą małpią powierzchowność. O człowieczeństwie zadecydował więc wielki mózg – praprzodkiem człowieka współczesnego została wobec tego małpa myśląca!

Nadano jej poetycką wręcz nazwę gatunkową Eoan-thropus dawsonii (eoan to po grecku świt – bo człowiek z Piltdown kojarzył się z jutrzenką ludzkości). W ciągu następnych kilku lat uznani uczeni mieli o mózgu Eoanthropusa coraz lepsze mniemanie: słynny neurolog Elliot Grafton Smith uznał, że miał on objętość 1260 cm sześc., sir Arthur Keith – że 1410. Europa kontynentalna mogła sobie rozprawiać ze zgrozą o zwierzęcych popędach człowieka, które tylko kultura trzymała pod kontrolą, czy o haniebnych początkach ludzkiej cywilizacji (w 1913 r. opublikowano „Totem i tabu” Freuda). Marcellin Boule mógł w 1909 r. rysować neandertalczyka znalezionego w La Chapelle-aux-Saints jako odrażającego małpoluda z maczugą w kudłatej łapie. Ale Anglosasi na małpę spojrzeli przychylniej; być może to nie przypadek, że w kulturze masowej szaloną karierę zrobiły wymyślone w 1912 r. przez Amerykanina Burroughsa postaci Tarzana i jego małpich znajomych, odznaczających się wszystkimi ludzkimi zaletami i wadami.

 

Kiedy więc młody uczony Raymond Dart, pracujący w Johannesburgu, ogłosił w końcu 1924 r. znalezienie w kopalni wapienia na południu Afryki czaszki dziecka nieznanego dotychczas, wymarłego dwunożnego gatunku, który mógł być praprzodkiem człowieka – jego rewelacje przyjęto chłodno. Tymczasem dziecko z Taung nie bez powodu zafrapowało Darta: ten uczeń słynnego neurologa Arthura Smitha (rodzonego brata Elliota Graftona Smitha) zwrócił uwagę na odcisk mózgu, jaki się szczęśliwie wraz z czaszką zachował, i uznał, że należał on do istoty inteligentniejszej niż wszelkie szympansy. Miała ona jednocześnie duży mózg, masywnę żuchwę i małe kły. Dart nazwał ową istotę Australopithecus africanus.

Większość świata naukowego nie podzielała jednak jego nadziei, że dziecko z Taung okaże się brakującym ogniwem – zwłaszcza że w owym czasie uczeni pracujący na chińskim stanowisku Czou-kou-tien zaczęli informować o własnych ciekawych znaleziskach: w końcu lat 20. znaleziono tam ząb trzonowy, a potem i czaszkę czegoś, co nazwano Sinanthropus pekinensis i co było podobne do jawajskiego pitekantropa (nawet bardzo podobne – obecnie uważa się, że chodzi o szczątki przedstawiciela tego samego gatunku, czyli Homo erectus).

Dziecko z Taung po prostu zostało znalezione na złym kontynencie. W roku premiery „King Konga” (1933 r.) czarna Afryka według przeciętnego białego człowieka była bardziej prawdopodobna jako kolebka takiego monstrum niż jego samego. Ale pracowało tam już kilku nieprzeciętnych białych ludzi, wierzących, że brakującego ogniwa należy szukać właśnie tam. W 1931 r. Arthur Hopwood znalazł pochodzące sprzed ponad 20 mln lat szczątki prokonsula – leśnej małpy, która mogła być przodkiem małp człekokształtnych. Gert Terblanche w 1938 r. w Kroomdrai (też Afryka Południowa) natrafił na fragmenty szkieletu australopiteka, któremu z racji potężnej postury nadano przydomek robustus. A w 1931 r. we wschodnioafrykańskim wąwozie Olduvai zaczął pracować Louis Leakey, najsłynniejszy łowca skamielin zeszłego stulecia.

Do końca lat 40. paradygmatem było pochodzenie najstarszych człowiekopodobnych z Azji – wystarczy rzut oka na ówczesną prasę specjalistyczną. Tymczasem Robert Broom i John T. Robinson znajdowali w Afryce Południowej szczątki kolejnych australopiteków, a sam Dart w 1947 r. – dwunastoletniego samca australopiteka, któremu nadał patetyczne imię Prometeusza. Niedaleko znaleziono rozbite czaszki pawianów. Takie czaszki nie po raz pierwszy znajdowano w pobliżu szczątków australopiteków. Dart zaczął podejrzewać, że australopitek jadał mózgi swych małpich kuzynów, roztrzaskawszy im wprzódy czerepy. Praprzodek człowieka współczesnego, uznał Dart, porzuciwszy zielone lasy, zaczął żyć na sawannie, chodzić na dwóch nogach, a rąk używać do produkcji broni, aby zdobyć mięso (ciekawe, że podobny scenariusz wymyślił Engels). Mówiąc krótko, brakującym ogniwem była małpa-morderca: Killer Ape.

W 1953 r. czaszkę z Piltdown ostatecznie uznano za falsyfikat sporządzony na bazie czaszki całkiem współczesnego człowieka i równie współczesnej żuchwy orangutana. Wtedy zaczęła się kariera sawannowego zbrodniarza wymyślonego przez Darta. Po dwóch rzeziach na skalę ogólnoświatową małpa-morderca wydawała się bardziej wiarygodna w roli praprzodka ludzkości niż małpa inteligentna.

 

W tym samym roku Dart opisał praprzodków w artykule „The Predatory Transition From Ape to Man” jako „mięsożerne stworzenia, które chwytały przemocą żywe ofiary, zatłukiwały je, rozszarpywały ich ciała, ćwiartowały (...) łapczywie pożerając krwawe drgające mięso”. Jego poglądy spopularyzował dziennikarz Robert Ardrey w serii bestsellerów, poczynając od wydanej w 1961 r. „Afrykańskiej genezy”, w której twierdził, że przodkowie człowieka najpierw zaczęli zabijać za pomocą narzędzi, a dopiero potem doszło u nich do rozwoju mózgów – zwiększone zaś możliwości intelektualne umożliwiły im głównie wytwarzanie coraz bardziej morderczej broni. W 1963 r. wielki etolog, noblista Konrad Lorenz opublikował „Tak zwane zło” – analizę zjawiska agresji w przyrodzie. Lorenz twierdził, że zwierzęta, choć wiele z nich poluje, walczy o terytoria i rywalizuje o samice, nie zabijają, jeśli naprawdę nie muszą, zwłaszcza osobników własnego gatunku. A człowiek? Wedle Lorenza pierwszymi ludzkimi narzędziami były ogień i tłuk pięściowy: „Użył ich natychmiast do zabicia swego brata i usmażenia go”.

W 1966 r., na zorganizowanej w Chicago konferencji antropologów, Sherwood Washburn wystąpił z referatem „Ewolucja polowania”, w którym twierdził, że myślistwo mogło być przyczyną i skutkiem rozwoju życia umysłowego i społecznego praprzodka. Skuteczne polowanie, argumentował Washburn, wymagało planowania, organizowania, precyzyjnego komunikowania się, współpracy; praprzodkiem człowieka współczesnego był więc myśliwy Man the Hunter.

Adrienne Zihlman i inne badaczki zwróciły uwagę, że same polowania nie są w stanie wyżywić w Afryce żadnej społeczności, a większości pożywienia dostarczają we współczesnych plemionach łowiecko-zbierackich kobiety wyszukujące najrozmaitsze obiekty jadalne. Man the Hunter otrzymał więc towarzyszkę, zbieraczkęWoman the Gatherer. A że w latach 60. rozwijały się dynamicznie nie tylko ruchy i ideologie feministyczne, ale i świadomość ekologiczna – praprzodek jako małpa polująca niekoniecznie wzbudzał uczucie dumy u człowieka Zachodu. Nieprzypadkowo „Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka (1969 r.) zaczyna się sceną, w której niesympatyczny małpiszon wynajduje prymitywną broń – i jest to początek cywilizacji. I chyba nieprzypadkowo w 1972 r. znawca historii antycznej Walter Burkett opublikował książkę „Homo necans” – czyli człowiek zabijający, traktującą o roli polowania i zabijania w starożytnych kulturach. Przekaz był jasny: cywilizacja była u samych swych źródeł skażona niedającą się usprawiedliwić przez walkę o byt agresją, ponurym skutkiem oddalenia się ludzkości od matki natury.

Jakiej natury? Ostatecznie nadal nie było wiadomo, jak wyglądali i zachowywali się praprzodkowie Homo sapiens. Najskuteczniej starali się znaleźć odpowiedź Louis Leakey i jego żona Mary, z powodzeniem eksplorujący już czwartą dekadę tanzański wąwóz Olduvai. Pomiędzy 1962 i 1964 r. Leakeyowie – tym razem główną rolę odegrał jeden z synów Mary i Louisa, Jonathan – odkryli szczątki istoty krępej (130 cm), długorękiej, o objętości mózgu o połowę mniejszej niż u Homo sapiens, ale prawdopodobnie posługującej się mową. Żyła ona w Afryce 2,5–1,8 mln lat temu i była bardziej podobna do człowieka niż australopitek. A ponieważ uznali, że jest to najstarszy gatunek, jaki wytwarzał narzędzia kamienne – nazwali ją człowiekiem zręcznym, Homo habilis. W świecie nauki wciąż toczą się dyskusje, czy na to miano zasłużyła – jeśli tak, byłaby najstarszym przedstawicielem rodzaju Homo i być może naszym dalekim przodkiem (a może jednak nie on, lecz współczesny mu Homo rudolfensis). Jeśli komuś z trudem przychodziło zaakceptować krwiożerczego małpoluda w roli praprzodka człowieka współczesnego, mógł się pocieszać, iż bardzo wcześnie na scenie dziejowej zastąpił go człowiek zręczny.

Leakeyowie przypuszczali, że owi praprzodkowie człowieka polowali na inne stworzenia, ale i uważali, że aby wyrobić sobie dokładniejszy pogląd na ich zachowanie, należałoby też sprawdzić, jak żyją na łonie natury nasi najbliżsi krewni. Nie mogąc się rozdwoić, Louis Leakey namówił trzy dzielne kobiety do podjęcia wieloletnich badań nad zachowaniami małp człekokształtnych na wolności. Dian Fossey zajęła się gorylami, Birute Galdikas orangutanami, a Jane Goodall rozpoczęła w 1960 r. obserwację szympansów w tanzańskim parku narodowym Gombe. Lata obserwacji pozwoliły jej obalić kilka mitów na temat tej najbliżej z człowiekiem spokrewnionej małpy, którą dotąd uważano zwykle za jarosza. Goodall zauważyła, że szympansy polują i jadają mięso. Zauważyła też, że używają rozmaitych przedmiotów jako narzędzi i to bardzo pomysłowo – słowem, że zachowują się bardziej po ludzku niż do tej pory uważano. Ale 1974 r. zaczęło być jasne, że szympans robi coś, o co człowiek podejrzewał tylko przedstawicieli własnego gatunku: zabija bez widocznej potrzeby. Możliwe, że dla przyjemności. W 1974 r. współpracownik Goodall zobaczył, jak szympansy zabijają niezagrażającego im członka sąsiedniej grupy bez widomego powodu. I był to tylko pierwszy z zaobserwowanych mordów.

 

Zweryfikować trzeba było też sądy o neandertalczyku, Homo neanderthalensis – traktowanym zwykle jako mniej udany brat Homo sapiens, choć z czasem zauważono, że wcale nie miał mniejszego niż my mózgu. W 1971 r. w książce „Shanidar – pierwsze dzieci-kwiaty” Ralph Solecki opisał iracką jaskinię, którą badał od pamiętnego 1953 r. Znaleziono w niej dziewięć szkieletów neandertalczyków, w tym jednego, który pomimo kalectwa dożył późnej starości. Wyszło na to, że neandertalczycy opiekowali się cierpliwie chorym pobratymcem. Przy innym szkielecie znaleziono ślady pyłków różnych roślin – czyżby neandertalczycy znosili do jaskini kwiaty? Mieli potrzeby estetyczne? Może kładli je w miejscu śmierci członka swej wspólnoty – może wierzyli w życie pozagrobowe? Na pytanie, dlaczego neandertalczycy wyginęli, zaczęto odpowiadać, że to ludzie doprowadzili te rozgarnięte i empatyczne istoty do zagłady. Człowiek współczesny miał coraz gorsze mniemanie o swych przodkach dalekich i bliskich.

W 1976 r. Richard Dawkins w „Samolubnym genie” oświadczył, że zarówno akty agresji, jak i altruizmu są efektem działania tych samych mechanizmów i służą rozprzestrzenianiu genów, czemu sprzyja czasem mord dokonany na bezbronnym sąsiedzie, a czasem bohaterskie poświęcenie dla wspólnoty. A w 1982 r. Frans de Waal w „Szympansiej polityce” (Chimpanzee Politics) opisał życie grupy szympansów w zoo w Arnhem: niekończącą się walkę o status i władzę, intrygi i podstępy, grę pozorów, strategie pozyskiwania aliantów i brutalne metody obalania dotychczasowego przywódcy. Książka była bestsellerem. Świetnie pasowała do atmosfery czasów Ronalda Reagana i Margaret Thatcher.

Ten sam de Waal jednak kilka lat później opublikował książkę o bonobo – małym i bardzo późno zidentyfikowanym gatunku szympansa, żyjącym idyllicznie w grupach, gdzie konflikty nie przeradzają się w bijatyki, samice nie doświadczają gwałtów, a seks, jaki bonobo uprawiają na rozmaite sposoby i w rozmaitych konfiguracjach, jest ewidentnie czymś więcej niż czynnością służącą płodzeniu potomstwa. Szympansim hipisom poświęcili wiele uwagi nawet Wrangham i Peters, autorzy „Demonicznych samców” (1995 r.), w którym to dziele opisy brutalności wielkich małp człekokształtnych i argumenty na rzecz nieistnienia ludzkich społeczeństw wolnych od przemocy, zwłaszcza przemocy wobec kobiet, tworzą zdecydowanie ponury obraz natury ludzkiej.

Wizerunek praprzodka jako agresywnego mieszkańca sawanny doznał kolejnego uszczerbku, gdy w połowie lat 90. pewną popularność zyskała teoria wodnej małpy (Aquatic Ape), postulująca, iż najważniejszy dla ewolucji ludzkości okres spędzili nasi przodkowie nie na sawannie, ale nad brzegiem morza i (lub) wielkich rzek. Ostateczny cios zaś postanowili zadać małpie-mordercy, wraz z jej łagodniejszą wersją – myśliwym, autorzy przekonani, że człowiek był raczej łupem niż łowcą. W 2005 r. Donna Hart i Robert W. Sussman opublikowali książkę „Man the Hunted”, w której stwierdzali, iż nawet szympansy i goryle figurują w menu rozmaitych drapieżników. C.K. Brain opisał uszkodzenia, jakie obserwował na kościach hominidów znajdowanych w Afryce Południowej, a jakie zrobić mogły kły i pazury miejscowych mięsożerców. Urazy czaszek, w jakich Dart dopatrywał się śladów bratobójczych walk, mogły być dziełem lamparta lub orła.

Czyżby praprzodek był raczej łupem niż myśliwym, Man the Hunted, małpoludem częściej skulonym ze strachu niż dumnie wyprostowanym? Jego wizerunek niewątpliwie jeszcze nie raz ulegnie zmianom, w zależności od nowych koncepcji co do tego, czym różni się Homo sapiens od swych najbliższych krewnych. Może mową – skoro nie udało się skłonić szympansów do generowania wypowiedzi wedle wzorców gramatycznych ani odkryć reguł gramatyki u delfinów? Być może unikatową umiejętnością wytwarzania narzędzi, choć rozmaite gatunki małp umieją pomysłowo stosować różne przedmioty jako narzędzia, i do tego umieją przekazywać wynalazki z pokolenia na pokolenie, tworząc własne tradycje i tym samym kultury. Jak dotąd nie zaobserwowano małp rozniecających ogień – ale kto wie, czym jeszcze nas one zadziwią, co nowego dostrzeżemy w ludzkim mózgu i DNA, szczątki jakich wymarłych gatunków odnajdziemy, ile sporów o ich autentyczność i znaczenie przed nami. Jedno jest pewne: niespodzianek nie zabraknie.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną