Czynsze grozy
Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika
Są takie bloki, które w ciągu paru miesięcy zamieniły się w miejsca walk na nerwy.
– U nas relacje właścicieli mieszkań z zarządem wspólnoty przypominają te, jakie ma Grenlandia z Trumpem – mówi Marek, 50 lat, właściciel mieszkania na warszawskim Mokotowie. – To znaczy zarząd reprezentowany przez wynajętą firmę zarządzającą, mówi lokatorom: róbcie, co każemy albo was załatwimy!
To „załatwianie” obejmuje straszenie sądem i komornikiem. W ostateczności także sądowym przymusem sprzedaży mieszkania. Właściciele dostają pisma zatytułowane „ostateczne wezwanie do zapłaty” mailem, najczęściej w piątkowe wieczory i święta. Za co takie szykany? Za zaleganie z czynszem, który w czerwcu 2025 r. wzrósł w tej wspólnocie z dnia na dzień o ponad 100 proc. Pretekstem była zbiórka remontowa, na pilną naprawę rur, ale po zbiórce czynsz nie wrócił już nawet w pobliże poprzednich wysokości. Remont rur – mimo że taki pilny – także nie wystartował. Dziś należy – jak utrzymuje zarząd – płacić nie 100, ale 75 proc. więcej. Czyli 64 m kw. mieszkania kosztuje kilkaset złotych więcej na miesiąc – razem ponad 1,4 tys. zł.
Z tym tylko, że zarząd wspólnoty i wynajęta firma zarządzająca budynkiem milczą, gdy poprosić ich o przedstawienie wyliczeń, według których naliczono tak horrendalną podwyżkę. Przebąkują niechętnie o ogólnej drożyźnie w Polsce i o „niezależnych kosztach”. Nie pokazują także uchwały właścicieli, która by uprawniała zarząd do tak drastycznych podwyżek.– Gdyby taką uchwałę mieli, to by pokazali – mówi Marek, który wielokrotnie prosił o przedstawienie dokumentów. – Wolą straszyć „ostatecznymi wezwaniami”, bo liczą, że ludzie w końcu pękną ze strachu i zapłacą.