Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Czarnek zapowiada hekatombę zwolnień. Ktoś tu nauczycieli ma za nic

Minister edukacji Przemysław Czarnek Minister edukacji Przemysław Czarnek PiS / Flickr
Już teraz uczniowie mówią, że aby pracować w szkole, trzeba przejawiać skłonności samobójcze (to praca, która człowieka degeneruje, a nie rozwija). Gdy szkolnictwo czeka hekatomba zwolnień, nikt o zdrowym umyśle nie przyjdzie tu pracować. Po co?

W ostatnich dniach grudnia wielu ludzi ulega pokusie, aby przepowiedzieć, co przyniesie kolejny rok. Przemysław Czarnek wcielił się w rolę proroka jeszcze bardziej, gdyż zaczął przepowiadać, co czeka oświatę nie tylko w 2023, ale też w kilku kolejnych latach. Przede wszystkim zaczną się masowe zwolnienia. Jakieś 100 tys. nauczycieli – orzekł minister – będzie nam do niczego niepotrzebnych, zostaną więc wyrzuceni z pracy. Rząd może jednak temu zaradzić.

Obecnie sytuacja w oświacie jest odwrotna: brakuje 100 tys. nauczycieli. Ci, co są zatrudnieni, muszą pracować na dwa etaty w trzech szkołach, dyrektorzy wzywają też na pomoc emerytów. Gdyby nie ten emerycki zryw i tyranie ponad siły belfrów w wieku przedstarczym (młodych prawie nie ma), trzeba by ogłosić koniec publicznej edukacji w Polsce. PiS jakoś temu nie potrafi zaradzić.

Szkoła. Problemy rozwiąże natura

Państwo nie wypełnia bowiem obowiązku zapewnienia dzieciom dostępu do bezpłatnej nauki. Uprawiana jest fikcja, a nie prawdziwe wywiązywanie się z tego zadania. Oświata chyli się ku upadkowi, gdyż nie ma chętnych do pracy za najniższą krajową. Lekcje są odwoływane, dzieci zwalniane do domu pod byle pretekstem. Kuratoria oświaty przestały kontrolować, czy liczba zrealizowanych godzin jest zgodna z podstawą programową. Wiadomo, że nie jest zgodna – no i co z tego? Coraz więcej uczniów i uczennic korzysta z korepetycji, aby nadrobić braki.

Te problemy – wieszczy Czarnek – rozwiąże sama natura. PiS nie musi nic robić, wystarczy, że poczeka, aż zadziała Stwórca. Oto bowiem idzie potężny niż demograficzny, który zmniejszy liczbę uczniów o ok. 20 proc. Już za dwa lata znikną wszystkie wakaty, a za trzy przez szkoły przejdzie istne tsunami, które zmiecie co piątego nauczyciela. Nie będzie żadnych braków kadrowych, będzie olbrzymi nadmiar nauczycieli: jakieś 100 tys. Jako pierwsze doświadczą tej zmiany licea.

Tym proroctwem minister chce zamknąć usta wszystkim pedagogom, którzy narzekają na zbyt duże obciążenie obowiązkami. Jeszcze zatęsknicie za kilkoma godzinami ponad etat. Gdy za dwa lata zaczną się masowe zwolnienia, nauczyciele będą wspominali 2022 r. jako czas mlekiem i miodem płynący. Pracy bowiem było wtedy w bród, a teraz – w 2024 – nie ma uczniów, nie ma zatem godzin, trzeba więc się pozbyć 100 tys. nauczycieli. Pracujcie, póki w szkołach są uczniowie – koniec zbytków jest bowiem bliski.

Czytaj też: Minister zapowiada trzecią wersję lex Czarnek

Czarnek znowu upokarza

Można by potraktować słowa Czarnka jako bredzenie pisowskiego urzędnika, któremu w święta puściły nerwy i teraz chce sobie odreagować, strasząc innych. Tak też ocenił zapowiedź ministra Związek Nauczycielstwa Polskiego: Czarnek straszy nauczycieli i po raz kolejny upokarza. Ważne jest jednak to, co powiedział dalej. Otóż zapowiedział, że już od stycznia PiS przystąpi do pracy nad przywróceniem nauczycielom praw emerytalnych, które odebrał im Tusk, gdy był u władzy. Tylko bowiem w ten sposób da się uratować nauczycieli przed wyrzuceniem na bruk z powodu mniejszej liczby uczniów. PiS zapewni pedagogom miękkie lądowanie, wysyłając na emeryturę według dawnych zasad (po 30 latach pracy, w tym 20 pod tablicą).

Można być pewnym, że od stycznia aż do jesiennych wyborów PiS będzie szykował dla opozycji gorącego kartofla, jakim jest przywrócenie nauczycielom przywilejów emerytalnych. Prace nad ustawą będą się ślimaczyły, gdyż problemów jest co niemiara, choćby kwestia, ile nauczycielska emerytura wyniesie. Jeśli tylko tyle, ile nauczyciel sobie przez zaledwie 30 lat wypracował, emerytura będzie karą, a nie żadnym przywilejem. Rząd musi przyjąć wyższy przelicznik, inaczej emerytura będzie głodowa. O tym przez wiele miesięcy będzie rozmawiać Czarnek ze związkami zawodowymi, a potem przyjdą wybory i się zobaczy. Jeśli wygra opozycja, będzie musiała sobie z tym gorącym kartoflem radzić, bo przecież nauczyciele nie odpuszczą.

Obecnie pomysł z przywróceniem nauczycielom przywilejów emerytalnych jest bardzo pozytywnie przyjmowany przez pedagogów, szczególnie starszych (50 plus). Ludzie myślą, że po zmianach będzie tak jak dzisiaj. Po przejściu na emeryturę każdy dostanie propozycję pozostania w szkole na części etatu. Pracy zatem ubędzie, a dochodów przybędzie. Absurdalny pomysł Czarnka zdesperowanym ludziom wydaje się sensowny i jakże atrakcyjny.

Czytaj też: Nauczyciel to nie brzmi dumnie

Emerytura 50 plus to bzdura

Każdemu zapracowanemu nauczycielowi w wieku przedstarczym marzy się odwrócenie losu. Dzisiaj ma dwa miejsca pracy i z tego jedną porządną pensję, ale jest przepracowany. A po zmianach, jakie przepowiada minister, miejsce pracy byłoby jedno, a dochody podwójne (emerytura plus pensja). Starzy nauczyciele i stare nauczycielki wiedzą, że długo nie dadzą rady tyrać na dwa etaty, dlatego słowa Czarnka dodały im otuchy. Harówka niebawem się skończy, zacznie się słodkie życie emeryta w wieku 50 plus, który trochę dorabia do emerytury i ma się dobrze.

Społeczeństwu ta wizja nauczycielskiego szczęścia może się jednak nie spodobać, dlatego Czarnek wieszczy niż demograficzny i tłumaczy, iż rząd wyjścia nie ma. PiS nie daje 50-letnim nauczycielom emerytur, lecz rozwiązuje problem społeczny, jaki powstanie z powodu wielkiego braku uczniów. Coś trzeba przecież zrobić z masą nauczycieli, którzy za chwilę przestaną być potrzebni, bo nie będą mieli kogo uczyć. Zamiast wyrzucać 50-latków na bruk, pisowski rząd oddaje im to, co zabrał Tusk.

Nie ma znaczenia, że emerytura 50 plus to bzdura. Nie ma też znaczenia, że to kiełbasa wyborcza, a w razie przegranej PiS gorący kartofel dla opozycji. Nauczyciele chcą tego przywileju, ponieważ wydaje im się, że tylko w ten sposób mogą uciec przed wypaleniem zawodowym i zakończyć tę harówkę, w jaką wpadli z winy pisowskiego rządu. W pozytywne zmiany w oświacie nikt już nie wierzy, deforma stała się faktem. Nikt nie wierzy w podwyżki wynagrodzeń, w godziwą pensję za jeden etat w jednej szkole.

Czytaj też: Ile godzin pracuje nauczyciel?

Lepiej byłoby poniejszyć klasy

Będzie tylko gorzej – uważają nauczyciele – a zatem jedyną nadzieją jest jak najszybsze przejście na emeryturę i dorabianie. PiS obiecuje, ale przecież nie zamierza zrealizować tej obietnicy. On ją będzie tylko przeciągał. Niech jednak Opatrzność ma w opiece Tuska, gdy przyjdzie mu po wygranych wyborach podejmować decyzję, czy brnąć dalej w ten absurd. Wyrzuci zapewne ten pomysł do kosza, bo innego wyjścia nie ma, a wtedy usłyszymy, że oto jest dowód, iż Tusk zabiera to, co PiS dawał. Przepowiednia Czarnka o 100 tys. nauczycieli do zwolnienia i zapowiedź przywrócenia przywilejów emerytalnych nie mają żadnego sensu poza wyborczym.

Przepowiadając nauczycielom koszmarną przyszłość i obiecując ratunek, minister liczy na naszą niewiedzę. Siła PiS bierze się bowiem z ignorancji społeczeństwa. Im więcej jednak wiemy o dzisiejszej szkole, nie dawnej, tym mniej sensu widzimy w pomyśle reformowania oświaty przez odesłanie nauczycieli 50 plus na emeryturę. Niż demograficzny – trzeba by sprawdzić, jak bardzo minister przeholował z tą wizją – jest okazją do zmniejszenia liczby uczniów w klasach. Zespoły klasowe w liceach, gdzie niż ma uderzyć najpierw, dochodzą już do 38 osób, szczególnie w dużych miastach. Minister nie zdaje sobie sprawy, jakie problemy by powstały, gdyby szkołę opuścili doświadczeni nauczyciele, a do przeładowanych klas zostali wysłani młodzi pedagodzy (o ile udałoby się ich do pracy w szkole pozyskać).

Na razie jednak zapowiedź ministra o masowych zwolnieniach w oświacie skutecznie odstraszy młodych przed wyborem profesji nauczyciela. Po co wiązać się z zawodem, który w Polsce nie ma przyszłości? Już teraz uczniowie mówią, że aby pracować w szkole, trzeba przejawiać skłonności samobójcze (to praca, która człowieka degeneruje, a nie rozwija). Gdy szkolnictwo czeka hekatomba zwolnień, nikt o zdrowym umyśle nie przyjdzie tu pracować. Po co? Żeby zostać zwolnionym – jak wieszczy Czarnek – za dwa–trzy lata?

Dyrektorzy przygotowują plany zatrudnienia na trzy–cztery lata. Nauczyciele są powiadamiani, jaka może być sytuacja w placówce w najbliższej przyszłości. Każdy ma dzięki temu świadomość, czy znajdzie się dla niego miejsce, czy też powinien szukać pracy gdzie indziej. Przepowiednia Czarnka, gdyby traktować ją poważnie, wywraca wszystkie plany do góry nogami. Nic się nie zgadza. Jako nauczyciel zastanawiam się, komu mam ufać. Dyrektorowi, który niedawno zapewnił zespół, że możemy być spokojni? Czy ministrowi, który oświadczył, że żaden nauczyciel – ani wuefista, ani polonista – nie może być pewny, że zachowa pracę? Do diabła, ktoś tu potwornie kłamie i nauczycieli ma za nic.

Czytaj też: Nauczyciele mają na wszystko wywalone?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
O Polityce

Dzieje polskiej wsi - nowy Pomocnik Historyczny POLITYKI

24 kwietnia trafi do sprzedaży najnowszy Pomocnik Historyczny POLITYKI „Dzieje polskiej wsi”.

(red.)
16.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną